Выбрать главу

– Co robicie… z tem?

– Część wywieziemy za miasto, gdzie jutrzejsi skazańcy przygotowują już dla nich i dla siebie groby. Innych zabiorą do szpitali, gdzie lekarze uczą się na nich. Pewien uczony profesor często tu przychodzi i opowiada, że dla nauki dobre nastąpiły czasy, bo trupów w bród! Niewiadomo nigdy, komu i z czem można dogodzić!

Zaśmiał się piskliwie, szeroką dłonią zasłaniając usta.

Wchodzili po schodach na drugie piętro. Wszędzie stały posterunki żołnierskie. Krzyki, jęki, płacz dochodziły zdaleka; rozlegały się głuche odgłosy strzałów.

Lenin szedł wyprostowany, oddychał ciężko; czuł dreszcz, wstrząsający nim.

Weszli do obszernej poczekalni, z biegnącym w głąb lokalu korytarzem, gdzie przy każdych drzwiach przechadzali się żołnierze chińscy.

– Zamelduję towarzyszowi – prezesowi czeki… – rzekł siedzący przy biurku chudy blondyn o zmęczonych, zaczerwienionych oczach.

Po jego odejściu, Lenin całą siłą woli pohamował ogarniające go wzburzenie. Cicho tu było. Tylko od czasu do czasu rozlegały się chrapliwe głosy Chińczyków i dzwonki, natrętne, niecierpliwe.

Urzędnik długo nie powracał. Stojący przy drzwiach żołnierze spoglądali na nieznanego im człowieka pogardliwie i zagadkowo. Widzieli, że przybywający tu w różnych sprawach rzadko opuszczali gmach. Widzieli ich wchodzących do poczekalni, wychodzących – prawie

nigdy.

Na męki mogli przyjść tą drogą, dla umęczonych – istniały inne wyjścia. Lenin pomyślał:

– Stworzyliśmy państwo w państwie. „Czeką" może się stać silniejszą od Rady komisarzy ludowych…

W głębi korytarza otwarły się drzwi i do poczekalni szybkim krokiem wszedł Dzierżyński.

– Przyszedłem, Feliksie Edmundowiczu – powiedział Lenin. – Trudno się dostać do was!

– Myślałem, że przyjedziecie samochodem, a tymczasem doniesiono mi, że jakiś człowiek kilka razy przeszedł przed domem „czeki"… Musimy być ostrożni Czyhają na nas…

– Macie dobry wywiad – zauważył Lenin z uśmiechem.

– Towarzysze Blumkin i Jagoda są specjalistami od wywiadu – odpowiedział Dzierżyński.

– Proszę do mnie!

Szli korytarzem. Na drzwiach widniały napisy „pokój Nr. 1, komisja śledcza tow. Rozso-china„, „komisja śledcza tow. Ozolina…" Tabliczki z nazwiskami – Rittnera, Mienżyńskiego, Artuzowa, Guzmana, Blumkina bielały na drzwiach.

– Tu przesłuchujemy oskarżonych – objaśnił Dzierżyński, widząc, że Lenin czyta napisy.

– W końcu korytarza mieści się sala kolegjum „czeki" i dwa pokoje: biuro statystyczne i archiwum.

– A reszta gmachu?

– Cele ogólne i osobne dla więźniów. Dla najbardziej obciążonych – ciemnice i suterynach i lochach – odparł, dumny z ładu, panującego w instytucji.

– W środku miasta! – zdziwił się Lenin.

– Sztandary powinny powiewać na miejscach widocznych, uczęszczanych! – zaśmiał się cicho Dzierżyński. – Jesteśmy sztandarem władzy proletarjatu, – krwawej zemsty i gwałtu nad jego wrogami. marzyłem o ulokowaniu się w katedrze Bazylego Błogosławionego, lecz budynek – na nic!

– Paradoksalny zamiar! – zawołał Lenin.

– Paradoks zastępuje nam logikę, towarzyszu! – znów zaśmiał się Dzierżyński. – Wszystko, co robimy, jest paradoksem, a, urzeczywistniając go, nabieramy niezwykłej siły i uroku w oczach ludzi o zgniłej, tchórzliwej myśli.

– Uważacie, Feliksie Edmundowiczu, że dzięki paradoksowi można długo przetrwać? Dzierżyński przepuścił przed sobą Lenina i, patrząc na niego, rzekł dobitnie:

– Przez cały czas sprawnego funkcjonowania „czeki", towarzyszu! Zaręczam wam… Usiedli. Dzierżyński zapalił – papierosa i namyślał się, kurcząc twarz i trąc drgające powieki.

Lenin oglądał gabinet.

Biurko, dwa fotele, trzy krzesełka, szeroka sofa ze zmiętem posłaniem; na podłodze – jasno różowy, gruby kobierzec, z czarnemi plamami w kilku miejscach. Na biurku wśród czerwonych teczek z papierami i na ścianie za stołem spostrzegł Lenin pistolety Mauzera i Parabellum.

– Towarzysz mieszka w swoim gabinecie? – zapytał Lenin.

– Nie! – odparł Dzierżyński, podejrzliwie patrząc na niego. – Mam kilka konspiracyjnych mieszkań. Nie dowierzam nawet swoim ludziom, bo i wśród nich byli zdrajcy. Polują na mnie zewsząd.

Umilknął i schylił się nad papierami, przeglądając je i podpisując. Skończył i mruknął:

– Dziś mamy „na wydatki" 150 ludzi… Grupa białych agitatorów, działających na wsi…

– Na wydatki? Co to znaczy? – zapytał Lenin.

– Do stracenia, bo śledztwo skończone, – odparł Dzierżyński. – Możemy zacząć z Woło-dzimirowym?

Lenin skinął głową. Dzierżyński zdjął słuchawkę telefonu i rzucił krótki rozkaz:

– Natychmiast ma się stawić u mnie towarzysz Fedorenko! – zawołał Dzierżyński, kładąc rewolwer zpowrotem. – Proszę przystąpić do badania Wołodzimirowa w obecności prezesa Rady komisarzy ludowych.

Przybyły sędzia zatrzymał na Leninie zimne, niebieskie oczy i skłonił się przed nim z uprzejmym uśmiechem.

– Bardzo się dobrze składa! – rzekł dźwięcznym głosem. – Poproszę prezesa komisarzy usiąść przy oknie i odwrócić fotel w ten sposób, żeby nie być widzialnym, ot tak! Doskonale!

Klasnął w dłonie. Ze szczękiem karabinów weszli żołnierze, wprowadzając aresztowanego.

Długą chwilę panowało milczenie. Ludzie mierzyli się wzrokiem, pytali o coś, co nurtowało ich, badali siebie bez słów.

Wreszcie zabrzmiał uprzejmy głos Fedorenki:

– Doprawdy, nie chcielibyśmy żeby was, towarzyszu Włodzimirow, miała spotkać krzywda! Tymczasem bezsilni jesteśmy, bo zachowujecie tajemnicę, którą wykryć musimy za wszelką cenę…

Wołodzimirow nie odpowiadał.

Fedorenko ciągnął dalej spokojnie, grzecznie:

– Przypomnijmy więc wszystko, co towarzysz raczył nam zakomunikować! Przed wybuchem rewolucji proletarjatu byliście kapitanem gwardji carskiej, a później zapisaliście się do związku szoferów i przyjęliście posadę w garażach Rady komisarzy ludowych. O ile mi się zdaje, powtórzyłem wszystko ściśle?

– Tak… – szepnął Wołodzimirow.

– Bardzo się cieszę! – zawołał sędzia śledczy. – Teraz pozostają rzeczy drażliwsze. Towarzysz zeznał, że w chwili odjazdu towarzysza Lenina z maneżu, mimo rozkazu ruszać, nie wykonał go i czekał na zamachowców, przedzierających się przez tłum, zebrany na wiecu.

– Tak… – brzmiała krótka odpowiedź.

– To znaczy, że byliście w zmowie ze zbrodniarzami?

– Tak… Zamierzaliśmy zabić Trockiego, który miał jechać z Leninem – objaśniał szofer.

– Ilu było zamachowców? – spytał Dzierżyński, trzęsąc głową, bo skurcz straszliwy wykrzywił mu twarz.

Wołodzimirow milczał.

– Kto kierował zamachowcami? Kto posłał ich? Żadnej odpowiedzi.

– Kto kierował nimi? Kto nasłał zbrodniarzy? – powtórzył Dzierżyński, zacinając blade wargi.

Badany podniósł głowę i rzekł twardym głosem:

– Jestem w waszym ręku, możecie mnie stracić, ale nic nie dowiecie się. Chcę umrzeć za ojczyznę, umęczoną przez…

Nie dokończył, bo buchnął strzał. Kula utkwiła w prawem ramieniu Wołodzimirowa. Jęknął, lecz zacisnął zęby i spoglądał na bezwładnie zwisającą, krwawiącą rękę.

– Będziesz mówił, psie? – syknął Dzierżyński.

Aresztowany milczał. Prezes czeki miotał się, bił pięściami w stół, ciskał na podłogę czerwone teczki i rozrzucał papiery. Rzęził i ciężko oddychał. Fedorenko niewzruszonym głosem rzekł:

– Trudna rada z tak bohaterskiem milczeniem! Można podziwiać… Jednak musimy wiedzieć prawdę!

Wstał i nacisnął guzik dzwonka.

Słysząc, że drzwi się otwierają i wchodzą nowi ludzie, Lenin ostrożnie wyjrzał.

Zobaczył Wołodzimirowa, drżącego, z bladą, przerażoną twarzą, zwróconą ku wejściu. Lenin spostrzegł czarną kałużę krwi, zbierającej się koło nóg szofera i powoli wsiąkającej w grupy dywan.

– Poco tu różowy kobierzec?… Lepsze byłyby ciemne, bardzo ciemne barwy – pomyślał mimowoli i znowu cofnął się za wysokie oparcie fotelu.

Rozległ się głos Fedorenki: