Zmrużywszy oczy, zaczął liczyć czerwone flagi, powiewające nad domami, pałacami i gmachami urzędów i przyglądać się bacznie tłumom przechodniów, wzburzonych, biegnących w różnych kierunkach i radośnie wymachujących rękami. tu i ówdzie tkwiły patrole i niewielkie oddziały żołnierzy z czerwonemi wstęgami na rękawach obok – grupki uzbrojonych robotników.
Gdzieś zdaleka dochodził turkot kulomiotu i salwy karabinowe.
Były to ostatnie echa dogasającej bitwy o władzę w stolicy, ostatnie chwile obrońców rządu Kierenskiego, który w przebraniu wieśniaczki miotał się w okolicy Piotrogrodu, próżno szukając wiernych pułków dla wyzwolenia zdradliwie opuszczonych przez niego kolegów -ministrów.
Lenin rzeką do Chalajnena:
– Każcie, towarzyszu, jechać na główny telegraf! Muszę wiedzieć, jak stoją sprawy w Moskwie.
ROZDZIAŁ XXI.
Na przedmieściu „Piaski" otoczony staremi lipami wznosi się piękny pałac z kościołem, wybudowanym dla cesarzowej Elżbiety przez znakomitego Rastrellego. Różne wypadki widziały mury pałacu „Smolnego".
Romanse i dumne marzenia carowej; modły pobożnych mniszek, którym z biegiem czasu oddano ten wspaniały gmach, a później jednostajne życie arystokratycznych pensjonarek, tak zwanych „szlachetnych dziewic"; w tym okresie, jak krążyły plotki dworskie, zaglądał tu nieraz Aleksander II, posiadający klucz od bocznej furty dawnego klasztoru, – wszystko to przeminęło, i nad gmachem powiewała teraz czerwona flaga, godło rewolucji.
Tu mieścił się sztab partji bolszewickiej i Rady komisarzy ludowych, kierowanej przez Lenina.
Sam on chodził w tej chwili po obszernym, prawie pustym pokoju. Kilka krzeseł, kanapa i biurko, zawalone dziennikami, książkami i paskami papieru z korektą artykułów. Lenin chodził szybko, prawie biegł, włożywszy ręce do kieszeni tużurka, i myślał. Mógł nie spać, nie jeść, lecz potrzebował codziennie godziny samotności. Nazywał tę część dnia „pracą kanalizacyjną".
Wyrzucał z głowy niepotrzebne myśli i resztki wrażeń, wymiatał błahe wspomnienia; układał starannie, sortował i przechowywał wszystko to, co było wartościowe i znaczące. Gdy porządek był zrobiony, zaczynał pogłębiać „kanał", prowadzić nowe odnogi. Do łożyska ich wpływały, wpadały różne myśli i mknęły narazie niesfornym potokiem, aż rozbijać się zaczynały po coraz drobniejszych rozgałęzieniach mózgu, a wtedy wyjaśniało się wszystko, układało w plan. Myśl pracowała spokojnie, zimno, sprawnie nad wykonaniem zamierzenia z szybkością i nieomylnością. Nic wtedy nie stawało na przeszkodzie dyktatorowi Rosji.
Widział drogę swoją wyraźnie.
Nie ukrywał przed sobą, że piętrzą się na niej niebezpieczne przeszkody. Nie wątpił jednak, że zwalczy je. Nie było to przeświadczenie marzyciela. Był człowiekiem najrealniejszym na świecie. Każdą myśl usiłował natychmiast wprowadzić w czyn. Gdy okazywał się szkodliwym – bez wahania odrzucał go. Dla Lenina istniał tylko cel. Aby go osiągnąć, wyrzekł się dobrowolnie osobistego życia. Nie znał ciepła rodzinnego, nie chciał miłości, nie rozumiał szczęścia poza pracą w imię dobra sprawy; dążąc do celu, nie odczuwał ani wahania, ani pokus.
Miał przed sobą walkę i musiał zwyciężyć za każdą cenę.
Nie istniało nic, coby mogło go wstrzymać. Zbrodnia, nikczemność, fałsz, zdrada nie wzruszały go, nie znajdywały echa w jego duszy. Były dla niego środkami, narzędziem, kamieniami do wytknięcia drogi.
Istniał i działał poza granicami moralności.
Cel… tylko cel, taki, o jakim nikt nie śmiał nawet marzyć przed nim!
Ogrom zadania nie przerażał go. Miał przecie w ręku również ogromny młot do wykucia z potężnej, surowej bryły tego, co chciał wznieść u mety swego życia, – 150 miljonów biernych, o potężnych siłach Rosjan, uśpionych, dzikich, gotowych i zarazem obojętnych na wszystko.
Nikt nigdy nie posiadał takiej armji!
Czyżby już należała do niego duszą, sercem i ciałem?
Odpowiedział, nie bojąc się zajrzeć prawdzie w oczy, zmierzyć się z nią:
– Nie! Sercem – tak!
Rzucone dotąd obietnice, odpowiadające śmiałym marzeniom robotników i wieśniaków, przyciągały ku niemu ślepe, zrozpaczone serca niewolników. Czuł w sobie pewność Spartakusa – rozbójnika, więźnia i gladjatora, bo i on też zbiegł na Wezuwjusz namiętnych, mściwych czynów, skrzyknął do siebie wszystkich, ogarniętych nienawiścią niewolników, pobił na głowę pretorów rzymskich. Jednak Spartakus zginął dlatego, że w szeregach jego przyjaciół powstały niesnaski. On był inny, niż buntowniczy Spartakus. Umiał trzymać swoich zwolenników w karbach posłuchu nie siłą i postrachem, lecz przebiegłem wynoszeniem ich przed tłumem, ponad siebie. Dla nich – triumfy, dla niego – powodzenie sprawy.
Wielomiljonowy olbrzym rosyjski tymczasem nie należał do niego.
Różne siły władały nim i przerzucały z jednej ostateczności w drugą: od bohaterskiego męczeństwa na froncie, fanatycznego patrjotyzmu i ascetycznej cierpliwości – do barykad ulicznych, krwawych wystąpień przeciwko carowi lub ubóstwianym przez siebie wodzem. Skruszyć i zniweczyć nazawsze te rozbieżne siły, aby całe to morze ludzkie pokornie lizało brzeg, na którym stoi meta komunizmu, – o tej chwili myślał, chodząc po nieprzytulnym pokoju Smolnego pałacu, Włodzimierz Iljicz Lenin, prezes Rady komisarzy ludowych, dyktator, mesjasz Rosji, mknącej nieznaną w dziejach ludzkości drogą.
Marszczył brwi, szarpał brodę i mrużył oczy.
Wypukłe, kopulaste czoło, zdawało się, drgało i prężyło się pod nawałnicą szalejącego w niem orkanu myśli, lecz serce biło równo, oczy patrzyły zimno, wprost przed siebie, jakgdy-by usiłowały z dokładnością niezwykłą odmierzyć odległość do jemu tylko znanych punktów.
Podniósł głowę.
Ktoś dobijał się do drzwi.
– Wejść! – zawołał Lenin. Na progu stanął Chalajnen.
– Jakaś obywatelka prosi o przyjęcie. – rzekł niepewnym głosem. Lenin nachmurzył czoło.
– Ma jakąś prośbą? Może, burżuazyjna kobieta?
– Powiada, że nie ma żadnej prośby! Lekarka…
– Wpuśćcie ją, towarzyszu!
Po chwili weszła mała, chuda kobieta, lat 45-ciu w skromnym, czarnym płaszczu i z welonem żałobnym, spadającym z kapelusza. Uśmiechnęła się i radośnie zawołała:
– Nie pomyliło mnie przeczucie! To jest pan, Włodzimierzu Iljiczu! Nasz mądry, surowy „Wola"!
Lenin zmrużył oczy i jakgdyby się zaczaił.
– Wola? – powtórzył. – Tak nazywano mnie tylko w jednem miejscu…
– W domu mego ojca, doktora Ostapowa, gdzie wyczuto już wtedy, że jest pan – „Wolą"! – szepnęła wzruszona.
– Helena?! Helena Aleksandrówna?!
– Tak! – uśmiechnęła się rzewnie. – Nie poznałby mnie pan! Dużo wody upłynęło od chwili naszego pożegnania w Samarze!
– O, dużo! – zawołał. – Jakże wszystko się zmieniło! Doprawdy, wydaje mi się, że stulecia przemknęły już! Ale, ale! Pani w żałobie? Czy po ojcu?
– Nie! Ojciec i mąż dawno już umarli. To po synu. Zabito go w Galicji podczas odwrotu generała Brusiłowa.
– To pani wyszła zamąż? Za kogo?
– Za doktora Remizowa. Jestem też lekarką – odparła. Lenin się zaśmiał szyderczo:
– A widzi pani? Mówiła mi pani niegdyś, że nigdy nie zapomni o mnie… Wszystko się zmienia… wszystko mija, Heleno Aleksandrówno. Proszę siadać!
To mówiąc, posunął krzesło w jej stronę i, usiadłszy na biurku, patrzył na nią, badając jej twarz, oczy, drobne zmarszczki koło powiek i ust i przebiegając wzrokiem całą jej postać, od bucików do kapelusza żałobnego.
Poznał te oczy niebieskie, pełne błysków dobrotliwych, a gorących; przypomniał usta, jeszcze świeże i barwne; dojrzał wymykające się z pod kapelusza pasemko włosów złocistych.
– A widzi pani? – powtórzył, skończywszy swoje obserwacje.
Podniosła na niego pogodną twarz i patrzyła łagodnemi oczami, bez lęku i podziwu, tak, jak patrzą doświadczone kobiety na dziecko, chociażby najcudowniejsze.
– Czekałam na pana długo… Później nadzieja zgasła nazawsze. Teraz widzę, że miałam rację – powiedziała z uśmiechem, bez goryczy.