Выбрать главу

Wszyscy się zdumieli.

Był to plan szatański, stworzony w proroczem zrozumieniu stanu rzeczy.

– Machiaveli… – pomyślał Trockij, z szacunkiem patrząc na żółtą twarz i kopulastą czaszkę Lenina.

– Niech żyje Iljicz! – wrzasnął namiętny Gruzin – Stalin.

Ten okrzyk podchwycili natychmiast Murałow, Piatakow, Dybienko i Antonow. Po chwili i inni towarzysze przyłączyli swoje głosy do gorącej, żywiołowej owacji na cześć tego mędrca o twarzy mongolskiej i przebiegłych, wesołych oczach drobnego przekupnia. Lenin śmiał się, umiejętnie ukrywając swoją radość.

Czuł, że odniósł wielkie zwycięstwo i, że towarzysze, na których mu bardzo zależało, stali się w tej chwili jego ludźmi.

Chciał umocnić swój triumf ostatecznie.

– Zrozumieliście mój plan? Zajmijcie się nim starannie i szybko! Ponieważ, jednak, nasza „czeka" będzie miała dużo pracy, mianujmy, towarzysze, Wołodarskiego szefem wywiadu politycznego, Urickiego – kierownikiem zbrojnych się tej instytucji, a Dzierżyńskiemu oddajmy najbrudniejszą robotę – sąd. Mówię: najbrudniejszą, bo to i – krwawe dzieło i takie, za które przeklinać nas będą, ponieważ sąd ten nie będzie normowany żadnem innem prawem, oprócz osobistego przekonania prokuratora, sędziego i… kata w jednej osobie. Zgoda?

– Nie protestujemy! – odezwali się towarzysze.

– Doskonale! Do roboty zatem! – zakończył naradę Lenin.

Towarzysze wyszli, a on biegał po pokoju, zacierał ręce i, mrużąc oczy skośne, chytre, śmiał się cicho, urągliwie.

W trzy dni później syrena, ustawiona na dachu Smolnego Instytutu, ryczała długo, groźnie, rzucając nowe hasło, poprzednio zapomocą dzienników i agitatorów wbite w głowy robotników, chłopów okolicznych i różnych wyrzutków, wykolejeńców, zbrodniarzy, kręcących się koło „rządu proletarjatu".

Lenin nie pomylił się.

Wszystko, przewidziane przez niego, dokonywało się niby na rozkaz wprawnego reżysera. Zmylił, oszukał, zwiódł wszystkich: aljantów carskiej Rosji, Niemców, kontr-rewolucjo-nistów, socjalistów, proletarjat i… własnych towarzyszy.

Myśląc o nich, Lenin krzywił usta i szeptał:

– Oni się boją konstytuanty, jako najwyższego wyrazu woli ludu… Teraz ten wyraz gnieździć się będzie we mnie… Ja zaś rozpędzę lub zgniotę konstytuantę, podpiszę pokój i zacisnę wszystko w jednym roku… Nikt mi się nie oprze teraz!

Postanowił zadać nowy cios sprzeciwiającym się dyktaturze proletarjatu socjalistom. Kazał zwołać wielki wiec informacyjny w maneżu Michajłowskim. Krzyczały o tem wszystkie dzienniki; czerwone afisze i plakaty, rozwieszone na ulicach nawoływały ludność na wiec, wyznaczony na pierwszego stycznia r. 1918.

W wilję tego dnia w gabinecie Lenina zjawił się Wołodarskij w towarzystwie nieznajomego człowieka o niespokojnych ruchach i biegających oczach.

– Przyprowadziłem towarzysza Guzmana, mego pomocnika, – rzucił Wołodarskij. – Mamy do zakomunikowania ważną sprawę. Czy tu nikt nas nie podsłucha?

Lenin wzruszył ramionami i odparł z uśmiechem:

– Tu? Chyba nikt…

– Towarzyszu, posiadamy bardzo ważne i zupełnie ścisłe informacje. Pewna organizacja przygotowuje zamach…

– Na kogo? Na mnie? – spytał.

– Nie wiemy dokładnie na kogo. Powiadomiono nas tylko, że na komisarzy ludowych -szepnął Guzman i podniósł palec do góry.

– Jakaż to organizacja? – zadał pytanie Lenin i z ciekawością czekał odpowiedzi, nie spuszczając podejrzliwego wzroku z oczu komisarzy.

Po krótkim namyśle odpowiedział Wołodarskij:

– Organizacja mieszana… Wchodzą do niej biali oficerowie i socjal-rewolucjoniści… o ile wiemy…

– Posiadacie nieścisłe informacje? – zawołał Lenin. – Carscy oficerowie nie biorą w tem udziału. Mogli tysiąc razy targnąć się na zamach, a nie uczynili tego. Są pozbawieni ducha i odwagi… Żywe trupy polityczne! Socjal-rewolucjoniści, albo… zresztą nie ma to znaczenia! Cóż poradzimy na te knowania? Znacie domniemanych wykonawców zamachu?

– Nie! Wiem tylko, że zamach jest przygotowany – odpowiedział Wołodarskij. – Przyszliśmy, aby powstrzymać was, towarzyszu, od zamiaru wystąpienia na jutrzejszym wiecu!

Lenin przeszedł się po pokoju. Zaciskał ręce i śmiał się.

– Powstrzymać nie? Zapowiedziałem przecież swoją mowę! Wystąpię, towarzysze! – odparł. Patrzyli na niego ze zdumieniem.

– Myślicie, że można mnie nastraszyć? Człowiek, który oddawna o sobie nie myśli, nie zna strachu. Wiecie, przecież że zagranicą chodziłem samotny na rozmowy z agentami policji politycznej? Pamiętacie, że po przyjeździe do Piotrogrodu, przed wystąpieniem lipcowem, odwiedzałem koszary i wygłaszałem mowy. Przechodziłem wtedy wśród szeregów nienawidzących mnie, uzbrojonych oficerów dawnej gwardji carskiej i żołnierzy, przekonanych, że jestem zdrajcą ojczyzny, i gotowych rozszarpać mnie. Było to nieraz i nie dwa, a dziesięć, dwadzieścia! Rezultat był zawsze jeden i ten sam! Po mowie mojej żołnierze wynosili mnie na rękach, a oficerowie zmuszeni byli się ukrywać przed gniewem oszukanych przez nich szeregowców! Tak będzie i teraz. Skoro zacznę mówić, nikt już nie odważy się napaść mnie.

Nikt!

Długo spierali się jeszcze komisarze, lecz Lenin był nieubłagany. Miał myśl rzutką, elastyczną, bo łatwo przechodził od jednego postanowienia do drugiego, uważając je za lepsze, praktyczniejsze, lecz w wypadkach wzięcia odpowiedzialności na siebie i narażenia życia nie znał wahania.

Musieli mu więc ustąpić.

Nazajutrz o godzinie 11-ej wchodził już do maneżu, zatłoczonego tak szczelnie, że ludzie poruszać się nie mogli. gdy stanął na mównicy i spojrzał na tłum, wydało mu się, że widzi olbrzymi łan, gdzie chwiejące się głowy, niby kłosy dojrzałe, tworzyły fale.

– W takim ścisku nikt strzelić nawet nie potrafi – pomyślał, z uśmiechem dobrotliwym patrząc na najbliższe szeregi widzów.

Przez całą godzinę głuchym, chrapliwym głosem, wymachując rękami i tłukąc niemi w mównicę, niby młotem w kowadło, podkreślając ruchami łysej czaszki najważniejsze pojęcia, wbijał Lenin w głowy słuchaczy kilka niezbędnych myśli, powtarzając je wkółko w coraz to innej formie i odmiennym, bardziej stanowczym tonem.

Objaśniał konieczność obrony przed imperjalizmem niemieckim, obiecywał prędko koniec wojny, która zakończy się skierowanem do proletarjatu błaganiem, germańskiej burżuazji o pokój.

– Wy go nie dacie rządowi Wilhelma, – wołał Lenin, – bo wiecie, że lada dzień powstanie w Berlinie socjalistyczny rząd Karola Liebknechta, z którym warunki pokoju będą warunkami wojny z kapitalizmem Anglji i Francji o dyktaturę proletarjatu w Europie! Wy tylko – robotnicy i wieśniacy Rosji, jesteście awangardą światowej rewolucji! Wieśniacy mają w posiadaniu całą ziemię i dostarczą walczącemu proletarjatowi potrzebnych produktów w imię wolności, równości, wiecznego pokoju! Bacznie tylko, aby wrogowie nie oszukali was! Już teraz żądają od nas posłuchu dla konstytuanty, do której wejdą jawni i tajni zdrajcy pracującego ludu!

Podniosły się krzyki stronników i przeciwników Lenina. Dyktator mówił dalej.

Doszedł wreszcie do opisu dobrobytu, jaki zapanuje w Rosji, gdy wszyscy pracować będą, jako bracia, dla ogółu, gdy zapomną i ciężkich latach niewoli i ucisku; pytał surowo, niby ojciec, upominający dzieci:

– Czyż myślicie, towarzysze, bracia i siostry, że dla przyszłego szczęścia waszego nie warto przetrwać kilku miesięcy niewygód, niedostatków i wysiłków?

Zerwała się burza okrzyków:

– Niech żyje Lenin! Ojciec nasz! Wódz! Opiekun! Obrońca! Prowadź nas! Naucz! Lenin odniósł rękę i krzyknął:

– Pamiętajcie, coście postanowili w tej chwili. Obrona kraju! Praca i chleb dla armji! Odrzucenie konstytuanty, która nową waść rozpali w narodzie i więzy na wieśniaków nałoży nieskruszone!

– Pamiętamy! Przysięgamy! – odezwały się okrzyki.

Tłum drgnął, docisnął się do mównicy, porwał Lenina i, podając go sobie z rąk do rąk, wyniósł z maneżu.