– No? Proszę? – zapytał, przechylając głowę nabok, jakgdyby przygotowując się do długiego, cierpliwego słuchania.
– Bardzo lubiliśmy pana… Wszyscy… – zaczęła. – Obchodził nas bardzo los jego. Słyszeliśmy coś-niecoś o panu, chociaż ciągle znikał nam z oczu nasz przyjaciel Uljanow!
– Więzienie, konspiracja, nieprzerwane krecie życie, wygnanie syberyjskie, emigracja, przeklęta emigracja, wyżerająca duszę! – wybuchnął.
– Tak! Tak! – kiwnęła głową. – Słyszeliśmy jednak, że nasz „Wola" Uljanow przeistoczył się w groźnego publicystę, który się dziś podpisywał – „Iljin", jutro – „Tulin"… Dowiedziałam się, że podobno pan się ożenił na Syberji… Wspominała o tem Lepeszyńska…
– A – a! – przeciągnął Lenin. – Wtedy to pani zadecydowała, że już nigdy nie powrócę?
– Nie! Wcześniej… daleko wcześniej…
– To ciekawe!
– To bardzo proste! – zaprzeczyła. – W artykułach i broszurach, pisanych przez pana, wyczułam, że dla niego nie istnieje nic poza ideą i celem. Miałam te podejrzenia zawsze… Tymczasem, jako kobieta, chciałam mieć, oprócz wielkiego celu, swój, własny, mały! Jestem pełna burżuazyjnych przesądów…
Uśmiechnęła się spokojnie. Lenin zauważył głośno:
– Najniewinniejszy tymczasem z burżuazyjnych przesądów!
– Tymczasem? – zdziwiła się Helena. – Czyż może być inaczej, jeżeli chodzi o kobiety?
– O, może! – zawołał. – Nie będę szukał przykładów daleko! Wymienię moją żonę – Nadzieję Konstantynównę. Dla niej istnieje tylko ogólny cel; jestem dla niej wozem, dostarczającym ją i innych do mety.
– Czyż to możliwe? – zapytała.
– Ręczę pani swoją głową, że Nadzieja Krupsakaja znajdzie w sobie siłę i równowagę ducha, aby wygłosić nad moim grobem mowę polityczną i nie uronić ani jednej łzy! Wykorzysta śmierć moją w celach propagandy! – w głosie jego brzmiała duma.
– To potworne! – zawołała, podnosząc ręce.
– To mądre dla żony Lenina! – odparł, krzywiąc usta. Umilkli.
Pierwsza przerwała milczenie pani Remizowa.
– Długo nie wiedziałam, że Lenin, ten nowy pseudonim, to – pan! – rzekła. – Chciałam się przekonać i przypomnieć panu.
– „Lenin" – to na cześć pani, Heleno Aleksandrówno! – zawołał z beztroskim, szczerym śmiechem – Ma pani dla mnie interes? Rad będę spełnić życzenie pani! Doprawdy, niech pani mi wierzy. Podobno, mam miljony wad, ale wiem, że mam jedną zaletę – umiem cenić dawnych… przyjaciół.
– Właściwie, nie mam żadnego szczególnego interesu – odparła. – Jestem lekarzem i przełożoną przytułku dla bezdomnych dzieci. Dziś doszły mnie pogłoski, że nowa władza ma dokonać zmian w składzie kierowników wszystkich instytucyj. Chciałam prosić, aby mnie nie wydalano… Spełniam obowiązki swoje sumiennie i nadal tak czynić zamierzam… Znam swoich wychowanków i mam na nich dobry wpływ…
Lenin szybko napisał kilka słów na skrawku papieru i podał Helenie, mówiąc:
– Niech pani nosi przy sobie ten cyrograf! To wystarczy w każdym wypadku. Tymczasem mamy na głowie pilniejsze zadania, niż przytułki dla dzieci! Rozpoczynając pracę twórczą, zwrócę się do pani, Heleno Aleksandrówno.
Powstała, zamierzając odejść.
– Niech pani pozostanie! – poprosił. – Dawno już nie rozmawiałem z nikim tak, jak teraz. Czuję się, jakgdybym sam do siebie mówił na głos, bez owijania w bawełnę, bez oglądania się na słuchacza… Wszystko jest takie jasne i proste, – jestem przekonany, że pani mnie z łatwością zrozumie!
– Dawniej rozumiałam pana… – odparła.
– Dawniej to było coś innego! – zawołał. – Byłem cały pod wrażeniem śmierci brata mego Aleksandra, a i pani, zdaje się, też.
– Ach! – powiedziała cicho. – Czytałam po rozstaniu się naszem pewną broszurę i organizacji zamachu na Aleksandra III. To brat pana obmyślił sporządzenie maszyny piekielnej na-kształt książki oprawnej, którą spiskowcy mieli rzucić do powozu cara. Gdyby nie zdrada, nie powieszonoby takiego dzielnego rewolucjonisty!
Kiwnął głową i przeszedł się po pokoju.
Włożywszy ręce do kieszeni spodni, zaczął mówić cichym głuchym głosem:
– Śmierć jego, łzy matki, ściąganie nas przez żandarmów, ciągłe rewizje, docinki nauczycieli, drwiny, szykany bogatych kolegów, głupie, ohydne „nauki moralne", udzielane mi przez popa gimnazjalnego, obudziły we mnie nienawiść, żądzę zemsty! O, wcześnie, bardzo wcześnie zacząłem się kształcić na mściciela za śmierć brata i za uciemiężenie ludu! Wychowywałem siebie na realnego, zimnego mściciela i wodza. Dziś radowałem się, widząc, jak tłum kucharek, stróżów i hołoty miejskiej wlókł po błocie i bruku zabalsamowane zwłoki Aleksandra III! Muzyką najwspanialszą wydawał mi się chrzęst pustej czaszki jego, skaczącej na kamieniach! Ta scena dwa razy śniła mi się w młodości i powtórzyła się na jawie we wszystkich szczegółach!…
– Słyszałam o tem… – szepnęła Helena. – Przeraziłam się! Mógł pan ściągnąć na siebie oburzenie czerni…
– Cha – cha! – zaśmiał się Lenin, mrużąc oczy. – Piotr Wielki zmusił Rosję, jak niesfornego, dzikiego rumaka, by odrazu dęba stanął i chodził na tylnych nogach, niby na arenie cyrkowej! Ja potrafię uczynić to po raz drugi! A ta „czerń" i wszystko inne będzie zmuszone odrzucić, zdeptać, opluć bożyszcza swoje, wczoraj jeszcze uważane za nietykalne, cudowne, zesłane z nieba!
Helena słuchała w milczeniu.
Lenin, nagle urwał i, spojrzawszy na nią, spytał z uśmiechem:
– Była pani kiedyś zwolenniczką „Woli Narodu"? Posyłała mnie z bombą na cara? Czy pozostała ani socjal-rewolucjonistką, czy przeszła do socjal-demokratycznego obozu?
– Do socjal-demokratów nie mam przekonania! – odparła, spokojnie wzruszając ramionami.
– Dlaczego?
– Nie wierzę w skutki teoretycznego, ugodowego i ewolucyjnego socjalizmu. Długa to droga, a dla Rosji stokroć dłuższa niż dla innych ludów!
– Hm! Hm! Bardzo mądre! Ja też od pierwszych dni studjów nad marksizmem nie wierzę w to i nigdy nie uwierzę! – krzyknął i począł zacierać ręce. – Więc?…
– Pozostałam socjal-rewolucjonistką z przekonań – rzekła. – Do partji nie należę, gdyż nie nadaję się do pracy potajemnej.
– Zwolenniczka Wiktora Czernowa i tych co marzą o konstytuancie? – mruknął, marszcząc brwi.
– Kierownicy nie grają roli – rzekła, spokojnie poprawiając kapelusz. – Chodzi mi o to, że Rosja – to jedna wielka rola, na której przed wszystkimi innymi powinny czuć się dobrze i szczęśliwie sto miljonów wieśniaków-oraczy, i siewców. Rosja do nich należała i należeć będzie…
– Nie będzie! – zawołał Lenin i tupnął nogą. – Nie będzie należała tak, jak to sobie wyobraża Czernow i jego głupia, podła banda, która od osiemdziesięciu lat ciągle robi gwałt, a w chwili niebezpieczeństwa chowa się w krzaki!
– Co pan mówi?! – zaprotestowała żywo.
– Ech, proszę pani! Nie można wierzyć piśmidłom i obietnicom tych szantażystów rewolucji. Oni nic nie mogą zrobić, bo nie mają wytkniętych dróg i stanowczości, tak samo, jak i socjal-demokraci. nadzieje pokładają w altruizmie, w zdrowym rozumie rządu i burżuazji ziemiańskiej. Zaślepieńcy! Nigdy się tego nie doczekają! A gdyby się stał taki cud, to natychmiast wytworzą oni z chłopów nową burżuazję, z którą już żaden rewolucjonista sobie nie poradzi! Będzie to kamień, spiż, martwe, niedostępne trzęsawisko…
– Pocóż nowa rewolucja, jeżeli masa wieśniacza stanie się posiadaczką całej ziemi? – spytała, ze zdumieniem patrząc na Lenina.
Chodząc po pokoju, potrząsając ramionami i głową łysą, mówił chrapliwie:
– Bywają w historji okresy przełomowe… Nagle coś pęknie z hukiem i przed ludzkością utworzy się przepaść bez dna… Rozumie pani? Bez dna! Co robić? Stanąć i czekać? Na co mamy czekać? Może, przepaść się zapełni czemś, albo zamkną się jej czeluście? Nie! tego nie bywa! Nigdy! Nigdy! Doszliśmy do kilkunastu lat do przepaści i stoimy, nie wiedząc, co mamy dalej robić. Nikt się nie ośmiela rzucić i wykonać zuchwałego projektu. Ale ja się na to porwałem!