– Rewolucja powinna porwać cały naród, pociągnąć go ku sobie! – zaprotestował młodszy brat. – Jakżeż osiągnie to, gdy się splami pospolitym rabunkiem, ohydną zbrodnią?
– Twoje rozumowania dobre są dla kwakrów lub ewangelickich chrześcijan, Grzegorzu, nie dla nas! My – półpogański jeszcze naród, błąkamy się w mroku – mówił Piotr.
– Nasza inteligencja nie ustępuje europejskiej, nasza sztuka jest wszędzie podziwiana -powiedział Grzegorz.
– Mój drogi! – zawołał starszy brat. – Są to stare, zupełnie nieprzekonywające dowodzenia! Nasza inteligencja myślowa i twórcza obliczona jest na dwa lub trzy miljony, a pozostałe 150 miljonów w okresach epidemji lub głodu tłuką kijami, lub rąbią siekierami lekarzy, nauczycieli, agronomów, weterynarzy, bo oni bezpośrednio „cholerę roznoszą"; baby topią wiedźmy, bo one swemi czarciemi sztukami powodują gniew Boży. Pomiędzy nami a ludem – przepaść. Żadnego mostu nie potrafimy przez nią przerzucić!
– To – prawda! – zgodził się pan Bołdyrew. – Dwadzieścia sześć lat znam robotnika. Gdy mówię z nim o rzeczach fachowych, rozumiemy się wybornie. Dość jednego słowa o czemś życiowem, ogólnem, natychmiast mam wrażenie, że słowa moje nie dochodzą do robotnika… W oczach jego spostrzegam zmieszanie, nieufność, wrogość. Myślicie, że chłop rozumie robotnika, lub mieszczucha? Nie! bywałem na wsi u brata Sergjusza i wiem, że chłopi nienawidzą właścicieli ziemskich, są pełni podejrzliwości względem ludzi z miasta i pogardy dla robotnika…
– Tak! – zawołał Piotr. – Niestety, nie posiadamy społeczeństwa. Mamy kilka warstw, ni-czem ze sobą nie złączonych, wzajemnie usposobionych wrogo, a jeżeli dodamy do tego różnice dzielnicowe, religijne, szczepowe – obraz staje się rozpaczliwie beznadziejnym!
– W jaki sposób potrafi Lenin połączyć to wszystko? – zapytał Grzegorz.
– W tem pytanie! – zgodził się Piotr. – Dowiemy się wkrótce, jeżeli zwycięży ten zagadkowy wódz proletarjatu.
– Chodźcie na śniadanie! – rzekła pani Bołdyrewa, otwierając drzwi. – Sama wszystko przyrządziłam, bo służba rozbiegła się po wiecach.
Przy stole panowało milczenie. Pani Bołdyrewa była smutna i ukradkiem wycierała łzy. Spostrzegła, że mąż miał bladą, stroskaną twarz.
Była przekonana, że niepokoi się o swoją kochankę, która całkowicie zawładnęła starzejącym się, zawsze jednak pełnym werwy, dowcipu i wspaniałego zdrowia inżynierom. Myliła się jednak pani Bołdyrewa. Mąż jej myślał w tej chwili o rewolucji i ani razu nawet nie przypomniał sobie zalotnej panny Tamary, jej świeżej, różowej twarzyczki, otoczonej złocistemi kędziorkami puszystych włosów.
Synowie współczuli matce i czuli rosnącą pogardę dla niewłaściwego, spóźnionego romansu ojca; nigdy zresztą nie poważali go szczerze. Nie imponował im wcale. Spostrzegli dawno jego lekkomyślność, bierność i brak siły, która zdobywa życie przebojem, nie zatrzymując się przed walką. Czuł to sam Bołdyrew w tej chwili z dokładnością, sprawiającą mu niemal ból fizyczny. Wiedział, a raczej przeczuwał, że nadchodzi czas ciężkich prób, nowe, nieznane życie; dla ogarnięcia go rozumem, przeciwstawić się dążącym wrogim zjawiskom nie miał już się. Nie potrafiłby żyć inaczej, niż dotychczas, ani myśleć kategorjami człowieka walczącego, zdobywającego. Uświadamiał sobie bezbronność, swoją słabość, zwątpienie we własną wartość. Przed tem męczącem uczuciem znikały wyrzuty sumienia, gdy z niepokojem i zawstydzeniem spoglądał na smutną, zapłakaną żonę; zapomniał o odczuwanem zawsze skrępowaniu wobec synów, krytykujących go i zwykle unikających długich rozmów z ojcem.
Teraz ten przykry nastrój odstąpił go. Coś wielkiego, ogarniającego wszystko i chłonącego wszelkie odruchy duszy, przyszło i przytłoczyło go.
Po śniadaniu mężczyźni wyszli na miasto, aby rozejrzeć się w sytuacji. Strzelanina ustała. Ulicą przeciągał oddział żołnierzy. śpiewali pieśni rewolucyjne.
Na Newskim prospekcie, gdzie koncentrowało się życie stolicy, tłumy ludzi płynęły chodnikami. Na wieży miejskiej powiewała czerwona flaga. Rozległy się okrzyki:
„Niech żyje socjalna republika"!
Ulicą Morską wyszli na plac przed Pałacem Zimowym. Ujrzeli tu obóz wojenny.
Stały armaty i kulomioty; leżały rozrzucone w nieładzie, wdeptane w śnieg i błoto puste łuski naboi; dymiły kuchnie ruchome; parskały konie; łamaną linją ciągnęły się barykady.
Mury gmachu sztabu generalnego i ministerstwa spraw zagranicznych, upstrzone białemi plamami odbitego tynku i dziurami od kul, żałośnie spoglądały czarnemi oknami o wybitych szybach. Wszędzie stały oddziały żołnierzy i zbrojnych robotników, skupionych przy płonących ogniskach. Rozprawiali o wypadkach dnia.
– Drużyny z fabryki Kołomienskiej wyważyły bramy pałacowe! Zaraz pójdą do ataku! -krzyczeli powstańcy, spoglądając w stronę pałacu.
Z turkotem kół przez plac przejechały furgony Czerwonego Krzyża.
Bołdyrew spostrzegł, że na granitowych stopniach kolumny, wzniesionej na pamiątkę odparcia armji Napoleona, leży kupa ciał. Były to ofiary rewolucji. Z pod płaszczów i palt cywilnych, narzuconych na poległych, wyglądały nogi w grubych butach, sztywne, martwe.
Na wewnętrznych podwórzach olbrzymiego gmachu pałacowego przelewały się głucho strzały. Dwie salwy, a po nich trzecia – bezładna, za którą rozległy się burzliwe krzyki, kilka strzałów pojedyńczych, głuchy gwar wściekłych głosów, brzęk rozbijanego szkła, łoskot żelaza, trzask drzewa i – owe salwy. Z głównej bramy wybiegły w popłochu kupy robotników i żołnierzy, chowały się za barykadami i strzelały w pośpiechu i zamieszaniu.
Trwało to jednak niedługo, bo z bramy wyłoniły się sprawne szeregi szarych żołnierskich sylwetek. Idący na przodzie strzelali w stronę placu, inni- gęstemi salwami zasypywali dziedziniec.
– Junkrów i babski bataljon Boczkariowoj wzięto we dwa ognie! – wołali robotnicy, leżący w pobliżu ukrytych za kuchnią obozową Bołdyrewa z synami. – Ostatni to obrońcy Kie-renskiego!
– Nasi wyparli tych szerszeni z pałacu! – krzyczeli inni. Istotnie pałac był zdobyty.
Na wysokiem drzewcu, gdzie niedawno jeszcze powiewały dumne sztandary carskie, śli-zgnęła się i łopotać zaczęła duża czerwona płachta.
Na ten sygnał wszystko, co żyło, rzuciło się na obrońców pałacu. Zaczęła się rzeź.
Bołdyrew widział, jak wznosiły się kolby karabinów i, niby potężne cepy, spadały na jun-krów, jak kłuto ich bagnetami, strzelano, przykładając lufy do piersi i brzuchów. Napastnicy walczyli ze sobą o miejsce, aby zadać cios wrogom proletarjatu.
Wychowańcy szkół wojennych rozpaczliwie bronili się resztkami się i nie prosili o miłosierdzie.
Grupa robotników otoczyła dwuch junkrów, wyrwała im z rąk karabiny, obaliła, zgniotła i okryła szamocącemi się ciałami, niby zgraja psów – rannego zwierza. Bito ich kolbami i pięściami, kopano nogami, kłuto, rąbano, wyrywano włosy, wybijano zęby i oczy. Wściekli, skrwawieni, szałem porwani ludzie długo miotali się i szamotali nad ofiarami, chociaż z nich pozostały tylko straszliwe, zgrozą przejmujące szmaty.
Powstańcy ryczeli, wyli, rzygali ohydnemi, bluźnierczemi przekleństwami, znęcając się nad trupami.
Kolby uderzały w miękkie szmaty, przepojone krwią i przy każdym ciosie bluzgające czer-wonemi strugami. Obcasy ciężkich butów grzęzły w skrwawionej masie poszarpanych ciał, rozbitych głów, mięszaniny włosów, łachmanów, mózgu i błota.
W innem miejscu wybuchnęły ryki i śmiech, głuchy, zły, rozradowany ponuro.
To żołnierze Pawłowskiego pułku zaatakowali cofający się z pałacu szturmowy bataljon kobiet. Broniły się odważnie i coraz częściej przechodziły na bagnety. Wtedy żołnierze cofali się, lecz po chwili znowu rzucali się do ataku. Bataljonowi odcięto odwrót, otoczono ciasnem, żelaznem pierścieniem i ściśnięto ze wszystkich stron. Rozpoczęła się dzika walka na pięści i zęby. Trwała jednak niedługo. Co chwila wyrywano kobiety z załamanych szeregów, szarpano je, zdzierano z nich ubranie.
Rozległy się wybuchy śmiechu i krzyku: