Выбрать главу

Lenin spostrzegł, że ten i ów z tłumu wcisnął czapkę na głowę, a stojąca wpobliżu kobieta, zamierzająca zrobić znak krzyża, nagle opuściła rękę i uśmiechnęła się zagadkowo.

Otoczony komisarzami i eskortą Lenin poszedł dalej. Wzdłuż ścian ciągnęły się grobowce carów i ich małżonek. Biały i różowy marmur, korony, krótkie, złocone napisy…

Chalajnen zatrzymał się przy jednym grobowcu i uderzył weń kolbą karabinu. Żołnierze i tłum rzucili się do rozbijania pobliskich grobowców, wywlekali trumny z zabalsamowane-mi resztkami dawnych władców. otwierali je, zrywali złote przedmioty, drogie tkaniny i wlekli sztywne, zabalsamowane zwłoki po posadzce, śmiejąc się, krzycząc i dopuszczając się sprośnych, bezwstydnych żartów.

– Wrzućcie te lalki do Newy! – poradził Lenin, dobrotliwie patrząc na rozzuchwalony, rozbawiony tłum, niby ojciec na dzieci swawolne.

Wyciągnięto ciała i trumny na plac i wleczono dalej aż do murów; wśród gwizdu, wycia, krzyku i śmiechu strącono wszystko do rzeki.

Tłum z wesołemi okrzykami powracał do katedry, lecz baczny na wszystko Lenin zjawił się na krużganku. Twarz mu się śmiała. Wołał, wyciągając ręce do biegnących ku niemu ludzi.

– Wyrzuciliście te niepotrzebne śmiecie, te relikwje burżuazji! Pokazaliście całemu światu, co myślicie o koronowanych katach!…

– Towarzyszu… – przerwał mu człowiek w czapce listonosza. – Pozostał tam jeszcze Piotr Wielki… Poigralibyśmy z nim…

Lenin wybuchnął beztroskim śmiechem.

– To, już widzę, nie chcecie, towarzyszu, nic dla mnie zostawić? Podarujcie mi Piotra Wielkiego!

– Cha! Cha! Darowujemy ze wszystkiemi gnatami, jeżeli jeszcze pozostały!… Podarunek dla Lenina, ho – ho – ho! – zaryczał ubawiony tłum.

– A wiecie, dlaczego proszę o niego? – zapytał Lenin, mrużąc oczy i dotykając ręką brody.

– Nie wiemy! Nie wiemy! Niech mówi towarzysz Lenin! – rozległy się krzyki i śmiech.

– Mam szacunek dla dwóch tylko carów – dla Iwana Groźnego i Piotra Wielkiego! Ta! Szacunek…

– Oho – ho! – odezwał się tłum.

– …dlatego, że obaj krew puszczali bojarom, popom, słowem burżuazji. Iwan bronił wieśniaków, Piotr stał się pierwszym rewolucjonistą. Będą naszymi nauczycielami w sztuce tępienia wrogów. Rozumiecie?!

Lenin skończył i z drwiącym uśmiechem patrzył na stłoczoną przed nim gromadę ludzi.

– Cha – cha! – rozległ się znowu śmiech. – Darowujemy Leninowi Piotra Wielkiego ze wszystkiemi flakami, na wieczyste władanie!

Lenin kiwał głową, wtórował tłumowi cichym, syczącym śmiechem i zacierał ręce. Pochylając się do Swerdłowa, rzekł z naciskiem:

– Towarzyszu! Każcie natychmiast odrestaurować zburzone grobowce…

Był niezmiernie szczęśliwy. Dziś pierwszego zaraz dnia zrozumiał, że jest stworzony na wodza ludu. Wiedział do jakiego celu poprowadzi te masy ślepe w nienawiści; miał wolę nieugiętą, aby czynić to; dziś przekonał się, że potrafi wolę swoją narzucić. Wyniosły go na szczyt fali siły żywiołowe, nie będzie się im opierał, jednak… ulegając potędze mas, część tej potęgi skieruje w łożysko, przez siebie przygotowane.

Jakgdyby potwierdzając ten plan, zbliżył się do niego, stary, o zbiedzonej twarzy wieśniak. Miał na sobie porwany kożuch i czapczynę, z której wyzierały kłaki brudnej waty. Zwichrzona, szczeciniasta broda, z zaplątanemi w niej zdźbłami słomy i resztkami jakiegoś jedzenia, okrywała ciemną, węglem i kurzem zawalaną twarz aż do oczu. Malutkie, wylękłe, chytre oczki biegały niespokojnie i ciekawie.

Zdjął czapkę i zbliżył się do Lenina.

– Wysokorodny panie… – zaczął.

– Skądże wiecie, że jestem wysokorodny? – przerwał mu Lenin.

– Jakżeż inaczej – naczelnikiem teraz jesteście… – odpowiedział.

– Włóżcie czapkę, towarzyszu, bo naczelnikiem teraz jesteście wy, nie ja! Z pewnością, pracujecie, jako ładownik węgla na kolei?

– Jakbyście wiedzieli, ładownikiem jestem…

– Cóż chcecie mi powiedzieć? – zapytał Lenin.

– Gadali ludzie, że Lenin nosi na głowie koronę złotą, a w ręku trzyma „białe pismo"… -mruknął. – A teraz sam widzę, że szczekali tylko. Ani korony, ani pisma…

Lenin zaśmiał się.

– Korony nie noszę, bo jakżebym ją nosił, kiedy sam chcę zerwać ją ze wszystkich cesarzy świata? A pismo mam – jest nim wolność dla was, towarzyszu, szczęśliwe życie, równość! Nie potrzebujecie teraz przed nikim zdejmować czapki, nikogo się lękać. Wy jesteście sami „solą ziemi", jej gospodarzem!

– To już nie mam stać bez czapki przed moim naczelnikiem? – spytał chłop.

– Pocóż robiliście to?

– Bo gdy nie zdejmowałem czapki, bił mnie w ucho i strącał ją – odparł chłop. – Kiedyś tak mnie uderzył, że krew trysnęła i na lewe ucho nie słyszę…

Lenin zamyślił się na chwilę i krzyknął:

– No, to idźcie do tego „naczelnika" i uczyńcie z nim to, czego doznaliście od niego, a -dobrze! Nie żałujcie pięści!

– Ho – ho – ho! – wyli słuchacze i śmiali się, widząc, że chłop biegł już z podwórza i, zaciskając ogromne, twarde pięści, ryczał:

– Acha! Teraz czekaj, ja z ciebie duszę wytrząsnę!

Lenin zwrócił się do otaczających go ludzi, w zachwycie, strachu i podziwie patrzących na niego, i rzekł dobitnie:

– Proletarjat musi obalić swoich wrogów, którzy znęcali się nad nim! Uczyni to rząd, obrany przez was, towarzysze! Powtarzam, że każdy może dokonać zemsty nad burżujem za swoją ciężką obrazę. Naszym wybaczymy wszystkie winy, burżujom – żadnej!

– Śmierć burżujom! – krzyknął Trockij.

– Śmierć sługom burżuazji – urzędnikom i oficerom! – dodał Zinowjew.

– Śmierć, śmierć! – niosły się coraz wścieklejsze głosy z tłumu.

– Jeżeli jest taka wola wasza, towarzysze, bracia drodzy, czyńcie, co każe wam sumienie proletarjackie! – pokrył te głosy chrapliwy krzyk Lenina. – W tem sumieniu tai się wielka mądrość. Oto czuję, że myślicie w tej chwili: Jakże będę zabijał wszystkich urzędników i oficerów? Wszakże wśród nich mogę zabić synów robotników, wieśniaków?

– Prawda! Pewno, że tak myślimy! – rozległy się zmięszane głosy.

– W sumieniu swojem znaleźliście już odpowiedź. Słyszę ją. Są n a s i urzędnicy, n a s i oficerowie, którzy wyszli z proletarjatu i proletarjatowi służyć będą. Ale są tacy, co gnietli wszystkich, obsypani łaskami cała, orderami, pieniędzmi i ziemią, zabraną wam! Tym śmierć! Śmierć książętom, bogaczom, generałom, spoglądającym na nas, jak na bydło brudne! Tym śmierć!

Tłum zerwał się z miejsca, jak kupa liści, porwanych przez wicher. Biegli ku bramie cytadeli, rycząc:

– Śmierć książętom, bogaczom, generałom! Śmierć ciemiężcom! Lenin zacierał ręce, mrużył oczy i milczał.

– Samosąd… teror… – szepnął Trockij, szarpiąc czarną bródkę.

– Samosąd!… teror – powtórzył Lenin. – Nie mamy czasu do stracenia. Szeregi wrogów rewolucji powinny być zdziesiątkowane!

Zaturkotały zajeżdżające samochody.

Lenin, komisarze i żołnierze eskorty wsiadali do wozów.

Wyjechali z bramy fortecy.

O kilka kroków od niej, duża grupa ludzi, krzycząc i klnąc, biła kogoś. Wznosiły się i opadały pięści. Tłum szamotał się i przewalał z chodnika na jezdnię.

Lenin stanął w samochodzie.

Ujrzał jakiegoś staruszka, małego, siwego, jak gołąb.

Miał na sobie płaszcz generalski z czerwonemi klapami i szlify złote ze srebrnym zygzakiem – oznaką dymisjonowanego oficera.

Siwe włosy w kilku miejscach już nasiąkły krwią.

Staruszek co chwila chylił się pod spadającemi nań ciosami i zataczał się, tracąc przytomność. Nie pozwalano mu upaść i bito, kopano, szarpano. Lenin zamyślił się i zmarszczył brwi. Usiadł jednak i niedbale kiwnął ręką, szepnąwszy:

– Ich pierwszy dzień… dzień gniewu…

Nie oglądał się więcej. Samochód szybko mknął wybrzeżem.

Przed pałacem wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza kupa wyrostków ciskała kamieniami do dużych okien na parterze, a inni zbiegali schodami, wynosząc zrabowane rzeczy.

– Ich pierwszy dzień… – powtórzył Lenin.