Выбрать главу

– Oni to nauczyli cię cerkiewnych bredni? – wtrącił pytanie Lenin. Chłop potrząsnął głową i szepnął:

– Nie! Nie oni. Od pewnego pustelnika, kryjącego się w lasach na Kamie, poznałem prawdę.

– Do sekciarzy należysz?

– Nie! – zaprzeczył wieśniak. – Szukałem u nich prawdy, ukojenia, pociechy, – nie znalazłem nic. Same oszukaństwo!…

– Spodziewam się! – zawołał Lenin. – Nie powiedziałeś jednak, dlaczego Jezusa uważasz za prawdziwego Syna Bożego?

Chłop usiadł na pryczy i, oparłszy głowę na ręku, odpowiedział:

– Dlatego, że miał zuchwałość tworzenia… Zuchwałość boską, albowiem tworzył prawdę wśród nieprawości, uczynił apostołów – z nędzarzy, wieśniaków, rybaków; umarłych wskrzeszał, a później przykazał: „N i e s ą d ź c i e!"

– Nie rozumiem… – przyznał się Lenin, z zaciekawieniem patrząc na towarzysza.

– Proste to! – odparł, dotykając jego ramienia. – Posłuchaj! Bóg nie jest Bogiem tylko dlatego, że pozostaje na niebie sam w sobie, wszechpotężny, wszechwiedzący, że śmiertelny Twórca. Nie! Jest takim dlatego, że razem z Nim potęgę, wiedzę i tworzenie noszą w sobie archanioły, anioły, duchy złe i ludzie słabi. Każdy z nich ma swój los i swoje przeznaczenie… coś jakby termin i zadaną pracę do wykonania. Chrystus zrozumiał to pierwszy i jedyny. Nie myślał o tem, że tylko On cierpi, znosi znój i mękę, raduje się i płacze; wiedział, że każdy człowiek tak samo, a, może, jako słabszy, jeszcze więcej cierpi, głębiej się raduje. Chrystus poznawał, pojmował, miłował, w poszanowaniu miał i jawnogrzesznicę, i Marję, i Martę, i Judasza, i Jana-Apostoła, i cesarza rzymskiego. „Nie sądźcie!" – pouczał, tylko nie dodał jeszcze: „zajrzyjcie w każde serce, w każdą duszę!…"

– Dlaczegoż nie dodał? – spytał Lenin.

– Gdyż w tedy nie przyszedł był czas – szepnął chłop. – Ludzie nie okupili grzechu pierworodnego… Musieli przejść przez drogę krzyżową, którą wskazał im Chrystus, Zbawiciel nasz.

Słuchając dziwnego towarzysza więziennego, Lenin przypomniał sobie żebraka wiejskiego, „Ksenofonta w żelazie" i uśmiechnął się rzewnie. Chłop spostrzegł to i ucieszył się. Zaczął mówić śmielej i głośniej:

– Musimy przejść panowanie Antychrysta i pokusy jego. Z Bożej woli przyjdzie on, jako drugi syn Boży; poprzedzać go będą wojny, bunty, mór, choroby i zbrodnie. Wtedy ludzie zaczną poznawać jeden drugiego, łączyć się dla walki i obrony, jak żołnierze, stawiając nad sobą wodzów, tworząc kompanje, pułki, armje, i – przetrwają! Ci, których nie dosięgły słowa Zbawiciela, jak stado wieprzy, opętanych przez szatanów, skoczą do morza i otchłań pochłonie ich. Pozostali utworzą na ziemi „gród święty"„,Niebiańskie Jeruzalem… "

– W Rosji „świętej"? – zapytał Lenin.

– Ech! Co znaczy Rosja w takiej sprawie?! Drobne ziarnko piasku, kropla w morzu! -odpowiedział chłop. – Rosja może zginąć, lecz my – naród głosić prawdę będziemy wszystkim ludom! My im tę prawdę damy!

– My! – zaśmiał się Lenin. – Rosyjska prawda?

– A jakaż inna? – zdziwił się wieśniak. – Powiedz, kto inny może to uczynić?! inne narody żyją w dostatku i pysze, myślą, że są równe aniołom potężnym. Nie! Z naszych borów ciemnych, z naszych stepów, gdzie dokoła niebo łączy się z ziemią, z naszych chat kurnych, słomą krytych, z naszych więzi, gdzie dzwonią łańcuchami niewinni, ciemni ludzie – stamtąd ona przyjdzie, jasna i potężna Prawda! Tylko my ludzie od sochy, młota i kajdan mamy zuchwałość tworzenia. Mamy miejsca poddostatkiem, się niespożyty zasób, u siebie nie znajdujemy nic do roboty, jesteśmy robotnikami świata. Tylko krzyknąć, a zbudujemy pałac, czy świątynię, jakich nikt nie oglądał dotąd!

Umilknął i patrzał nieruchomym wzrokiem na Lenina. Włodzimierz już zupełnie poważnie spytał:

– Jakże budować i tworzyć będą ludzie ciemni od sochy i kurnej chaty? Nie potrafią przecież?

– Nie obawiaj się, człowieku miły! Chodzą po ziemi naszej – ubodzy, ciemni, chodzą też święci i mądrości pełni… Ci nauczą nas, nie bój się! Bóg – nie ino dla robaków nędznych, lecz i dla orłów o skrzydłach szerokich, mocarnych… Dla wszystkich świeci jedno słońce -Prawda Boża!

– Nie widzę nawet świtania tego słońca – mruknął Lenin.

– Ty nie widzisz, miły, ale inni widzą już i tu, i tam… Ujrzałem ją przed sobą w tym ostatnim dniu życia… i raduję się, że dano mi ujrzeć ją – promienną, jak zorza! Wielkie to szczęście?!

Chłop zamyślił się i milczał.

Lenin przyglądał mu się bacznie. Powoli uświadamiał sobie obraz duszy rosyjskiej – mak-symalizm dążeń – albo wszystko, albo nic; mistyczną wiarę w możliwość założenia na ziemi „Niebiańskiego Jeruzalem"; tajemnicze przeświadczenie o posłannictwie narodu i wieczną tęsknotę i poczuwanie się do odpowiedzialności i męczeństwa za szczęście całej ludzkości od kresu do kresu ziemi, bez samolubstwa, bez miłości dla swojej ojczyzny, składanej, jak jagnię ofiarne, na ołtarzu Boskiej Prawdy dla dobra wszystkich, wszystkich, jak świat szeroki, a, może, dalej, aż po granicę najdalszych, ledwie dostrzegalnych na niebie gwiazd i mgławic świetlnych.

Chłop nie tknął przyniesionego posiłku.

Klęczał, zwróciwszy twarz ku wschodowi, żegnał się zamaszyście i bił pokłony, uderzając czołem w deski pryczy.

Po północy obudzono więźniów. Dozorca i żołnierz z bagnetem wyprowadzili chłopa. Odszedł w milczeniu, skupiony, pogodny.

Lenin długo nadsłuchiwał, lecz towarzysz nie powrócił.

Zrana dowiedział się, że wyrok został wykonany.

Włodzimierz zacisnął zęby, aż skrzypnęły, i wyrzęził głucho:

– Mówiłeś: „nie sądźcie"! Tymczasem ciebie osądzono i stracono? O, ja będę sądził bez litości, bez żalu… karał całą potęgą nienawiści i bólu mego!

Nowy dzień przyniósł śmierć ciemnemu prostakowi, wierzącemu w powstanie „grodu świętego", gdzie ludzie ludzi sądzić nie będą, i – wolność – dla człowieka o umyśle zuchwałym, pysznym, w którym zapadł już wyrok bez miłosierdzia i płonęła żądza kary, ręką mściwą wymierzonej.

ROZDZIAŁ XV.

Przyszło lato 1915 roku.

Z małego domku, z wiszącym nad drzwiami szyldem ubogiej restauracyjki „Puits de Jacob" wyszedł mały, krępy człowiek, o żółtej twarzy i ciemnych oczach skośnych.

Popatrzył na lazurowe niebo i szedł w stronę Belvoir-Parku, uśmiechając się do niebieskiej, tryskającej blaskiem oślepiającym tafli jeziora Zurychskiego.

Na wybrzeżu stanął i oglądał przechodzącą publiczność, ogarniając złym, ponurym wzrokiem wystrojone kobiety, mężczyzn w białych spodniach i koszulach sportowych, czeredę wesołych, szczęśliwych dzieci.

Łuki brwi mongolskich marszczyły się, zacięte wargi drgały chwilami, coś szepcąc bez dźwięku.

Nagle uśmiechnął się radośnie i przyjaźnie.

Wysoki, atletyczny człowiek w jasnem ubraniu i miękkim kapeluszu szedł sprężystym krokiem, zlekka kołysząc się na mocnych biodrach.

– Hallo, Mr. Lenin! – krzyknął zdaleka i na ogolonej, spalonej słońcem i wiatrem twarzy wykwitnął łagodny, prawie dziecinny uśmiech.

Patrząc stalowemi oczami, w których migotały iskierki wesołości i lekkiej ironji, zamaszyście potrząsnął ręką Lenin i poklepał go po ramieniu.

– No, cóż, jedziemy? – spytał, nabijając fajkę.

– A jakże! – odpowiedział Włodzimierz. – Dziś mam wyjątkowo wolny dzień. Chcę go spędzić z pożytkiem i przyjemnością Mr… King.

– Pan zawsze musi się potknąć na mojem nazwisku! – zaśmiał się Amerykanin.

– Muszę wyznać, że przez moje gardło nie przechodzi ono z łatwością! – zgodził się Lenin. – Też jakieś złe duchy podszepnęły przodkom pana takie okropne nazwisko! King? Król!! Pomyśleć tylko!

Amerykanin parsknął śmiechem.

– Nie wiedzieli staruszkowie, że ich marnotrawny potomek będzie miał tak bardzo radykalnego znajomego – zawołał, pykając gęstemi kłębami dymu. – Pojedziemy dziś na Uto-kulm. Straszna spiekota, z pewnością, nie spotkamy tam nikogo. Obawiam się tylko, że panu, Mr. Lenin, będzie gorąco w tem ciemnem ubraniu?