Выбрать главу

– Szeregowcy powinni powstać – syknął, – wymordować nadmiar ludzi-maszyn, potrzebnych zaś trzymać żelazną ręką, gwałtem, terorem zmusić ich do służenia całemu społeczeństwu, które będzie kontrolowało sprawiedliwego podziału produktów.

Amerykanin zaśmiał się szyderczo.

– Zburzenie wyższej formy cywilizacji dla dobra tłumu biernego i ciemnego? Powrót do starych metod gospodarstwa? – spytał.

– O, nie! – wybuchnął Lenin. – Proletarjat posiada wielką wynalazczość w zakresie przerażającego teroru! Potrafi on zmusić fachowców do pracy wytężonej, sumiennej i postępowej. Oprócz tego, jak mrowisko, zacznie on wytwarzać ściśle obliczone kadry specjalistów we wszystkich dziedzinach. Będzie to następnym etapem pracy biologów i psychologów!

Mr. King oczy szeroko otworzył.

– God! – zawołał. – Zabrnął pan jedną nogą w mroczne średniowiecze, z jego gwałtem i przemocą, drugą – w krainę dalekich, fantastycznych wieków! Ani na jednem, ani na dru-giem nic zbudować panu się nie uda!

– Zobaczymy! – syknął Lenin i zęby zacisnął.

– Nie zobaczymy! – zaprzeczył Amerykanin.

– Strach o życie i twarda, niemiłosierna ręka cudów mogą dokazać?! – szepnął Lenin.

– Cudów – nie! Zbrodni – tak! – padła stanowcza odpowiedź.

Po tych słowach, wypowiedzianych z oburzeniem, Amerykanin wstał i, nie patrząc na Lenina, rzekł:

– Myślałem, że pan dąży do rewolucji, aby wstrząsnąć zmaterjalizowanym, mieszczańskim światem i utorować drogę dla ducha… Tak myślałem… Tymczasem pan marzy o bandytyzmie na wszechświatową skalę. To straszne!

– Dla pana, Mr. King, który sobie przyjeżdża co pięć lat na wypoczynek do Szwajcarji, wypchany dolarami! – zawołał Lenin, z nienawiścią patrząc na potężną figurę Amerykanina. – Ale takich, jak pan, na świecie jest, powiedzmy, miljon, a reszta – tysiąc siedemset miljo-nów nie mają tak eleganckiego ubrania, ani dziesięciu chociażby dolarów na dzień jutrzejszy i są głodni. Rozumie pan? Głodni! Nasze przysłowie rosyjskiej mówi: „głodnego słowika nie można nakarmić najpiękniejszemi piosenkami"! Duch! Człowiek dolarów ośmiela się prawić o duchu!

Śmiał się zuchwale, bezczelnym, złym wzrokiem małych oczu czarnych wpatrując się w czerstwą twarz zdumionego i oburzonego Amerykanina.

Mr. King w milczeniu skinął głową i odszedł.

Lenin pozostał, czerniąc się na kamieniu, jak duży, posępny ptak. Patrzył nadół, na rozciągające się w różne strony doliny, na kwadraty winnic i pól, na błyszczące nici stalowych szyn, na szare plamy wiosek, miasteczek, na połyskujące kopuły i krzyże Zurychu, na taflę spokojnego jeziora, które leżało na dole, jak płyta z lapis-lazuli.

Nie widział nic. Wzrok jego przebijał mgliste opary i chmury, gromadzące się na wschodzie i biegł dalej i dalej…

Spodziewał się ujrzeć nędzne zagony chłopów rosyjskich i – nie poznał ich.

Toczyły się tam olbrzymie traktory, poruszane elektrycznością i zastępujące pracę tysięcy rolników spoconych, zziajanych, i koni, z wysiłkiem ciągnących pługi.

Dymiły kominy setek elektrowni i fabryk bez liku; w schludnych domkach wieśniaczych świeciły się okna, rzęsiście oświetlone.

Odświętnie ubrani robotnicy, o rękach czystych i obliczach spokojnych, powracali do domu bez pośpiechu i radości. Byli wszyscy podobni do siebie, jak bliźnięta, w jednakich strojach, nie różniąc się pomiędzy sobą ani wyrazem twarzy, ani ruchami.

Lenin zrozumiał, że te ludzkie zjawy, zrodzone w jego wyobraźni, są maszynami, posia-dającemi harmonijność ruchów i straszliwą siłę zbiorową, pozbawioną namiętności.

– Czy są szczęśliwi ci ludzie? – błysnęła nagła myśl.

– Są spokojni – dobiegła odpowiedź.

Lenin patrzył wciąż, wbijając czarne oczy w daleki, mglisty horyzont. a placach miasteczek i osad – tam, gdzie niegdyś stały przybytki Boże, wznosiły się teatry, muzea i szkoły.

Nie dochodził uszu Lenina, chociaż nadsłuchiwał z natężeniem, ani brzęk kajdan, ani jękliwe, rabie zawodzenia:

– O-ej! O-ej!

Prawie drżąc z obawy, że ujrzy straszne widowisko, szukał wszędzie bezmyślnej twarzy leżącej w trumnie Naśćki z zaostrzonym nosem i nieprzymkniętem okiem, po którem biegała mucha czarna.

Nie słyszał zaklęć starej znachorki Anny, bijącej ciężarną dziewczynę deskę po brzuchu. Nie mógł znaleźć wściekłego ze znużenia olbrzyma-burłaka, z owrzodzoną piersią, ani pastuszki-niemowy, obciągającej na sobie jubkę i drapiącej się pod pachami… Wszystko minęło, co trapiło i nienawiścią przepełniało duszę jego. Nad bezkresną płaszczyzną niby szmer lekkiego łagodnego wiatru niosły się słowa kojące:

– Równość… szczęście…

Oprzytomniał nagle, bo przechodząca grupa turystów rozmawiała głośno. Lenin podchwycił urwane zdanie:

– Socjaliści okazali się dobrymi patrjotami…

Zjawa prysnęła. Surowa prawda zajrzała szyderczo w oczy skośne, czarne i ostre.

Zerwał się i biegł prawie ku kolejce, aby prędzej dostać się do miasta i pisać, rzucać w świat gorące, zrozumiałe słowa zemsty, proste, a zuchwałe nawoływania do walki o to, co zagrabili, przywłaszczyli sobie możni, bogaci, potężni, depcąc obojętnie po znękanych ciałach miljonów, setek miljonów pracujących w pociec czoła, bez wytchnienia, bez nadziei.

Ja wam wniosę wyzwolenie! – szeptał gorąco. – Pójdźcie za mną, a słowo nadziei ciałem się stanie!

Ze szczytu Utokulmu powrócił innym człowiekiem.

Żył tylko nienawiścią, z nienawiści czerpał płomień swoich myśli i siłę słów, od nienawiści kreślił szlak ku miłości dla jęczącej ludzkości i znowu postanawiał, że doprowadzi ją do celu – jasną i promienną, skąpaną w ożywczem źródle krwi, zahartowaną i wykutą w ogniu zemsty za wieki ucisku.

– Nie sądźcie! – dochodził go nieraz szept straconego w więzieniu austrjackiem wieśniaka. Wzdrygał się i odpowiadał w duchu:

– Głupie, ciemne, rabie bydło!

Na krótki czas oderwał się od swoich myśli, niby gęsta mgła, otaczających go. Czuł się chorym i przepracowanym. Zresztą uważał za konieczne na pewien czas zniknąć z oczu rządu szwajcarskiego. Wjeżdżając do wolnego kraju, podpisał zobowiązanie, że nie będzie zakłócał spokoju.

Fizycznie nie zakłócał go, lecz polemiczne artykuły jego, przedrukowane w szwajcarskich pismach socjalistycznych, zaniepokoiły opinję publiczną i władze. Zaczęto przyglądać mu się bacznie, śledzić każdy jego krok. Wyczuwały się w tem wpływy politycznych agentów Rosji i jej aljantów.

Postanowił wyjechać. Skorzystał z zaproszenia mieszkającego na Capri pisarza rosyjskiego Maksyma Gorkiego.

Pewnego dnia zniknął bez śladu, porozumiawszy się przedtem listownie z włoskimi socjalistami, Nittim i Serratim.

Zastał Gorkiego chorego i zgnębionego.

Olbrzymi, niezgrabny człowiek, o twarzy ciężkiej, z gruba wyciosanej, o oczach myślących i surowych, z radością spotkał małego, ruchliwego przyjaciela, który założywszy ręce do kieszeni spodni i zadarłszy głowę, świdrował go przenikliwemu źrenicami i mówił niby do siebie:

– »le! Do djabła – źle! Cera, jak ziemia, oczy podkute, wargi blade, życia na obliczu ani krzty! Jakżeż tak można? Powinno się oszczędzać talent, bo taki spotyka się nie często… Ja gadam i gadam, a on, jak ten kot w bajce Kryłowa: „słucha i zajada", coprawda, zdaje się, jakieś pigułki, ale w każdym razie zajada!…

Obaj śmiali się głośno i przyjaźnie. Kilka dni spędzili razem.

Zwykle wyjeżdżali wczesnym rankiem na barce starego rybaka, Giovanni Spadaro, i, kołysząc się na łagodnych falach lazurowego morza, gwarzyli cichemi głosami o wszystkiem i o niczem, co umieją czynić tylko prawdziwi Rosjanie, niżąc na jedną nić zupełnie różne myśli i wrażenia. Lecz trwało to zwykle niedługo.

Zupełnie przypadkowe słowo otrzeźwiało Lenina.

Mrużył nagle oczy. Nie widział wtedy białych i różowych żagli rybackich; przejrzystych, szafirowych fal; srebrnych, niby lecące łabędzie, obłoków; szybujących mew; dalekich dymów parowców; zielenią i kwiatami okrytych stromych barwnych skał Capri. Przed oczami stawały mu szeregi towarzyszy partyjnych, w zgiełku i panice szukających wodza, a tuż inne tłumy – zbrojne i gniewne, pędzące do ataku.