Выбрать главу

Lenin wsiadł do samochodu, a za nim chciał wsunąć się Trockij.

– Nie! – rzekł dyktator. – mam do pomówienia z towarzyszem Plattenem. On pojedzie ze mną!…

Szwajcarski internacjonalista natychmiast wszedł do samochodu.

Lenin uśmiechnął się i myślał, że poco miał jechać z Trockim, nad którego głową zaciężył wyrok, wyraźnie brzmiący w słowach deputacji żydowskiej? Najlepszą towarzyszką odwagi jest ostrożność.

Myśli te przerwały dwa strzały rewolwerowe.

Ich suchy trzask ledwie przebił się przez zgiełk okrzyków i wycie tłumu, wylegającego z maneżu.

Siedzący obok Lenina Platten jęknął i schwycił się za ramię. Przez zaciśnięte na rękawie palce sączyła się krew.

– Jestem ranny… – szepnął.

Samochód całym pędem ruszym z miejsca.

Lenin obejrzał się. W ścianie samochodu spostrzegł dwa otwory od kul.

– Dobrze strzelali, – pomyślał, – lecz niezupełnie… Skrzywił usta pogardliwie.

W korytarzach Smolnego Instytutu natychmiast zaroiło się od towarzyszy. Komisarze ludowi, przedstawiciele wszelkich organizacyj, komitetów i dowódcy wiernych pułków przybywali, aby dowiedzieć się o zdrowie swego wodza i o szczegóły zamachu.

Lenin spotykał wszystkich życzliwie i śmiał się wesoło, mówiąc:

– Nie mam pojęcia o tem, kto strzelał do mnie. Śledztwo zarządzone. Towarzysz Dzierżyński pokaże, co umie.

Najwyższy sędzia nie zjawiał się tymczasem. Telefon w jego biurze nie odpowiadał wcale. Posłany po niego motocyklista powrócił z wiadomością, że towarzysz Dzierżyński od rana nie był widziany w gmachu „czeki". Łotysze, stojący na wewnętrznych posterunkach, spostrzegli go wychodzącego o godzinie 7-ej rano na ulicę. Od tego czasu nie powracał.

Antonow, pełniący obowiązki komendanta pałacu, wzmocnił posterunki na korytarzach, schodach i dokoła gmachu. Dopiero późno w nocy wyrzucił „Smolny" ze swego wnętrza obcych ludzi. Na najwyższem Piętrze, gdzie mieszali Lenina i inni komisarze, zapanowała cisza.

Dyktator siedział w swoim pokoju i spokojnie pisał artykuł, w którym gromił burżuazję i jej najemnych morderców za zamiar zadania rewolucji śmiertelnego ciosu w plecy.

Pisał, zarzucając na papier krótkie, dobitne zdania, najeżone cudzysłowami, znanemi każdemu cytatami z Pisma świętego i wyjątkami z bajek najpopularniejszych, dosadnych i złośliwych.

Tak się zagłębił w pracy, że nie słyszał cichej rozmowy za drzwiami i szmeru kroków człowieka, stąpającego po kobiercu, okrywającym pokój.

Ujrzał go przypadkowo, podnosząc od papieru oczy, aby przypomnieć sobie końcową strofę bajki Kryłowa o „Świni i dębie".

Przed nim stał Dzierżyński. Zimne oczy wbił w oblicze dyktatora i krzywił kurczące się usta.

– Szukałem was przez cały dzień… – rzekł Lenin, uśmiechając się do straszliwie drgającej twarzy Dzierżyńskiego.

– Wiem, – odparł, – byłem na mieście… Szukałem sprawców zamachu. Jeszcze wczoraj mówiłem Wołodarskiemu, gdzie ma ich znaleźć… Nie chciał, czy nie śmiał…

Spojrzał znacząco na Lenina i długo wytrzymywał ostry, badawczy blask czarnych oczu mognolskich.

– No, i cóż? – spytał Lenin.

– Pochowali się, jak krety pod ziemię, – szepnął, – lecz ja ich wytropię, Kazałem aresztować Wołodzimirowa…

– Mego szofera?! – wykrzyknął Lenin.

– Waszego szofera… Ob był w zmowie z zamachowcami – szepnął Dzierżyński. – Zresztą, przekonacie się wkrótce, towarzyszu. Zostawcie tylko tę sprawę mnie!

Lenin skinął głową i wzruszył ramionami. Dzierżyński, nic nie mówiąc więcej, opuścił pokój. Dyktator znowu pochylił się nad biurkiem.

Cicho skrzypiało pióro. Duże litery pisma wiązały się w krzywe, faliste linje, nad któremi, jak nad zaroślami krzaków, podnosiły się do wysokich drzew podobne – wykrzykniki, znaki zapytania i cudzysłowy bez końca.

Praca szła swoim trybem. Rewolucja proletarjatu nie dopuszczała zwłoki, chwiejności, obawy, cofania się, wzruszeń, pozbawiających równowagi.

Albo wszystko, albo nic! Albo zaraz, albo nigdy!

Lenin pisał… Szeleścił papier. Jak cykanie zjadliwego owadu cienko zgrzytało pióro. W korytarzu i na dworze rozlegały się twarde, ciężkie kroki.

Zbrojni w karabiny i granaty Łotysze strzegli proroka wolności i szczęścia nędzarzy, gotowi w każdej chwili porwać, przebić bagnetem, rozszarpać śmiałka, wdzierającego się do kuźni promiennego jutra…

ROZDZIAŁ XXV.

Do Piotrogrodu ze wszystkich stron Rosji dążyli chłopi, robotnicy, mieszczanie i szlachta, wybrani do konstytuanty.

W tem środowisku różnorodnych ludzi wrzała wytężona praca.

Dwie najruchliwsze partje – ludowcy i bolszewicy agitowali zawzięcie, pociągając przyjezdnych pod swoje sztandary.

Socjal-rewolucjoniści, obawiając się zbrojnego zamachu Lenina na Zgromadzenie Narodowe, wyłonili z siebie komitet obrony, kierowany przez Borysa Sawinkowa. Werbowano żołnierzy i ochotników z pośród różnych wyrzutków społeczeństwa, nawet z „czarnych secin" carskich, ukrywających się na prowincji, gdzie hasła komunistów nie zwyciężały dotąd. Zamierzano w chwili stosownej rzucić się na Radę komisarzy ludowych i wyrżnąć ich do nogi.

Lenin wiedział o tem i działał w tajemnicy.

Piotrogród był podzielony na dzielnice, czujnie strzeżone przez wierne wojsko i drużyny robotnicze. Niemal codzień znikali bez śladu najbardziej energiczni wrogowie dyktatury pro-letarjatu, o losie ich wiedziała tylko „czeka", straszliwa czerwona kloaka, ociekająca krwią, i jej twórca – Lenin.

Chociaż zręczni agitatorowie bolszewiccy z powodzeniem rozkładali masę delegatów konstytuanty, komisarze nie byli jednak pewni ostatecznych wyników.

5-go stycznia roku 1918 Lenin naradzał się długo z Dybienką i Antonowym, a później opracowywał manifest proletarjatu do konstytuanty, z żądaniem uznania władzy Rady komisarzy ludowych i Komitetu Wykonawczego, za co obiecywał dopuścić zwołanie Zgromadzenia Narodowego z głosem doradczym.

– Towarzyszu! – wołali Trockij, Zinowjew, Kamieniew i inni. – Jesteśmy zaledwie czwartą części Zgromadzenia Narodowego, jakże możemy żądać i wystawiać takie wprost zuchwałe wymagania? Wojna domowa nieunikniona, a wtedy prowincja – zgubiona dla nas!

Lenin słuchał uważnie, tłumaczył, przekonywał chwiejnych a gdy zrozumiał, że nic nie wskóra, zawołał:

– Połowę Zgromadzenia stanowią socjal-rewolucjoniści. Są to „gardłujące draby". Żadnej siły nie osiadają. Rozpędzimy tę hołotę!

Długo jeszcze trwały narady. Towarzysze wychodzili niespokojni. Zbliżający się dzień obrad konstytuanty nie wróżył dla nich nic dobrego.

Tylko Włodzimierz Lenin widział wyraźnie przebieg wypadków.

6-go stycznia czerwone wojska bezkarnie rozstrzeliwały na ulicach licznych demonstrantów. marynarze Dybienki otoczyli Pałac Taurydzki, gdzie miało odbywać się Zgromadzenie Narodowe, wygrażali i obsypywali obelgami przybywających delegatów.

Zgromadzenie, po wysłuchaniu żądań Rady komisarzy ludowych, odmówiło uznania jej za najwyższą władzę w Rosji. Wtedy do sali wkroczył oddział zbrojnych marynarzy, a olbrzymi, ponury bosman Żelezniakow rozpędził delegatów.

Lenin przez kilka dni uważnie studjował dzienniki wszystkich obozów i stawał się coraz weselszy. Zacierając ręce, rzekł do Nadziei Konstantynówny:

– Mój zamach na sławetną „wolę ludu" udał się! Naród, znużony bezsilną powodzią słów i czczych haseł, przyjął ze spokojem wiadomość o zgodnie wymarzonej konstytuanty. Pragnie tylko czynu, nie słów. My podbijemy go czynem!

Przeszkody na tej drodze nie były jednak ostatecznie usunięte. Pozostawali Niemcy. Rozpoczynali ofenzywę.

Lenin rozumiał, że zdobycie przez nich stolicy zada cios rewolucji, – gdyż prawie cała ludność kraju będzie uważała Niemców za zbawców Rosji.

Należało powstrzymać nieprzyjaciela od tego zamiaru. Lenin postanowił pokrzyżować plany Niemców i uczynić bezcelowym marsz ich na Piotrogród.

Na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego wniósł projekt przeniesienia się do Moskwy.

– Ucieczka?! – wybuchnęły okrzyki. – Kapitulacja przed imperjalizmem?! Zginęliśmy! Trockij wystąpił z długą i gorącą mocą. Dowodził, że opuszczenie Piotrogrodu spowoduje