– Salomon Szur! Cadyk odpowiadał:
– Biała kartka.
– Mojżesz Rozenbuch!
– Biała…
Trwało to długo. Ogłaszano coraz to inne nazwiska, a po nich odzywał się słaby głos starca:
– Biała…
Nareszcie, gdy rabin odczytał:
– Dora Frumkin…
Cadyk podniósł nad głową kartkę i rzekł uroczyście:
– Czarna!…
Prawie do północy odbywało się głosowanie. Czarne kartki wykonawców wyroku śmierci padły na Dorę Frumkin, Kanegissera, Fanię Kapłan, Jankiela Kulmana, Mojżesza Estera i pięciu innych członków gmin żydowskich, które dostarczyły synhedrjonowi nazwisk ochotników, gotowych zgładzić zbrodniarzy, ściągających na cały naród izraelski nienawiść i zemstę świata chrześcijańskiego.
Sala powoli opustoszała. Tylko cadyki, kiwając głowami, długo pozostawali w niej, szeptali coś do siebie i wzdychali.
Tej nocy w tajemnicy zapadł wyrok.
Nikt o nim nie wiedział, bo gmina, jak rój pszczół, umiała działać społem, milczeć i ukrywać zamiary swoje.
jednocześnie w innem też miejscu była postanowiona śmierć znienawidzonych komisarzy ludowych, srożących się coraz bardziej.
Lenin ani na chwilę nie przerywał swojej pracy. Wytężał wszystkie siły i zdolności swoje, aby zburzyć to, co przeszkadzało mu w budowie nowego życia.
Zwierzał się z planów swoich przed Nadzieją Konstantynówną, właściwie przed samym sobą.
Siedziała milcząca, nieruchoma. Czuła się przedmiotem, niezbędnym w tej chwili wynurzeń Lenina.
– Socjalizm… socjalizm – to mrzonka! – mówił. – Dla niego nie dość rozwoju kapitalistycznego przemysłu i proletaryzowania społeczeństwa. Nie! Dla socjalizmu konieczne jest jeszcze coś, co ma się zrodzić tu i tu!
Z temi słowami uderzył się w czoło i pierś.
– Nie chodzi mi o socjalizm!… Jest niemożliwy, bo ludzkość nie posiada poczucia i potrzeby ofiarności…
Spostrzegłszy, że żona podniosła na niego oczy z milczącem pytaniem, zawołał:
– Tak! Tak! Jestem tylko lawiną, przebijającą gwałtem drogę dla socjalizmu w przyszłości! Teraz chcę zburzyć przeszkody: własność prywatną, indywidualność, kościół i rodzinę. Są to przeklęte twierdze, wstrzymujące postęp! O kapitalistach i burżujach nie myślę. Za miesiąc lub dwa nic z nich nie pozostanie. Nie byli ani zorganizowani, ani nie mieli odwagi przeciwstawić się nam. Idą jak barany pod nóż! Cha! Cha! Trudno będzie z chłopami, bo są najmocniejszymi drobnymi burżujami! Pazurami i zębami trzymają się ziemi…
– Masz jakiś plan? – wtrąciła nieśmiałym głosem Krupskaja. – Wybuchnął wesołym śmiechem i odparł:
– Już zabiłem im klina do głowy, opublikowawszy dekret o wykonaniu wywłaszczenia ziemi samorzutnie przez chłopów bez udziału jakiejkolwiek władzy! Już tam piękne iluminacje urządzają nasi potulni, pobożni chłopkowie, podrzynają gardziele i pieką swoich panów" w palących się dworach! Teraz udało mi się rozbić partję socjal-rewo-lucjonistów, przeciągając na swoją stronę ich lewy odłam. Skusiłem ich służbą w „czeka", gdzie mogą wypuścić, ile zechcą krwi z posiadaczy dużych obszarów ziemi! Będą się starali! Teraz wbijamy w chłopskie łby przeświadczenie, że konstytuanta, jak dziurawa, znoszona podeszew, nikomu nie jest potrzebna, bo ziemię już posiedli na wieczyste władanie!
– Znowu dużo piszesz… nocami – szepnęła nadzieja Konstantynówna, z niepokojem spoglądając na żółtą twarz męża.
– Cóż chcesz, moja droga? Nasza dyktatura stała się dyktaturą dziennikarzy! – zaśmiał się. – My dopiero odwodzimy potęgi drukowanego słowa, które coprawda natychmiast popieramy czynem!
Odezwał się dzwonek telefonu. Lenin zdjął trąbkę z aparatu. Po chwili wesołym, radosnym głosem mówił do kogoś:
– Bardzo się cieszę! Proszę przyjść. Czekam! Zwracając się do żony rzekł:
– Za kwadrans będę miał wizytę… Krupsakaja, o nic nie pytając, wyszła.
W kilka minut później zjawił się sekretarz Lenina i zameldował:
– Helena Aleksandrówna Remizowa…
– Proszę! – żywo odparł Lenin i poszedł ku drzwiom.
Do gabinetu weszła Helena. Miała bladą, wzburzoną twarz, usta jej drżały, w oczach migotały iskry gniewu.
– Przychodzę do pana ze skargą! – zawołała bez powitania.
– Co się stało? – zapytał Lenin, uśmiechając się ironicznie.
– Byłam w cerkwi ze swoimi wychowańcami. Ach! To wprost straszne! Wierzyć mi się nie chce! Raptownie wdarli się żołnierze czeki, powypędzali modlących się, szukających ukojenia i pocieszenia!… Proszę pomyśleć, że to teraz Boże narodzenie! Żołnierze biją ludzi, bluźnią straszliwie, strącają ze ścian obrazy, wyłamują podwoje, prowadzące do ołtarza, zwlekają z jego stopni biskupa, znęcają się nad nim, a później strzelają do obrazów i krzyżów… To straszne! To może wywołać wybuch oburzenia ludu, wojnę domową!
– A czy lud się sprzeciwiał, odgrażał, wszczynał bunt? – spytał Lenin, spokojnie patrząc na Helenę.
– Nie! W popłochu uciekał, tłocząc się i w ścisku walcząc ze sobą na pięści – odparła, na to wspomnienie wzdrygając się cała.
– No widzi pani, że wszystko idzie jak najlepiej! – zauważył ze śmiechem.
– Ależ były tam dokonane rzeczy straszne – bluźniercze, świętokradzkie! – wybuchnęła. -I wszystko pod płaszczykiem rozkazów Lenina!
– Dlaczego pani mówi w imieniu Boga? – wzruszył ramionami obojętnie. – Czy Bóg się bardzo gniewał? Czy grzmiał? Czy pokarał żołnierzy „czeki"? Pani milczy! Więc, znaczy, nie gniewał się i ni karał? Wyśmienicie! Dlaczegóż pani jest tak oburzona, Heleno Aleksandrów-
no?…
Nic nie mówiła, z przerażeniem patrząc na niego. Ujął ją za rękę i rzekł:
– Droga Heleno! Niech się pani uspokoi! Nie zrobiono tego bez mojej wiedzy… Ja jestem temu winien i całkowicie biorę na swoją odpowiedzialność bluźnierstwo, świętokradztwo i wszelkie skutki gniewu bożego. Wszystko! Wszystko!
Przyjrzał się jej bacznie i dodał:
– Widzi pani, ja muszę zburzyć kościół i wyplenić religijność. Są to kajdany, ciężkie kajdany ducha! Kościół prawosławny nie jest wojujący, jak katolicyzm, nie potrafił wyzwolić się ze zbrodniczych rąk rządu. Stał się narzędziem jego, żandarmem duchowym! Uczy bierności, rabiej pokory, posłuchu milczącego!
Przeszedł się po pokoju, poczem mówił przenikliwym głosem:
– Jakżebym mógł z opętanym religją hipnozą ludem przerąbywać w ciemnym, odwiecznym borze szeroką drogę szczęścia i prawdziwej, dumnej wolności człowieka? Jak?!
– To straszne! – szepnęła.
– Możliwe, lecz czy zrozumiałe? – spytał pochylając się ku niej.
Milczała, nie mogąc ochłonąć ze wzruszenia i otrząsnąć się ze wspomnień widzianych rzeczy, przejmujących lękiem, niemożliwych do pomyślenia.
Lenin pochylił się jeszcze niżej suchą, gorącą dłonią znowu dotknął jej ręki.
– Heleno!… Heleno!… niech mi pani wierzy, bo ja nigdy nie mówię pięknie brzmiących frazesów. Niech mi pani wierzy! Dla Boga, jeśli istnieje jakaś wyższa potęga w kosmosie, w owem tajemniczem niebie, bardzo, zresztą, zaszarganem przez Kopernika i Galileusza, a także dla wierzących w bóstwo będzie stokrotnie lepiej, jeżeli ludzie przetrwają okres nowych wstrząsów i prześladowań!
– Nie rozumiem! – szepnęła.
– Wierzący biernie z przyzwyczajenia, bezmyślnie pobożni staną się bojownikami swego Boga, bronić Go będą i uwielbiać w myśli i sercu. Zjawi się nie religijność, jako środek uciemiężenia, lecz wiara, płomienna wiara apostołów i męczenników, ta, która z góry z posad zrzuca i cudów dokazuje! Ta nowa, wyzwolona, krwią i męką ożywiona wiara zrodzi uczucia prawdziwie chrześcijańskie, a z nich najpierwsze – ofiarność – początek i koniec moich dążeń – socjalizm na ziemi! Czy pani zrozumiała, Heleno?
– Tak… – jęknęła prawie z rozpaczą. Więcej już o tem nie mówili. Rozmawiali o rzeczach innych.
Rozstali się, mocno uścisnąwszy sobie ręce.
Z szafirowych oczu Heleny sączyły się łagodne blaski. Rozumiała Włodzimierza Uljano-wa, przebaczała mu bezwzględność jego, surowość fanatyka i ascety, przekonania twarde, jak skała… Takich ludzi nigdy nie spotykała. Imponował jej, przerażał i zachwycał.