Выбрать главу

Położył się nawznak na kanapie i, wpatrzony w sufit, usiłował więcej o niczem nie myśleć. Dochodził go głuchy hałas, trzask desek, łoskot rzucanych na ziemię ciężkich przedmiotów, nawoływanie, okrzyki ludzi, turkot samochodów.

Domyślił się, że towarzysze zarządzili już pakowanie dokumentów Rady komisarzy ludowych i przewiezienie plik papierów i skrzyń na dworzec kolejowy. Nie wiedział jednak dyktator, że wśród pracujących zamieszało się kilku przygodnych pomocników, nikomu nieznanych; przyszli z ulicy, gdzie przed Smolnym Instytutem stale gromadził się tłum ciekawych ludzi, nie mających ani przytułku bezpiecznego ani pracy.

Wbiegali razem z żołnierzami do gmachu, składali do skrzyń dokumenty, zabijali paki i wynosili. Niektóre skrzynie spadały z trzaskiem i hałasem na załamaniach schodów, toczyły się nadół i rozsypywały się. Wtedy niosący je ludzie wszczynali popłoch, biegali w zamieszaniu, szukając nowych skrzyń, inni szybko przeglądali rozsypane papiery, chowali do kieszeni, za cholewy butów, do czapek.

W kilka dni później Łotysze i Finnowie na placach Kremlu szkolili naprędce sformowane bataljony z kulisów chińskich, rozrzuconych przez obalony rząd carski w przyfrontowym pasie, a teraz zebranych zewsząd i przeznaczonych do obrony nowych władców.

Wojska te wchodziły w skład oddziału karnego wszechrosyjskiej „czeki".

W Moskwie, przy ul. Bolszaja Łubianka, w domu, należącym do towarzystwa asekuracyjnego „Kotwica", ukryła się „wszechrosyjska do walki z kontrrewolucją, sabotażem i spekulacją".

Życie i śmierć 150-miljonowego narodu zostały oddane w ręce prezesa „czeki" – Feliksa Dzierżyńskiego, posiadającego prawo kary śmierci bez zatwierdzenia wyroków przez Radę komisarzy ludowych i centralnego komitetu wykonawczego.

Legenda Kremlu odżyła…

Z poza grubych murów Kitaj-horodu, z zakamarków, z ciemnych lochów, z labiryntu mrocznych komnat, wąskich, potajemnych przejść, wynurzyło się straszliwe widmo cara Iwana Groźnego i jego kata wszechwładnego – Maluty Skuratowa. Za nimi sunęły, niby zgraja wilków, cienie pretorjanów krwawych – ponurych „opriczników", szalejących po całym kraju, pławiących się we krwi, wołających głosami złowróżbnemi: „Słowo i czyn".

Widma z podziwem i strachem patrzyły na przechadzającego się po placu Kremlowskim małego człowieka o łysej czaszce, mongolskich policzkach, wargach i oczach.

Chodził, założywszy ręce do kieszeni wypłowiałego palta, a obok stąpał wysoki, chudy człowiek w szaro-zielonej kurcie i długich butach z cholewami. Szedł przygarbiony, zaciskając blademi dłońmi szarą, zniszczoną twarz, wykrzywianą przez zrywające się co chwila drgawki; nieruchomy wzrok wbijał w okrągłe kamienie starego bruku.

Słyszały widma słowa straszne, przerażające.

Dzierżyński opowiadał o pracy, wrzącej w „czeka", o tysiącach męczonych i mordowanych ludzi, porwanych w domach i na ulicach przez żołnierzy łotewskich i chińskich.

– Żadna tajemnica nie pozostanie w cieniu! – szeptał Dzierżyński, zaglądając w oczy Lenina. – Umiemy zmusić do szczerości o, umiemy!

Lenin zaciskał ręce i patrzył dokoła ostrym, twardym wzrokiem. Gdy padał na tłoczące się, niewidzialne widma, pierzchały w popłochu, w lęku niewypowiedzianym. Dzierżyński zatrzymał się i rzekł:

– Dziś będę prowadził śledztwo w sprawie zamachu. Waszego szofera Wołodzimirowa przywiozłem tu. Przychodźcie, towarzyszu, posłyszcie rzeczy ważne. koniecznem jest, abyście słyszeli!

– Kiedy? – spytał Lenin.

– Dziś wieczorem… – szepnął Dzierżyński.

– Przyjadę…

Rozstali się i poszli w różne strony.

Cienie starego Kremlu spoglądały oczami, pełnemi rozpaczy i strachu niemego. Zerwał się wiatr mroźny.

Widma rozwiały się, jak mgławica nad moczarami.

Wtedy wychynęły inne zjawy. Blade, pokrwawione, umęczone cienie ludzi zmarłych przez długie pasmo wieków w lochach katowni kremlińskiej.

Wykrzykiwały twarze straszne, miotały długie ręce pod nisko zwisające chmury, śniegiem brzemienne, śmiały się bezdźwięczne, cieszyły się radością wściekłą, bluzgały przekleństwami i wzdychały jękliwie:

– Zemsta za nas…! Zemsta za nas…!

Te cienie jęczące tworzyły korowody ponure. W zwojach zamieci wyły i pląsały, wznosiły się coraz wyżej, igrały z płachtą czerwoną, łopocącą na wieży, śmiały się przeciągle i znikały, tonąc w wirach i strugach smagającej śnieżycy.

ROZDZIAŁ XXVI.

Wył wiatr i ciskał suchym, zmarzniętym śniegiem w ciemne okna domów, ciągnących się wzdłuż Bolszoj Łubianki. Żadnego przechodnia nie można było spostrzec na pustej ulicy, chociaż wskazówka zegara na wieży dobiegała dopiero godziny 11-ej.

Samotny człowiek w wyszarzałem palcie, podniósłszy wytarty barankowy kołnierz, wynurzył się z poza rogu poprzecznej ulicy. Szedł, patrząc na skrzące się pod nogami śnieżne zaspy, kurzące się pod smaganiem wichru.

Z bramy domu o wybitych szybach i odłupanym przez kule tynku wypadło trzech żołnierzy i, otaczając przechodnia, pytało groźnie:

– Dokąd idziesz? Pokazać legitymację!

Zapytany podniósł oczy na żołnierzy, a ci skamienieli, prostując się i szepcąc:

– Towarzysz Włodzimierz Iljicz Lenin! Uśmiechnął się życzliwie i spytał:

– Pokażcie mi gmach „czeki"!

– Stoicie przed nim, towarzyszu, – odparł żołnierz wylękłym głosem.

Lenin obrzucił uważnym wzrokiem olbrzymi dom o dużych oknach, do połowy zabitych deskami, ciemnych, jakgdyby ślepych.

– Co u licha?! – mruknął niezadowolonym głosem – Śpią tam wszyscy?…

Jakgdyby odpowiadając mu, gdzieś z wnętrza gmachu wyrwał się zdyszany turkot motoru samochodowego. Jakieś jeszcze inne dźwięki łączyły się z odgłosami maszyny. Po chwili umilkło wszystko. Cisza zapadła głucha, niepokojąca.

– Co to było? – spytał Lenin, patrząc na żołnierzy.

– „Czeka" rozstrzelała skazanych… – szepnął podoficer. – Zawsze przytem puszczają w ruch samochód ciężarowy, żeby zagłuszyć strzały kulomiotów, krzyki zabijanych, jęki…

Nic więcej nie mówiąc, Lenin skierował się ku bramie domu i zadzwonił. Zachrypnięty głos zapytał

– Kogo czarci niosą o tej porze! Odchodź od bramy, bo strzelę…

– Prezes Rady komisarzy ludowych do towarzysza Dzierżyńskiego – odpowiedział Lenin. Posłyszał tupot nóg uciekającego szyldwacha i przeraźliwy gwizdek.

Minęło kilka minut nim otwarto furtkę. Jakiś człowiek, mały, krępy, o twarzy pooranej ospą, wyjrzał ostrożnie, podejrzliwie i w milczeniu przepuścił Lenina. Zamknąwszy za nim furtkę, szedł ztyłu i mruczał:

– Musimy być czujni… Już kilka razy wchodzili do nas ludzie uzbrojeni, zamierzając zabić towarzyszy Dzierżyńskiego i Petersa… Polacy i Łotysze źli są na nich… Nie wyszli już stąd, lecz są też inni, którzy zaprzysięgli zemstę. Wczoraj w ogrodzie uniwersyteckim znaleziono towarzysza Bagisa, powieszonego przez niewykrytych złoczyńców…

Mrucząc, prowadził Lenina przez podwórze.

Przy żółtych płomykach latarni naftowych, słabo oświetlających dziedziniec, wznosił się wysoki, ślepy mur, znikający u góry we mgle zamieci, potrzaskany i poszczerbiony. Na pozostałym tynku widniały krwawe nasiąki i sople. Pod murem leżały nieruchome, nagie ciała, pokurczone, skulone, rzucone, jak zwał szmat. Nad niemi unosiła się lekka zadymka pary. na uboczu stał duży ciężarowy samochód, pomalowany na czarno.

Lenin przystanął i obejrzał się za skradającym się ztyłu człowiekiem.

Odźwierny zrozumiał nieme pytanie skośnych oczu i znowu mruczeć zaczął:

– Tu tracimy skazańców. Kulomiot umieściliśmy w okienku suteryny. Nastawiony jest tak, że przechodzący przed nim ginie odrazu…

Zaśmiał się ponuro i dodał:

– Produkcja masowa… inaczej nie można!

Lenin skinął głową w stronę nagich trupów i spytał: