Trockij i inni uparci w swoich postanowieniach, dumni, pewni siebie, nieugięci w zamiarze być zawsze kierownikami nieomylnymi i zwycięskimi, wierzyli w istnienie rzeczy niemożebnych i na nich porywać się nie śmieli, myśląc o kompromisie pomiędzy możliwością a absurdem… Wreszcie każdy z nich pragnął być niezastąpionym, wyższym od innego, uważając go za współzawodnika, nieraz nawet za wroga. Ludzie ci – stając pod nowemi sztandarami, nie wyrzekli się starych kajdan, uznawali niewzruszone zasady moralności, czuli się bezsilni przed zwyczajami i tradycjami, myśleli kategorjami logiki dawnych pokoleń, nie wierzyli we wszechpotęgę siły brutalnej, czarodziejskiej.
– Muszę żyć, bo na bezdroże wyjdzie komunizm i zginie w przepaści sprzeczności i niewiary w powodzenie! – myślał Lenin. – Oni wszyscy nie wiedzą w Boga… Ja wierzę w bóstwo… W to, którego zew przepotężny słyszałem zawsze. Nie znam jego imienia, widzę jednak, jak się wyłania ono z chaosu, z mgławic krwawych. poznaję bóstwo, jak poznajemy jasność, następującą po mroku. Do tego bóstwa zrozumiałego, bliskiego, ludzkiego, prowadzę wszystkich ludzi od skraju do skraju ziemi… Bóg się objawiał ludom w postaci słupa ognistego, pałającego krzaku, piorunu niszczącego. Pragnę być słupem, krzakiem i piorunem, aby ujrzało stado ludzkie prawdziwe oblicze Boga ziemskiego, któremu można w źrenice zajrzeć, dłonią dotknąć, głos jego usłyszeć… Jestem tym, który podnosi człowieka na szczyt góry, prowadząc go ścieżką kamienistą, krwawiącą stopy, zmuszającą słabym padać i wić się w mąkach głodu, pragnienia i lęku; dojdą ze mną tylko silni i wytrwali, a, stanąwszy na cyplu podobłocznym, rzekną śmiele: „Bóstwo, ukrywające się od wieków, ukaż nam prawdziwe oblicze swoje, albowiem oczyściła nas męka niezmierna, strach wyzwolił z więzów troski o siebie i oto opadła z nas skorupa pożądliwości, – równi jesteśmy tobie, towarzyszu w życiu kosmicznem, Wielki Kowalu, posługujący się siłami nieznanych nam sfer, chociaż echa ich brzmią w naszych duszach, a błyski przeszywają serca".
Chciałby w tej chwili podzielić się myślami swemi z kimś bliskim, bardzo drogim, wyrozumiałym i dobrym bezmiernie.
– Matka? – pomyślał i westchnął. – Odeszła… odeszła z bolesnem zwątpieniem, czy zamyślone przez syna dzieło dobre będzie i sprawiedliwe… Konała, miotana niepokojem i trwogą. Któż inny mógłby zrozumieć mnie i bez obawy pochwalić lub zganić?
Patrząc z mroku niebieskie, sączące łagodny połysk oczy, lśnią się złote włosy, oświetlone lampą naftową, poruszają się purpurowe, namiętne wargi.
– Heleno! Heleno! – szepce dyktator i ręce wyciąga. Nagle łagodna twarz majacząca kurczy się, okrywa zmarszczkami, blednie, wykrzywia się przeraźliwie, oczy wychodzą z orbit, pełne obłędnego przerażenia, usta czernieją i rozwarte szeroko, wyją przeciągle:
– Miłosierdzia! Zabijają!… Litości!…
Lenin głowę opuszcza, oczy palcami zaciska i drży, szczęka zębami. Zrywa się po chwili, pięścią grozi i woła:
– Zniknij, zjawo przeszłości! Zniknij, zgiń na wieki!…
Po chwili jęczy i błaga kogoś, kto stoi blisko – blisko, szeleści oddechem i szepce gorąco. Błaga Lenin żałośnie i długo:
– Odejdź!… Nie dręcz!… Przebacz!…
Otrząsa się, oczy przeciera i rzuca wzrok na kalendarz. Odwraca kartkę.
– 30 sierpnia… – odczytuje machinalnie.
Coś zapisał sobie na ten dzień? Ach! Wielki wiec, na którym ma dać wyjaśnienia z powodu zamordowania Mikołaja Krwawego, oczyścić od zarzutów partję, rzucić cień podejrzenia na ludowców, wyszydzić i poniżyć cudzoziemskich dyplomatów i pismaków! Tak, to – jutro!
Maszyna zaczyna pracować sprawnie, całym pędem, z zaciekłością ruchu i siły. Lenin planuje swoją mowę, spokojnie, twardo, logicznie, przekonywująco. Skończył i położył się na kanapie, patrząc w sufit. O niczem nie myśli.
Widzi przed sobą morze głów, pałających, bezmyślnych i ponurych oczu, ust krzyczących, ramion podniesionych… Stado bierne, ślepe, zbłąkane i on – pasterz, wódz, prorok, wzniesiony na grzbiet fali morza, na wyżynę mównicy czerwonej.
Zasypia… Śpi bez snów.
Budzą go kroki wbiegającego człowieka.
Otwiera oczy i spostrzega stojącego przed nim sekretarza.
– W Piotrogrodzie żyd Kanegisser zabił Urickiego! – woła zdyszanym głosem. – Uprzedzono zamach życia Schneura na towarzysza Zinowjewa…
– Odpadają kółka maszyny… – mruczy Lenin, snując myśl, podświadomie trawiącą go w nocy. Spostrzega zdumienie i przestrach na twarzy sekretarza, przytomnieje ostatecznie.
– Dyktatura proletarjatu jest wielką maszyną, niszczącą stary świat – mówi z uśmiechem. – Wrogowie starają się zniszczyć ją, lecz łamią zaledwie poszczególne koła… Naprawimy ją i będzie, jak dawniej, druzgotała, dusiła! Proszę ułożyć telegram z ubolewaniem i wysłać do czerwonego Piotrogrodu!
Nazajutrz koło południa wchodził na wiec.
Przed nim szli Finnowie, dowodzeni przez Chalajnena, torującego drogę do mównicy, okrytej czerwoną tkaniną. Nagle powstało zamieszani. Ktoś wykrzyknął głośno:
– Za naród umęczony! Za zbrodnie!
Niezawodnie głos ten, wysoki i dźwięczny, należał do kobiety młodej, porwanej oburzeniem lub rozpaczą namiętną. Przeszył gwar niby błyskawiczny cios ostrej szabli. Finnowie stanęli, a wtedy rozległ się strzał, samotny, bliski.
Lenin potknął się i jął rękami chwytać powietrze, poczuł, że pada w ciemną otchłań… Finnowie podtrzymali go, porwali na ręce i wynieśli.
Za nimi przeraźliwie wył tłum, padały przekleństwa i jakieś okrzyki zgrozy czy triumfu; ludzie się szamotali, wlokąc kogoś i szarpiąc na szmaty, bezkształtne, skrwawione…
W godzinę później po Moskwie biegła radująca jednych trwożąca innych wieść.
Fania Kapłan i Mojżesz Glanc dokonali zamachu na wodza proletarjatu, zraniwszy go lekko.
Wierny rządowi tłum zamordował Glanca na miejscu. Finnom udało się obronić kobietę i odstawić ją do „czeki".
Odpowiedzialność za podstępny cios, zadany rewolucji, mieli ponieść kontr-rewolu-cjoniści.
O tem już dyktator nie wiedział.
Był nieprzytomny i miotał się w gorączce.
Kula przeszyła mu ramię i utkwiła w grzbiecie.
Lekarze z powątpiewaniem kiwali głowami. Rana była ciężka, może śmiertelna… Lenin leżał z otwartemi oczami, krzywił spieczone usta i szeptał przenikliwie, gorąco:
– Odejdź… Nie dręcz… Przebacz!… Towarzysze!… Wolność i szczęście ludzkości leżą na waszych barkach… Mikołaj Krwawy… Nie dręcz!… Przebacz! Hele…
Nie skończył, bo zaczął rzęzić ciężko. W gardle bulgotała i syczała nabiegająca krew, na bladych wydętych wargach wykwitały, płatki czerwonej piany…
ROZDZIAŁ XXIX.
Wieść o zamachu na Lenina z błyskawiczną szybkością rozniosła się po całym kraju. Budziła różne myśli, zmuszała do nowych poczynań.
Kontr-rewolucjoniści, zgrupowali dokoła prowadzących wojnę domową „białych" generałów i zwalczani przez dyktatora socjaliści podnieśli głowy.
Ze wszystkich końców Rosji przychodziły do Moskwy doniesienia o wybuchających powstaniach, tworzeniu się miejscowych rządów – jaskrawo prawicowych; liberalno-in-teligenckich; socjalistycznych; złożonych z ludowców, należących do Zgromadzenia Narodowego; wreszcie – mięszanych, przypominających niesforny, rozbieżny rząd Kieren-skiego.
Pomiędzy temi nowotworami wkrótce rozgorzały walki klasowe i idejowe, co osłabiało znaczenie i siły powstających rządów.
O tem dokładnie wiedziano w Kremlu, gdzie Radą komisarzy ludowych, w zastępstwie Lenina, kierowali Trockij, Kamieniew, Stalin, Bucharin, Rykow, Cziczerin.
Trockij, pomysłowy organizator i świetny, porywający mówca, dokazywał cudów. Pod jego naciskiem, wciągnięci do „czerwonej" armji oficerowie z wielkiej wojny w przyśpieszonem tempie kształcili proletarjackich oficerów i ujmowali w karby samowolne, rozpuszczone wojska, wprowadzając z ramienia komisarzy ludowych surową dyscyplinę.