Выбрать главу

– Stara wiedźma! Do piekła z nią!

Wtedy wznosił się karabin, dochodził głuchy odgłos trzaskających kości i półnaga postać znikała w kotłującej się ciżbie.

Rozwścieczeni, zagrzani bitwą żołnierze porywali młode ochotniczki, wlekli je za włosy, za nagie ramiona, za resztki ubrania i znikali z rozpaczliwie szamocącemi się kobietami w dziedzińcach pobliskich domów.

Olbrzymi, piegowaty żołnierz przerzucił sobie przez ramię obnażoną do pasa dziewczynę i biegł z nią przed plac. Kasztanowate włosy rozmiotły się dokoła bladej, drobnej twarzy. Piersi jak dwa pączki róży z drażniącem wyzwaniem prężyły się ostatnim wysiłkiem życia. Białe, ledwie przykryte pasmami i skrawkami podartego płaszcza ciało zwisało bezwładnie, omdlałe, wyczerpane bitwą, zdjęte zgrozą hańby i śmierci.

Żołnierz dobiegł do furgonu Czerwonego krzyża. Zajrzał do wnętrza nieprzytomnemi oczami, rzężąc, wyciągnął karabin i wrzasnął:

– Precz!

Strzelił, kulą przebijając płócienną budę.

Lekarz, sanitarjuszka i żołnierz, siedzący na koźle, natychmiast wyskoczyli z furgonu i zamieszali się w tłumie.

Żołnierz cisnął swoją zdobycz na dno wozu, aż drgnął i zgrzytnął na resorach; wgramolił się do wnętrza i opuścił połę furgonu. Tłum otoczył wóz.

Ludzie stali w milczeniu, niby przed obliczem wielkiej tajemnicy w chwili pogańskiego nabożeństwa, strasznego i ponurego.

Z furgonu dochodził urywany, zdyszany ryk i słabe, żałosne jęki.

W tej chwili z pod arki Sztabu Generalnego wytoczył się samochód pancerny.

Żołnierze z karabinami, z powiewającemi czerwonemi wstęgami na czapkach i rękawach stali na stopniach samochodu i leżeli na jego błotnikach. Pośrodku, wyżej od wszystkich, stał człowiek w szarej, robotniczej czapce i czarnem palcie cywilnem. Szeroka, o wystających policzkach i grubych wargach twarz łagodnie, radośnie się uśmiechała, skośne oczy biegały, badawczym wzrokiem ogarniając tłum i cały plac. Człowiek ten miał oczy owada, który w okamgnieniu obejmuje olbrzymią ilość szczegółów, patrząc tysiącami źrenic naraz.

Ktoś z tłumu poznał go.

– Niech żyje Lenin!

– Niech żyje towarzysz Lenin – nasz wódz! – rozległ się krzyk.

– Lenin! Lenin! Niech żyje Lenin! – targnęły powietrzem setki gardzieli.

Ludzie podnosili się na palce, zadzierali głowy, tłoczyli się i potrącali, żeby lepiej widzieć tego, kto prowadził ich ku lepszej, wymarzonej przyszłości.

– Ustąpcie z drogi, towarzysze! – wołał szofer. – Drogę dla towarzysza Lenina!

– Co się tu u was dzieje? – spytał Lenin dobrotliwym głosem, spostrzegłszy niezwykłe błyski w oczach ludzi, otaczających furgon.

– Cha! Cha! – zagrzmiał śmiech. – Żołnierz porwał burżujkę ze szturmowego bataljonu, no i… Cha! Cha! Cha! Po takim zuchu odechce się jej bronić pałacu i burżujów… Cha! Cha! Cha!

Lenin skrzywił usta ze wstrętem i jeszcze bardziej zmrużył skośne oczy. W wąskich szparkach, niby węgle rozżarzone, świeciły się jego czarne, przenikliwe źrenice. Badał nastrój, wchłaniał w siebie myśli tłumu. Pojął przyczynę tej bladości twarzy, te mroczne, drapieżne połyski oczu i drżenie mocno zaciśniętych warg… Uśmiechnął się wesoło i beztroskim głosem odkrzyknął:

– Niech się zabawi wierny obrońca proletarjatu! Wszystko od dziś należy do was, towarzysze! Rabujcie zrabowane!

– Oho – ho – ho! – zawył tłum. – Lenin! Niech żyje Lenin!… Ach! Nasz on – umiłowany, wódz,… ojciec! Lenin! Lenin!

Pancerny samochód powolnie sunął naprzód, a za nim, popychając się, biegł tłum, Lenin zatrzymał się w pobliżu miejsca, gdzie dobijano resztki junkrów i kobiet bataljonu ochotniczego.

– Skończyć z nimi! – krzyknął Lenin. – Spieszcie się na oględziny pałacu, waszego pałacu, towarzysze, bracia, walczący o wolność i szczęście proletarjatu, o promienną przyszłość ludzkości! Za mną!

Tymczasem z furgonu Czerwonego Krzyża wyskoczył piegowaty olbrzym. Leniwemi ruchami poprawiał na sobie ubranie, uśmiechał się lubieżnie i zuchowato spoglądał na wpatrzonych w niego powstańców.

– Dogodziłem dziewce, oj, dogodziłem… a, może, to córka jakiegoś generała? Wysoko-rodne pokrewieństwo… Cha – cha – cha!

Uczynił bezwstydny ruch i nagle krzyknął:

– Stawajcie w ogonek! No, kto pierwszy? Generalska córka czeka… całkiem gotowa.

Tłum, śmiejąc się i mrucząc, prawie bezwiednie spełnił ohydny rozkaz, tłocząc się i ustawiając w długą kolejkę. Do furgonu wskoczył wyrostek o jednem oku, bez czapki. Nie miał butów na nogach. Z prawej stopy zwisały brudne szmaty porwanej onuczy.

– Bogaty narzeczony dostanie się tej dziewce! ć wołano w tłumie.

– Cha – cha – cha! – ryczeli żołnierze.

Ktoś gwizdnął przeraźliwie, włożywszy palce do ust. Nagle powstało zamieszanie.

Grzegorz Bołdyrew roztrącał tłum i, błyskając oczami, przedzierał się do furgonu. Wskoczył do wozu i zniknął za zwisającem płótnem.

– Spieszno mu… Patrzcie-no, jaki płomienny! – wołano dokoła. – W ogonek stawaj! Nie ustąpimy… po sprawiedliwości trzeba, bez szulerki!

Wybuchnął śmiech, żarty i wyzwiska zgniłe, straszliwe.

Urwały się po chwili. Z furgonu wypadł jednooki wyrostek, i potoczył się po stratowanym, topniejącym śniegu, niby wyrzucony kloc drzewa. Na furgonie zjawił się Grzegorz. Trzymał w ręku rewolwer. Patrzył groźnie i krzyczał.

– Kto się waży dotknąć tej kobiety – temu łeb rozwalę! Hańba! Walczący o wolność pro-letarjat gwałci kobietę bezbronną! Wstydźcie się, obywatele!

Tłum znieruchomiał, umilknął, przyczaił się. Jednak trwało to krótko. Rozległ się drwiący głos:

– Proletarjat nie zna hańby! To burżuazyjny przesąd!

Grzegorz Bołdyrew nie spostrzegł, że stojący w pobliżu niego żołnierz ukradkiem podniósł karabin i z rozmachem uderzył go kolbą w pierś. Jak rażony piorunem, młodzieniec padł na-wznak, znikając we wnętrzu furgonu.

Stary Bołdyrew uczuł nagle niczem nieprzezwyciężony, zwierzęcy strach przed tem, co musiało się stać. Nie uświadomiona rozumem myśl o potędze tłumu, o zagrażającem niebezpieczeństwie i bezcelowości obrony wybuchnęła w obłędny strach i zmusiła mięśnie do czynu. Nie oglądając się pobiegł ku łukowi, słysząc, że ktoś ściga go. zdyszany, zatrzymał się wreszcie. Obejrzał się. Tuż za nim stał blady, drżący Piotr.

Patrzyli na siebie oczami zbrodniarzy, którzy przed chwilą dokonali mordu. Milczeli, jak dwaj spiskowcy. W oczach ich miotały się strach, wstyd i nienawiść. Nie wyrzekli do siebie ani słowa.

Powrócili na plac biegiem. Furgonu nie znaleźli. Odjechał już. Oddziały powstańców odpłynęły ku placowi. Nowe tłumy, wynurzające się ze wszystkich ulic, porwały Bołdyrewych. Biegli razem z innymi; zgubili się w ciżbie; byli nawet radzi, że mogą nie patrzeć sobie w oczy. Czuli się drzazgami, unoszonemi przez potężny wir, wezbrany, oszalały. W sercu mieli gryzący wstyd i pogardę dla samych siebie. jakieś głosy – donośniejsze od zgiełkliwego gwaru tysięcy ludzi wołały władnie do czynu, natychmiastowego, śmiałego, niezbędnego, jak obrona własnego życia.

Dokoła rwały się ryk, gwizd, śmiech, wrzaski:

– Do pałacu! Do pałacu!

ROZDZIAŁ XIX.

Na placu dobijano jeszcze ostatnich obrońców rządu tymczasowego, gdy Lenin wchodził już do pałacu Zimowego.

Chalajnen i Antonow-Owsienko na czele fińskich i łotewskich rewolucjonistów torowali dla niego drogę w tłumie.

Żołnierze, robotnicy, złodzieje, bandyci, wypuszczeni przez powstańców z więzieni kryminalnych, żebracy, zapominający nagle o swojem kalectwie, służba pałacowa, dozorcy z sąsiednich domów, prostytutki, wyrobnice i nawet dzieci; tłumy wyjących, ryczących, śmiejących się obłędnie ludzi przebiegały nieskończone amfilady wspaniałych sal o wybitych kulami oknach i odłupanych gzymsach marmurowych sufitów.

Pijany chłop, otoczony gromadką roześmianych kobiet, stał przed olbrzymim zwierciadłem w rzeźbionej, złoconej ramie. Przyglądał się sobie długo, z poważną twarzą, poprawiając barankową czapkę i gładząc brodę. Po chwili przyszła mu do głowy myśl wesoła. Zaczął tupać nogami, podśpiewywać i nagle puścił się w tan, przysiadając i bijąc hołupce. Podsunął się tak blisko do lustra, że otarł się o szklaną taflę rękawem kożucha. Rozgniewało go to. Przystanął i złemi oczami przyglądał się chwilę, a później rzygnął potokiem zgniłych przekleństw i z całej siły kopnął szkło nogą. Rozprysnęło się w kawały, rozsypało się z brzękiem. Tłum zary-czał, wybuchnął śmiechem i wyciem.