– To demagogja! – zawołali deputaci.
– To dobrze, czy źle? – spytał naiwnym głosem Lenin, szyderczo patrząc na socjalistów.
– To bezczelna uzurpacja! – krzyczeli.
– Każda uzurpacja dla tych, którym coś uszczknięto z pod nosa, wydaje się bezczelną. Uzurpatorowie patrzą na to innem okiem – łagodnie i pobłażliwie wtrącił Lenin. – Co dalej?
Wystąpił inny towarzysz. Był straszliwie blady i wargi mu drżały. Z trudem wyduszał z siebie słowa:
– W imieniu socjal-demokratycznej frakcji Rady protestuję przeciwko haniebnemu pokojowi, do którego dążą komisarze ludowi. Naród rosyjski nigdy nie przebaczy wam tej obelgi!
– Towarzysze życzą dalszego ciągu wojny na froncie? – ze współczuciem w głosie zapytał Lenin.
– Tak! Naród nie zniesie hańby! – krzyknął delegat.
– Towarzysze mają armję, na której mogą się oprzeć w swoim szlachetnym zamiarze? -dopytywał dyktator.
– Nie! Niestety! Wy potrafiliście doprowadzić wojska do zupełnego rozkładu!
– Przepraszam, lecz muszę wskazać na nową i bardzo poważną nieścisłość! – zawołał Lenin. – W kwestji „rozkładu" ustępujemy wam pierwszeństwo. Trudno! Historja tego dowodzi. – Dość wspomnieć posunięcia waszego „Napoleona", – Kierenskiego, Sokołowa z jego słynnym rozkazem Nr. 1 i mówców z waszego obozu, odwiedzających front. Nam pozostało tylko postawić kropkę nad „i". Postawiliśmy ją!
Delegat milczał, zbity z tropu. To widząc, Lenin tymże łagodnym, rozbrajającym tonem ciągnął dalej:
– Wy uprzejmie utorowaliście nam drogę, podjąwszy się dobrowolnie „czarnej roboty". Wiecie dobrze, że wojna obecnie jest niemożliwa. Naród, zmęczony, wyczerpany, nie da nikomu rekrutów. Armja wojny ma dość, marzy o wypoczynku. Pozostaje tylko – pokój za wszelką cenę. Czynimy to i na naszem miejscu, nawet wielki książę Mikołaj Mikołajewicz nic innego nie wymyśliłby. Co do mnie, to zawsze miałem przekonanie, że lepiej wstrzymać się od uderzenia, niż machnąć pięścią i… dostać w pysk, aż świeczki w ślepiach staną. Radzę wam o tem, towarzysze, pamiętać i w dzień i w nocy!
Deputacja wyczuła ukrytą pogróżkę. Wzburzyło to towarzyszy. Podnieśli krzyk:
– Nie pozwolimy uzurpatorom znęcać się nad krajem i zagrażać zwołaniu Zgromadzenia Narodowego. Ono jedno ustalić może prawo i opracować warunki pokoju. Będziemy bronili konstytuanty wszystkiemi siłami! Pamiętajcie o tem i wy!
Lenin przeciągnął się leniwie. Spokojnie, bez gniewu i podniecenia odparł:
– Rozstrzelamy was z kulomiotów!
Rozmowa była skończona. Deputacja oddaliła się wzburzona i zgnębiona.
Komisarze otoczyli swego wodza i z niepokojem patrzyli w jego czarne, przenikliwe oczy.
– zerwanie ze wszystkimi socjalistami w takim niebezpiecznym momencie, w chwili tak bardzo odpowiedzialnej… – mruknął Kamieniew, nie patrząc na Lenina.
– Rękawica, rzucona konstytuancie, to groźna rzecz – dodał Tomskij.
– bardzo groźna i zupełnie nie obliczona na nastrój włościaństwa i armji – dorzucił Troc-kij, zdejmując binokle.
Zapanowało milczenie, ciężkie, męczące. Odezwał się Swerdłow:
– Pogróżka, poparta czynem, przestaje być pogróżką i staje się faktem przekonywującym. Na to odpowiedział Stalin, błyskając białemi zębami i płomieniem namiętnych oczu:
– Dziś jeszcze możemy obsadzić Piotrogród naszemi wojskami! Wystarczy wiernych pułków grenadjerskiego, pawłowskiego i kulomiotowego! Będzie cicho, jak makiem zasiał!
Lenin nadsłuchiwał uważnie. Gdy towarzysze wyczerpali swoje obawy i dowodzenia, rzekł twardym głosem:
– Partja, do której, jak mi się zdaje, należymy wszyscy, zażądała wprowadzenia dyktatury proletarjatu. Odstąpić od niej nie możemy, nie sprzeniewierzając się partji. Jestem bardzo zdziwiony, iż muszę wykładać wam w tej chwili główne zasady dyktatury i partji, towarzysze! Doprawdy, w takim momencie jest to groźniejsze od targnięcia się na sławetne Zgromadzenie Narodowe, hipnotyzujące was!
Oparłszy łokcie na stole, mówił bez oburzenia i patosu, jakgdyby prowadził pogadankę w kółku przyjaciół:
– Dyktatura jest potęgą, opartą bezpośrednio na przemocy, nie znającą żadnych prawnych ograniczeń. Stąd logiczny wniosek: dyktatura proletarjatu posiada funkcje państwa, które jest jedynem źródłem i twórcą prawa. Prawo to powinno być takiem, aby stało się maszyną dla zgniecenia wrogich odłamów społecznych i wrogich ideologij. Tylko zdrajcy lub głupcy mogą żądać tolerancji dla wrogów dyktatury i rządu, reprezentującego interesy i ideje jednej tylko klasy! Takie są zasady! Odstąpienie od nich – zbrodnia, szaleństwo lub zdrada! Polityka par-tji zostanie w odpowiedniej chwili poparta bagnetami i karabinami maszynowemi!
Pełne siły i odwagi oświadczenie Lenina wywarło wrażenie.
Nawet wahający się członkowie Rady i Komitetu zamyślili się, czy nie lepiej istotnie byłoby nie dopuścić do konstytuanty, niż mieć w niej ciężkie starcia o wynikach wątpliwych.
Mimowoli jednak przychodziły mu na pamięć dosadne słowa dyktatora: – Lepiej wstrzymać się od uderzenia, niż machnąć pięścią i dostać w pysk, aż świeczki w ślepiach staną!
Widocznie, Lenin wyczuł zwątpienia towarzyszy, bo z wesołym beztroskim śmiechem zawołał:
– Jeżeli bić to tak, żeby niebo nikłą szmatką się wydało! O tych sprawach będziemy jeszcze nieraz rozprawiali, bo są to posunięcia zasadnicze!
Towarzysze zaczęli wychodzić, Lenin, zgarnąwszy pod pachę leżące przed nim papiery, poszedł do swego lokalu.
Spotkała go w korytarzu Nadzieja Konstantynówna.
– Zaszło co nowego? – spytał, patrząc na żonę.
– Czekają na ciebie przedstawiciele gmin żydowskich. Już dwie godziny siedzą. Mówiłam, żeby jutro przyszli; odpowiedzieli, że jutro już muszą odjechać… – objaśniła Krupskaja.
– Żydzi? – zapytał. – A ci czego chcą ode mnie? Tylu ich rodaków pracuje w naszej radzie, a oni akurat do mnie! Może, uważają mnie za żyda?
– Nie! – zaśmiała się. – Wiedzą przecież, je jesteś Uljanow i nawet… szlachcic!
– Były szlachcic! – poprawił ją żywo.
– Były… – powtórzyła, biorąc go za rękę. – W każdym razie – wiedzą o tem! Lenin uchylił drzwi i stanął zdumiony.
Przy ścianach w sztywnych postawach, w uroczystem milczeniu rozsiedli się żydzi. Byli to nie co rewolucyjni żydzi z Bundu, których Lenin dobrze znał oddawna.
Atłasowe i aksamitne szuby, szerokie lisie czapy z nausznikami i zwisającemi tasiemkami, długie siwe brody, sędziwe twarze, srebrne loki, spadające ze skroni na ramiona, łzawe oczy w czerwonych obwódkach nabrzękłych, zaognionych powiek, pomarszczone dłonie, w nieruchu skupionym złożone na kolanach.
Lenin, obejrzawszy każdego z gości uważnie, z pytającym wyrazem twarzy stał przed nimi.
Jeden ze starców podniósł się i rzekł po rosyjsku:
– Pozdrawiamy ciebie, wodza uciemiężonych! Grono rabinów izraelickich i cadyków, wysłanych przez radę duchowną, przybyło do ciebie z błaganiem serdecznem.
Zdumienie Lenina rosło z chwili na chwilę.
– Słucham was, – rzekł i usiadł przy biurku.
– Przybyliśmy, aby prosić błagalnie, żebyś oddalił od siebie rodaków naszych, obranych na komisarzy ludowych!
– Powarjowaliście?! – krzyknął Lenin. – Trockij, Zinowjew, Kamieniew, Radek, toż to najlepsi, najenergiczniejsi towarzysze, to ci, którzy zakładają podwaliny życia nowej ludzkości! Historja będzie mówiła o nich, zapisując ich imiona obok Marksa, Lassala!
– Wodzi! – odparł uroczyście rabin-tłumacz, objaśniwszy cadykom po hebrajsku słowa Lenina. – Wodzu! Ty wiesz, że warunki życia żydów w Rosji uczyniły z nich rewolucjonistów; prześladowania zmusiły nas do dania wykształcenia naszym synom, aby dodać im się do walki. Od ponurych czasów niewoli egipskiej i babilońskiej jesteśmy internacjonalistami i nacjonalistami jednocześnie. Możemy żyć i pracować wszędzie, lecz nigdy nie wychodzimy poza granice gminy. Ona – ul, my – rój pszczół! Rozumiemy, że w Rosji tylko żydzi mogli dostarczyć organizatorów i przewódców rewolucji. Przyklaskiwaliśmy i błogosławiliśmy ich do chwili obalenia imperjum okrutnych Romanowych i doprowadzenia narodu do dnia konstytuanty. W tym momencie rola żydów miała być skończona; stawali się szeregowymi obywatelami republiki rosyjskiej.