Выбрать главу

– Przekleństwo! – szeptał Lenin i pięści zaciskał.

Gorkij niemal ze łzami w oczach mówił o straszliwych klęskach, ponoszonych przez Rosję na polach bitwy, o setkach tysięcy zamordowanych wieśniaków.

– Ile łez płynie teraz po wsiach naszych! – mówił załamując ręce. – Ile szlochów i krzyków rozpaczy słyszą nasze chaty nędzne!

Lenin spoglądał na niego twardym wzrokiem i odpowiadał:

– Niech tak będzie! Dużo ludzi gnieździ się w tych chatach. Na sto wojen starczy… Wszystkich nie wymordują! tymczasem jest to woda na nasz młyn… Niech- no jeszcze głód przyjdzie i przyciśnie dobrze! Rewolucja nabrzmieje, jak wrzód. Tylko dotknąć i – pęknie! Cha-cha! Za tę krew chłopów i robotników wylejemy całe morze krwi naszych wrogów i morderców!

Stary rybak, lubiący beztroski, szczery śmiech Włodzimierza, w takie chwile z niepokojem i obawą przysłuchiwał się chrapliwym, głuchym tonom mowy jego.

– Ależ to straszne! – żachnął się Gorkij. – Rewolucja przez taką hekatombę niewinnych ludzi, poszarpanych, zmiażdżonych! Nie! Nie!

Lenin marszczył brwi mongolskie i mówił:

– Głupiec tylko boi się zbroczyć miecz krwią, skoro ma miecz w ręku i wie, poco go ma! Dla rewolucji nie masz zbyt wielkich ofiar, wierzaj mi, Aleksy Maksymowiczu! Pamiętaj, że my jesteśmy synami buntu narodu naszego. Niech-że wrogowie nasi dopomogą bunt ten wszcząć i podnieść go aż pod obłoki, jak czerwoną falę!

– To okropna prawda! – szepnął pisarz.

– Okropna? – zaśmiał się Lenin. – To mówisz ty? Maksym Gorkij? Człowiek, który wyszedł z najciemniejszej, najbardziej zdeptanej warstwy ludu? Ty – znawca duszy bosiaka bezdomnego, nienawidzącej dziewki publicznej, zbuntowanego chłopa i robotnika, o świtającej myśli rewolucyjnej?! Wstydź się? Przeżywamy żelazne czasy! Dziś nie dano nam głaskać ludzi po głowie. Ręce opadają ciężko, by strzaskać czaszki, zmiażdżyć kości bez miłosierdzia!

Umilknął i po chwili dodał:

– Najwyższem pragnieniem naszem stało się wytępienie wszelkiego gwałtu! Piekielnie ciężkie zadanie!… Gwałtem i uciskiem dojdziemy do rozwiązania go. Innej drogi niema, bo człowiek nie jest zdolny do tworzenia rzeczy i pojęć idealnych, doskonałych w chwili dowolnej! Potrzebne były wieki niewoli, aby zrodził się bunt, przejdą dziesięciolecia nowego ucisku i panowania żelaznej ręki, nim z buntu wyłoni się prawdziwa wolność, która jest niczem innem, tylko równością…

Gorkij nic nie odpowiedział.

Nie chciał rzucać goryczy zwątpienia do duszy przyjaciela, mówiącego z takiem głębokiem przekonaniem, silnem, rozbrajającem.

Wielki pisarz rozumiał, że Lenin w tej chwili przemawiał nie do niego, lecz do zbiedzo-nych tłumów, marzących ślepo o równości, do nędzarzy ciemnych, których zamierzał prowadzić ku dalekiemu celowi, kryjącemu się w złowrogiej mgle.

Milczał.

Lenin otrzymał wkrótce list od żony. Donosiła o kongresie socjalistycznym, który, na żądanie Lenina, miał się odbyć w Szwajcarii.

Nie zwlekając ani chwili, pożegnał pisarza, znajomych rybaków, partnerów, z którymi chętnie grywał w szachy, i powrócił do Zurychu.

Na czas przybył do Zimmerwaldu, gdzie z nienawiścią w oczach i głosie ścierał się namiętnie z wodzami socjalizmu europejskiego: Ledebournem, Serratim, Rakowskim, Ladzarim,

Brizonem, Maringiem, Heglundem, Horterem; zwalczał ich, zohydzając, stawiając pod pręgierzem ciężkich podejrzeń, obdzierając z uroku czci, narażając na pośmiewisko; wywoływał oburzenie tłumu i krzyki nienawiści; oskarżał o zdradę i tchórzostwo; rzucał obelgi; niesumiennie spekulował słowami przeciwników; mówił prostym, twardym, nieraz zbyt dosadnym stylem, posługiwał się logiką ostrą, jak klinga miecza; powtarzał wkółko główną myśl; zmuszał słuchaczy do przyjęcia jego wniosku; pozbawiał ich swobody wyboru; przemawiał głosem chrapliwym, głuchym, bez cienia patosu, lecz ruchem rąk, głowy i całego ciała, groźnym lub dobrotliwym, ironicznym wyrazem twarzy, przenikliwym spojrzeniem małych, bacznych oczu rozpraszał szeregi przeciwników, odrywając od nich coraz t nowych zwolenników. Krok za krokiem, niby walcząc na bagnety, torował sobie drogę i, poruszywszy instynkty zgromadzonych szeregowych towarzyszy partyjnych, wbijał w ich mózgi swoją formułę o zamianie wojny imperjalistycznej na wojnę cywilną przeciwko rządom i kapitalizmowi.

Nie dbając o oskarżenia, że zdradza ojczyznę, na kongresie w Kienthalu w pół roku później cisnął zuchwale, straszne słowa, że Rosja może zginąć, aby się tylko udała rewolucja socjalistyczna, i wtedy już założył podwaliny trzeciej Międzynarodówki.

Już wtedy sformułował jasno to, o czem myślał na szczycie Utokulmu. Powtarzał to ciągle, wtłaczał w głowy garnących się do niego internacjonalistów. Mówił, tupiąc nogą z wściekłością i podnosząc pięść, niby ciężki młot kowalski:

– Człowiek jest zbyt głupi, aby wystarczyć samemu sobie. Dziesięciu lub milion wolnych głupców – to stado! Demokratyzm i wolność – to bezczelny pomysł burżuazji i zabobon najgłupszy! Najlepszą formę rządu dla ludzkości stanowi bezgraniczny despotyzm, który dokonywany jest nie na korzyść rządzących i ciemiężców, lecz dla dobra uciemiężonych i za ich wolą.

Przysłuchiwali się tym słowom wodza najnędzniejsi, ścigani parjasi ducha, ci, co „chlebem tylko żyć mogą", ziejący zemstą, podsycani zawiścią, błyskali oczami i pięści zaciskali. powtarzając słowa straszliwej ewangelji:

– Bezgraniczny despotyzm uciemiężonych…

Za Mesjaszem gwałtu w imię młodości dążyli coraz liczniejsi apostołowie buntu, zagłady, krwi rozlewu i marzeń szaleńczych.

W r. 1917, jak huk pioruna, rozdzierającego niebo i ziemię, nad brzegi spokojnego, lazurowego jeziora Zurychskiego przyleciała wieść:

– W Rosji rewolucja! Car zrzekł się tronu!

Lenin zatarł ręce, zmrużył oczy i kilka razy powtórzył:

– Nastał mój czas! Nastał mój czas!

Szukał dróg do Rosji. Wszystkie były straszliwie długie.

Pozatem wszędzie po swojem wystąpieniu w Zimmerwaldzie mógł napotkać niezwalczo-ne trudności w państwach, sprzymierzonych z Rosją, a nawet spodziewać się napadu agentów rządu petersburskiego.

Najkrótsza droga prowadziła przez Niemcy i Szwecję. Uświadamiał sobie, że posypią się na niego oskarżenia o zdradę ojczyzny, lecz widział przed sobą tylko takie wyjście z sytuacji.

Nie wahając się, postanowił obrać tę jedyną drogę. Zaryzykował sobą w imię rewolucji.

Internacjonaliści szwajcarscy z Plattenem, Pannekockiem i Henrietą Roland-Holstem na czele skomunikowali się z Liebknechtem, który przez innych socjalistów uzyskał pozwolenie na przejazd przez terytorjum niemieckie dla Lenina, Krupskiej, Zinowjewa, Rakowskiego i innych. Porozumiawszy się z socjalistami zagranicznymi co do zamiaru swego, Lenin na granicy szwajcarskiej wsiadł do niemieckiego zaplombowanego wagonu i ruszył w drogę. Jednak obawiał się, że towarzysze partyjni z oburzeniem przyjmą wiadomość o jego postanowieniu. Żeby się zabezpieczyć przed rozłamem własnej partji, zaprosi – do Berna internacjonalistów wszystkich państw, aby podpisali protokół o celach i warunkach przejazdu rosyjskich komunistów przez Niemcy. Jednocześnie w swojem imieniu zwrócił się z listem pożegnalnym do robotników szwajcarskich, wyjaśniając swoje zamiary rewolucyjne i zaznaczając swoją wrogość dla rządów imperjalistycznych, nie wyłączając niemieckiego i austrjackiego.

W Berlinie Scheideman, Noske, Ledebour z innymi ugodowcami zamierzali spotkać się z wodzem rosyjskiego proletarjatu. Posłyszawszy o tem, Lenin zerwał się z miejsca i krzyknął do swoich towarzyszy:

– Powiedźcie tym zdrajcom, że, jeżeli chcą, abym ich spoliczkował, niech wchodzą… Stał, blady i wściekły.

Nikt z niemieckich socjalistów nie zaryzykował stanąć przed małym człowiekiem o szerokich barach i przenikliwych oczach mongolskich. W pobliżu granicy rosyjskiej, ktoś zauważył:

– Teraz dopiero zaczną nas obrzucać obelgami i oskarżać o zamiar szpiegostwa i zdrady Rosji. zacznie się taniec wiedźm na łysej Górze! Brr…

Lenin spojrzał na mówiącego obojętnie i mruknął:

– Pluję na to! Idę do swego celu. Droga przez Niemcy była najkrótsza z tych, które prowadzą do niego.