Plac przed kościołem, blanki i podwórka cytadeli były szczelnie zapełnione przez żołnierzy, robotników i ciekawy tłum uliczny. Powitano Lenina burzliwemi okrzykami. On szedł, otoczony eskortą i towarzyszami, na środek placu, gdzie dla niego przygotowano mównicę.
Wstąpił na nią i długo patrzył na zwolna milknący tłum. Gdy ostatnie pomruki zacichły na blankach murów i krużgankach katedry, wyciągał ręce, niby objąć, ogarnąć chciał wszystkich tu zebranych, stojących w oczekiwaniu namiętnem.
– Towarzysze! – zawołał. – Po raz pierwszy w dziejach naszego kraju rewolucja stąpa po kamieniach tego straszliwego miejsca. Po raz pierwszy dumnie i zwycięsko powiewają nad niem sztandary czerwone, sztandary wyzwolenia! Wieki widziały tu rewolucjonistów, w lęku śmiertelnym dążących ku miejscu stracenia, lub dzwoniących kajdanami w kazamatach i lochach fortecy. Zgoła inne flagi biły czerwienią w oczy wykonawców woli carów i burżuazji. Były to skrwawione, szkarłatne, krwią zlane ciała męczenników, straconych ręką kata za walkę o wolność!
– Śmierć carowi! Precz z burżuazją! – buchnęły złe, ogłuszające okrzyki.
– Car będzie oddany pod sąd robotników, włościan i żołnierzy! – ciągnął Lenin, gdy się uciszyło znowu. – Burżuazja zostanie wytępiona, jako najstraszliwszy wróg nasz, wróg pro-letarjatu! Odbierzecie od niej ziemię, fabryki, kapitały, władzę; burżuazja zmarnieje, bo to tylko stanowiło jej siłę. Jeżeli zaś ośmieli się sprzeciwiać wam, zginie w potokach krwi! Pro-letarjat będzie nielitościwy i zwycięstwo rewolucji utrwali na zawsze! Towarzysze! Wszystko należy do pracujących i nic bez ich woli i zgody nie zostanie postanowione!
– Śmierć ministrom! – rozległ się krzyk. – Znajdują się w cytadeli! Oddać ich w ręce nasze!
Nie zdołał przebrzmieć ten krzyk niebezpieczny, podburzający, gdy Lenin rękę podniósł i, uprzedzając inne głosy, zawołał donośnie:
– Towarzysz nie wyraża woli proletarjatu, żądając burżuazyjnej zemsty nad nieszkodliwe-mi nikczemnikami. Kierenskij umknął i zamierza prowadzić na stolicę wojska. Lecz wiemy, że nasi towarzysze już uniemożliwili ten zamiar. Wojska Kierenskiego rozpadły się i żadna kompanja nie dojdzie do Piotrogrodu!
– Niech żyje Lenin! Lenin! Lenin! – przelewała się fala krzyków. Finowie uciszyli tłum.
– Towarzysze! Któż pozostał? Niemowlęcy Tereszczenko, śmieszny ministerek, kukiełka dziecinna, i inni, co nic nie zrobili ani złego, ani dobrego, bo nie mogli nic zrobić, nie mając ani rozumu, ani woli, ani władzy? Muszą oni wykryć nam wszystkie tajemnice carskiego rządu, nieznane narodowi układy, najważniejsze dokumenty i tem przysłużyć się proletarjatowi. Zwolnimy ich, bo tymczasem są nam potrzebni. Ministrowie Kierenskiego nie są dla was bardziej niebezpieczni niż wróble na dachu, towarzysze! Tłum ryknął śmiechem, niosły się zewsząd okrzyki:
– Och, Lenin! Och Iljicz, tęgi chłop! Ostry a język, niczem brzytwa! Cha – cha – cha! Ministrów nazwał wróblami na dachu! Och, rozśmieszył nas! Lenin! Lenin!
Inni wołali jeszcze głośniej:
– Wypuść wróbli z klatki…! Hej, czem oni są dla nas? Plunąć i rozetrzeć…
– Dobrze, towarzysze, spełnimy wasze życzenie! Ministrowie po przesłuchaniu ich przez towarzyszy Trockiego, Przeobrażeńskiego, Zalkinda i Rykowa zostaną zwolnieni – krzyknął Lenin. – A teraz rozchodźcie się do domów po znojnym dniu, a bądźcie baczni, aby nigdzie nie zaczaił się wróg rewolucji i proletarjatu! Niech żyje socjalistyczna republika! Niech żyje pracujący lud całego świata!
– Hurra! Hurra! – wył tłum. – Niech żyje Lenin! Niech żyje rewolucja! Lenin stał i przyglądał się krzyczącym bezmyślnie ludziom.
Badał każdą parę oczu, każden grymas, wsłuchiwał się w ryk, chwytając ostrym słuchem oddzielne słowa; zamieniał się w jakiś najczulszy mikrofon, odpowiadający ledwie zapalającej się w mózgu myśli tych tysięcy ludzi, każdemu jeszcze podświadomemu nastrojowi, rodzącemu się dopiero uczuciu.
Widział przed sobą to morze głów o pałających oczach i szeroko rozwartych ustach, lecz odróżniał wyraźnie każdą twarz, poznawał ją w szczegółach, czuł żądze i pragnienia wszystkich i każdego zosobna. Przemawiał do nich ich myślami, budził w nich to, co leżało głęboko w ich mrocznych duszach niewolników nienawidzących, spełniał ich zatajone marzenia; był władcą, bożyszczem tego tłumu; czuł się jednak sługą jego, biegnącym przed orszakiem; wiedział, że już nie może się zatrzymać ani na mgnienie oka, bo pozostanie sam; nie może się cofnąć, bo zgniecie go ta tłuszcza rozszalała, żądna coraz to nowych ofiar, wstrząsów i obietnic, gdyż wymagały tego nagle wyzwolone siły, zduszone ciężką stopą ucisku, obezwładnione okrucieństwem rządu, podstępem kościoła, zgnębione nieudanemi próbami socja-listów-ugodowców.
Fińscy strzelcy i bataljon pułku Pawłowskiego zręcznym manewrem odcięli większą część zgromadzonych od mównicy i, niby torując dla nich drogę, oczyścili plac, blanki i boczne podwórka koło rowelinów, gdzie jeszcze niedawno pędzili smutne życie wrogowie cara.
Lenin z towarzyszami pozostali sami na placu.
Na krużganku katedry stał jednak tłum, zbity głowa przy głowie.
Byli to ci, o których Leninowi nie chodziło. Gawiedź uliczna, służba domowa, drobni urzędnicy, jakieś kobiety w chustkach na głowach i szalach na ramionach – przeróżne typy, przerzucające się w dobie rewolucji z jednego obozu do drugiego „polityczna galareta", jak zwykle mawiał.
Narazie chciał kazać, aby usunięto tę gromadę ludzi, lecz po chwili pomyślał, że są to ci, którzy najszybciej rozniosą po mieście potrzebne wieści. Należało uczynić tak, aby mogli potwierdzić zwycięstwo partji. Podniósł głowę i wesołym głosem krzyknął:
– Towarzysze! Zajrzyjmy w oczy cięmiężców naszych! Do katedry! Szybko zbiegł po stopniach i wszedł do przedsionka świątyni.
Ludzie tłoczyli się przed nim, milknąc i żegnając się nabożnie.
Lenin wkroczył do kościoła w czapce, a za nim szli komisarze, fińscy strzelcy, prowadzeni przez Chalajnena, i żołnierze, a nikt nie obnażył głowy.
Tłum skamieniał i ze zgrozą patrzał na bezbożników. Gdyby kościół był przepełniony ludźmi, Lenin nie uczyniłby tego, bo nie potrafiłby uprzedzić wybuchu oburzenia. Z tą gawiedzią eskorta dałaby sobie radę, więc nie obawiał się i postanowił dać pierwszą naukę. Skutki jej i doniosłość dla przebiegu „wiecznej rewolucji" obmyślał na wygnaniu syberyjskim, po więzieniach i na emigracji zagranicą.
Los sprzyjał mu.
Otwarły się złote podwoje „bramy cesarskiej" w wielkim ołtarzu, i duchowieństwo w rytualnych szatach, z krzyżami w rękach i ewangelją, niesioną na głowie przez opasłego arcy-diakona, wyszło na spotkanie nowych władców stolicy.
Lenin stanął i pogardliwie spoglądał na popów, śpiewających i dymiących kadzielnicami.
– Albowiem rzekł Chrystus, Zbawiciel nasz: „Każda władza od Boga jest…" – zaczął proboszcz katedralny przemówienie swoje, ze zgorszeniem i strachem patrząc na małego barczystego człowieka w robotniczej czapce, z pod daszka której pytająco i przenikliwie błyskały zmrużone oczy mongolskie.
– Dość tej komedji! – dobitnie rzekł Lenin. – Władza pracujących nie jest od żadnego z istniejących bogów, tylko – od warsztatów i pługów, z potu i krwi! Dość tego! Nie znamy waszych bajek o bogach. Nie potrzebujemy tego opjum, tego haszyszu, krępującego wolę ludu! Bogów nie ma ani na niebie, ani na ziemi! Nigdzie! Nigdzie!
Duchowieństwo w lęku cofać się zaczęło; jeden z popów, zakasawszy ciężką szatę, biegł, plącząc się w jej połach.
Lenin wybuchnął śmiechem, a za nim komisarze, żołnierze i tłum, przed chwilą zgorszony i strwożony.
Ta zmiana nastroju nie uszła uwagi Lenina, więc, zwracają się do popów, zawołał:
– Gdyby wasz Bóg istniał, to i wtedy odstąpiłby on was, – służalców carskich, pasibrzuchów, pijaków, rozpustników, ciemiężycieli pracującego ludu. Lecz niema Go nigdzie! Pokarałby mnie za słowa moje, a tymczasem widzicie? Cofacie się i uchodzicie, posłyszawszy prawdę!