Выбрать главу

Zniesiono bezpowrotnie wiece i rady żołnierskie, ustalono taki ład i bezwzględny posłuch, o jakich w koszarach i szeregach przedwojennej armji nigdy nie słyszano. Specjalni komisarze polityczni, postawieni przy dowódcach, zajęci byli wychowaniem żołnierzy w duchu pa-trjotyzmu komunistycznego i dozorem nad strojem oficerów i żołnierzy.

„Wojenny komunizm" ogarnął całą Rosję, pozostającą pod rządami Kremlu.

Zasadą prawa stała się formuła: „wszystko, co nie jest wyraźnie dozwolone, zostaje surowe zakazane i karane bez litości".

„Czeka" pracowała, jak olbrzymi młot, burzący życia ludzkie. Cała ludność składała się ze szpiegowanych i szpiegujących.

Mury miały uszy i oczy. Każde słowo niebaczne okupywane było śmiercią.

W całym kraju wyławiano resztki dawnej szlachty, arystokracji i kapitalistów, prowokowano, oskarżano o nieistniejące spiski, zamachy i zbrodnie, rzucano pod rzygające kulami karabiny maszynowe, pracujące w lochach gmachów, zajętych przez oddziały „czeki".

Trockij szalał, targał czarną bródkę i krzyczał przeraźliwie, wpadając w histerję:

– Musimy wytępić burżuazję i szlachtę, aby na nasienie nie pozostało nikogo! Nie mamy prawa szczędzić wrogów, którzy mogą rozsadzić nas od wewnątrz!

Chińskie, łotewskie, fińskie i madjarskie oddziały karne pracowały w dzień i w nocy.

Oficerowie, zmuszeni głodem i znęcaniem się do służby na rzecz dyktatury proletarjatu, dozorowani przez podejrzliwych agentów rządu, pracowali ze wszystkich się, dopomagając tym, którzy wymordowali ich ojców i braci, zgwałcili siostry i córki, zabili cara i hańbą okryli ojczyznę, zdradziwszy aljantów i podpisując ciężki dla sumienia narodowego pokój w Brze-ściu-Litewskim.

Ich wytężona praca miała pożądane dla Trockiego skutki.

Czerwona armja zaczęła stawiać kontr-rewolucji zażarty opór, a nawet tu i ówdzie przechodzić do ataku zwycięskiego.

Wszelkiego rodzaju specjaliści zmuszeni byli pod groźbą oskarżenia o sabotaż, stanąć do pracy w fabrykach.

Było to zadanie trudne, prawie niewykonalne. Zniszczone, zrabowane i popalone przez robotników i żołnierzy zakłady przemysłowe, z braku materjałów, nie mogły być natychmiast naprawione i uruchomione. Z trudem udało się inżynierom puścić w ruch niektóre fabryki, zaledwie częściowo, lecz i te co chwila stawały, wyczerpawszy zasoby surowców.

– Wojna żywi wojnę! – powtarzał w swoich mowach i artykułach Trockij, przypominając sobie słowa Napoleona. – Zwalczcie nieprzyjaciela, stojącego przed wami, a znajdziecie tam wszystko, co jest wam potrzebne, a co dostarczają „białym" cudzoziemcy!

Oddziały karne i całe zastępy komisarzy grasowały po wsiach.

– Znoście chleb dla wojska! – nawoływano. – Pamiętajcie, że zwycięstwo armji jest zwycięstwem waszem. Jej klęska pociągnie za sobą pozbawienie was ziemi i karę śmierci dla was z wyroku sądów dawnych właścicieli i „białych" generałów!

Wylękli wieśniacy, pod wpływem mów, lub pod naciskiem bagnetów i kar, zwozili zapasy żywności na punkty aprowizacyjne, wzdychając, klnąc w duchu i drżąc przed nadchodzącą zimą, bo zrozumieli, że miała przynieść ze sobą głód i choroby.

W tem środowisku chłopskiem, ponurem, przerażonem, oddawna już przebywała rodzina inżyniera, Walerjana Bołdyrewa.

Zamieszkali w zwykłej chacie, należącej do Kostomarowa.

Był to człowiek lat 60-ciu, pochodzący ze starej rodziny szlacheckiej, wykształcony, za młodu długo przebywający zagranicą. Już w wieku dojrzałym porwała go idea Leona Tołstoja o „zbliżeniu się do natury", która stanowi najczystsze źródło moralności, głęboko chrześcijańskiej. Kostomarow osiadł od lat trzydziestu na małym szmacie roli, prowadził życie zwykłego wieśniaka, pracując osobiście bez pomocy najemnych robotników w polu i koło domu. Powszechny szacunek i miłość otaczały go za to. Dowody uznania miał podczas szalejącej wichury rewolucyjnej, gdy chłopi okoliczni obrali go na prezesa rady wieśniaczej. Zrzekłszy się tego zaszczytu, potrafił on jednak wstrzymać swoich sąsiadów od napadów na dwory szlacheckie, od mordu i „iluminacyj". Przekonał właścicieli rozległych posiadłości, aby dobrowolnie oddali chłopom ziemię, zostawiając dla siebie tyle, ile mogli sami wraz z rodziną uprawiać.

Obwód, w którym mieszkał Kostomorow, był niezawodnie jednym z bardzo nielicznych, gdzie rewolucja chłopska nie skończyła się żywiołowym wybuchem dzikiego i krwawego mordu.

Stary dziwak przyjął rodzinę Bołdyrewych uprzejmie, lecz podejrzliwie. Na wstępie odrazu spytał:

– Powiedźcie mi szczerze, Walerjanie Piotrowiczu, czy macie zamiar tylko ukrywać się przed rewolucją, czy też pracować?

– Chcemy pracować, a brat mówił mi, że moglibyśmy pomagać panu, – odparł Bołdyrew.

– Pomocy nie potrzebuję, bo sam daję sobie radę od trzydziestu lat – rzekł Kostomarow. -Jednak, skoro chcecie pracować i jesteście inżynierami, przychodzi mi do głowy pewna myśl…

Usiedli i długo się naradzali.

W parę tygodni później w dużej szopie, stojącej na skraju wsi Tołkaczewo, powstało nieznane dotąd w Rosji przedsiębiorstwo komunalne.

Były to warsztaty dla naprawy i ulepszenia narzędzi rolniczych.

Wkrótce jednak plan został znacznie rozszerzony. Na prośbę Rady wieśniaczej dostarczono z miasta nieczynną lokomibilę, tokarkę i kilka innych mechanizmów, wywiezionych ze zburzonej przez rewolucyjne tłumy fabryczki.

Inżynierowie wciągnęli do przedsiębiorstwa zbiegłych do wsi przed głodem w miastach i przymusowym poborem do wojska ślusarzy i kowali i rozpoczęli pracę na szeroką skalę.

Spółka komunalna, kierowana przez starego Bołdyrewa i Piotra, zaczęła produkować pługi amerykańskie, kosiarki, maszyny do siewu, żniwiarki i drobne narzędzia rolniczego.

Grzegorz Bołdyrew namówił chłopów, aby zwozili z pobliskiej fabryki metalurgicznej, spalonej przez robotników, i z porzuconej kopalni – szlakę i glinę. Z tych materjałów przyrządzał nawozy sztuczne i cegłę. Inżynierowie, wiedząc, że będą mieli kłopot z paliwem, zaczęli wspólnie z chłopami kilku wiosek eksploatować dawno opuszczone szyby, dostarczając węgiel do Tołkaczewa i znaczną część paliwa zmieniając w mieście na potrzebne towary i materjały.

Pani Bołdyrewa miała dużo pracy z wyżywieniem produkującej komuny, rozrastającej się z każdym dniem.

Skromny warsztat do naprawy starych pługów i kucia koni stawał się fabryką, posiadającą swoje filje w kopalniach węgla i gliny.

Pani Bołdyrewa została mianowana przez spółkę głównym buchalterem przedsiębiorstwa, bo prowadziła księgi w tak wzorowym porządku, że przybywający tłumnie komisarze nie tylko z Nowogrodu, lecz nawet z Moskwy nie mogli się nadziwić. Księgi świadczyły najwy-mowniej o zasadzie komunistycznej kontroli pracujących nad przedsiębiorstwem, o odrzuceniu metod, stosowanych przez kapitalizm.

Rząd proletarjatu, zaniepokojony poważnie upadkiem przemysłu, otaczał opieką powstającą w Tołkaczewie komunę produkcyjną. Dowody tego mieli młodzi Bołdyrewy w chwili powołania do wojska wszystkich mężczyzn do lat 40-tu.

Natychmiast stawili się do biura poborowego.

Przewodniczący, posłyszawszy ich nazwisko, uśmiechnął się chytrze i rzekł:

– E-e, nie! Poco mamy posyłać was na front? Tam niezawodnie przejdziecie na stronę „białych"! Potrzebni nam tu jesteście i tu pozostaniecie w swojej komunie. Pracujcie, jak dawniej…!

Wystawił dla nich świadectwa uwolnienia i pożegnał.

Chłopi cieszyli się z takiego wyniku. Lubili pracowitych, pomysłowych i zdolnych inżynierów, rozumieli, że istnienie pracującej komuny zabezpieczało ich przed najazdem komisarzy. Podarowali Bołdyrewym kawał ziemi i wspólnemi siłami zbudowali dla nich dom.

Życie stawało się coraz bardziej znośne i normalne.

Pani Bołdyrewa gorąco dziękowała Bogu za opiekę i pomoc, widząc już, że wyprowadził ich z mrocznego labiryntu piętrzących się zewsząd niebezpieczeństw i ciosów nieprzewidzianych.

Ze zdumieniem i szacunkiem patrzyła teraz na męża i synów. Byli to już inni ludzie, których przedtem nie znała.

Stary Bołdyrew z dziwną łatwością otrząsnął się ze swej gnuśności i lekkomyślności. Od-młodniał, nabrał chęci do życia i walki.