Выбрать главу

Rutyna długoletniego, wprawnego administratora, wielkie doświadczenie fachowe i gruntowna wiedza obudziły się w całej pełni. Umiał obliczyć wszelkie możliwości, ocenić sytuację, wybrnąć z matni trudności, jakie nagromadzał codziennie naiwny rząd ludzi ciemnych, brutalnych, nieprzygotowanych do trudnych zadań życiowych. Lawirował zręcznie, zmuszając do poważnego namysłu niewykształconych, a bardzo pewnych siebie i opornych komisarzy, zawsze potrafił przekonać wahających się towarzyszy komuny.

Posiadając z natury miękki charakter, nawiązał najlepsze, przyjazne stosunki z chłopami, wywierał na nich wpływ moralny tak wielki, że przychodzili do niego tłumnie po rady, a uważali za szczęście, gdy odwiedzał ich w domu.

Pani Bołdyrewa, zawsze spokojna, uprzejma i dobra, w każdej chwili była gotowa dopomóc sąsiadkom w ich kłopotach domowych.

Kroiła dla nich suknie, uśmierzała waśnie domowe, uczyła dzieci i leczyła, jak mogła i umiała.

Synowie, pod wpływem, niegdyś panujących w domu utarczek pomiędzy rodzicami i śmiesznych spóźnionych miłostek ojca, w Piotrogrodzie tracili coraz bardziej szacunek dla niego, mi-mowoli patrząc na matkę z pogardliwe politowaniem. Teraz zmienili się do niepoznania. Zdolności i energja starego Bołdyrewa imponowała im i wzbudzała nieraz nieukrywany zachwyt.

Utalentowani w swoim zawodzie, pracowici i nie cofający się przed żadną czynnością, szli do ojca po radę, słuchali uważnie i uznawali jego autorytet i wyrobienie życiowe. Podziwiali równowagę ducha, pracowitość i umysł matki, nazywając ją swojem „ministrem spraw zagranicznych".

Istotnie, pani Bołdyrewa posiadała niezrównaną umiejętność przemawiania do ludzi i ujarzmienia zbyt porywczych. Wieśniacy szli do niej, jak do sądu najwyższego.

Rodzina Bołdyrewych, niedawno rozpierzchła i płynna, luźnie ze sobą związana, stawała się mocną, zahartowaną, spojoną wzajemnym szacunkiem i miłością, czemś twardem, nie-wzruszonem jak stal, jak skała granitowa.

Nigdy nie rozmawiali ze sobą o tak nieoczekiwanie wybuchających wypadkach, burzących ich życie, jako ludzi bogatych i szanowanych w towarzystwie.

Raz tylko, podświadomie odpowiadając na myśli, które się rodziły czasami w głowach synów, Bołdyrew rzekł:

– Przewaga prawdziwego inteligenta zawiera się w tem, że w każdej sytuacji potrafi zająć odpowiednie stanowisko i zasłużyć na szacunek.

Pomyślał chwilę i dodał:

– I wiecie co? Ten szacunek jest cenniejszy i trwalszy od tego, jaki zdobywa się drogą wysokiego urzędu, urodzenia i majątku! Tam może się on rozprysnąć w jednej chwili. Tu -nigdy, bo oparty jest a zrozumieniu naszej wartości realnej!

Grzegorz Bołdyrew, zarządzając kopalniami, często wyjeżdżał z Tołkaczewa i zwiedzał dalsze wsie, skąd chłopi wysyłali swoich ludzi do szybów węgla i gliny.

Przekonał się wkrótce, że wysiłki Rady komisarzy ludowych, skierowane do rozbicia włościan i do rozkładu rodziny, w sposób niezwykle szybki dochodziły do nieoczekiwanych wyników.

Przekonał się o tem jeszcze bardziej, gdy komisarze zażądali od komuny Bołdyrewych, aby zorganizowała produkcję soli z wody mineralnej w pobliżu Starej Rusy. Komuna wydelegowała Grzegorza.

Pewnego razu, siedząc w chacie miejscowego komisarza – chłopa, usłyszał wściekłe krzyki, tupot nóg i nawoływania głośne:

– Sąsiedzi, na pomoc! Biją nas łobuzy! Do broni! Grzegorz wyszedł z chaty.

Chłopi, uzbrojeni w rewolwery, karabiny, przyniesione do wsi przez uciekających z frontu żołnierzy, biegli z zawziętemi twarzami i z wściekłością w oczach.

Przy ostatnich domach już wrzała bitwa. Rozlegały się strzały, rwały się dzikie okrzyki i przekleństwa, błyskały bagnety, siekiery, wznosiły się i opadały ciężkie kłonice, drągi.

Bitwa trwała długo. Kilka trupów, deptanych przez walczących, zaległe pobojowisko. nareszcie wszystko ucichło. Chłopi rozeszli się po domach, unosząc w oczach ognie bitewne.

Komisarz, zastępujący dawnego wójta, opowiedział inżynierowi o przyczynach zatargu.

– Biada, towarzyszu! – skarżył się, kiwając głową. -»le się to skończy… Komisarze z miasta przysłali do wsi tych łobuzów – chłopów, którzy oddawna utracili ziemię i gdzieś tam włóczyli się po świecie. Przyszli teraz, żądając ziemi, odbierają innym chłopom bydło, pługi, statki domowe… Gwałt! Krzywda nam się dzieje! Pomyśleć tylko, co to za ludzie! Piotr Fro-łow – pięć razy w kryminale siedział za kradzieże, Łukasz Borin, – zesłany do katorgi za napad na pocztę i zamordowanie urzędnika; Szymon Agapow – żebrak, włóczęga bezdomny, pijaczyna, rozpustnik, umie pieśni śpiewać, wesołe historje opowiadać i tyle tego! Nam takich sąsiadów nie potrzeba!… My całe życie trzymaliśmy się pazurami tej ziemi – matki, polewaliśmy ją swoim potem, a teraz musimy się dzielić z łobuzami, nicponiami, leniuchami, ludźmi nikczemnymi. Dlaczego? Czy to podług prawa?

Pochylił się do Grzegorza i szepnął:

– Prawdę powiem: tego przy carze nie było… A teraz niby to swój rząd mamy. Ech! Zdale-ka wszystko pięknem się wydaje, a zbliska…

Spojrzał badawczo na Grzegorza, szukając współczucia w jego oczach. Inżynier przywykł już mieć się na baczności wobec zbyt szczerych wynurzeń nieznajomych ludzi, więc odpowiedział spokojnie:

– Wszystko się ułoży, towarzyszu! Narazie tylko wydaje się to i owo niedogodnem.

– Ułoży się? Jeżeli nie, to sami sobie poradzimy… – mruknął komisarz.

– Oby tylko nie tak, jak dziś! – zauważył Bołdyrew. – Nie ujdzie to wam płazem!

– Obaczymy… – warknął komisarz i ponuro spojrzał na inżyniera.

Dwa tygodnie spędził Grzegorz w wiosce i doczekał się sprawdzenia swojej przepo-wiedzi.

W kilka dni po bitwie chłopów z pogardzaną przez nich „biedotą", czyli bezrolnymi, oderwanymi od włościaństwa ludźmi, późno w nocy, gdy w chatach dawno już zgasły światła, wtargnął do wsi konny oddział nowogrodzkiej „czeki". Pobici i wyparci przez chłopów „łobuzy" zbiegli do miasta, oskarżyli sąsiadów i pogwałcenie dekretów rządu i przyprowadzili ze sobą żołnierzy, dowodzonych przez komisarza, agenta „czeki".

Pobudzono mieszkańców wioski i wywleczono z chat na wiec.

Przestraszeni słuchali groźnej mowy komisarza, mało co rozumiejąc, gdyż był to cudzoziemiec – Łotysz, źle władający mową rosyjską.

Zrozumieli jednak, że chodziło o „biedotę" i jakiś kontrrewolucyjny zamach, dokonany przez chłopów. Zrozumieli ostatecznie, gdy komisarz kazał wszystkim stanąć w szereg i, odliczając każdego piątego, stawiał osobno.

Jeden z żołnierzy objaśnił:

– Towarzysze włościanie! Ci ludzie stają się zakładnikami i będą rozstrzelani, jeżeli nie wydacie swoich sąsiadów, którzy zabili bezrolnych towarzyszy, upominających się o ziemię…

– Ziemię daliśmy im… Oni obdzierali nas, zabierając krowy, konie, pługi… Niema takiego prawa! – zawołał stojący wśród zakładników komisarz wiejski.

– Jakto! – wrzasnął dowódca oddziału. – Nie wiecie, że własność prywatna została zniesiona na zawsze? Wszystko jest wspólne… No! będą liczył do trzech. Powiadajcie, kto z was brał udział w bitwie?

Chłopi opuścili głowy i milczeli posępnie.

– Raz… dwa… – liczył przejezdny komisarz, wyjmując z pochwy rewolwer.

– Trzy!

Nikt słowa nie wyrzekł. Stojący przy zakładnikach agent „czeki" przyłożył lufę rewolweru do ucha komisarza wiejskiego. i wystrzelił. Chłop z roztrzaskaną głową runął na ziemię. Zrozumieli wieśniacy całą prawdę. Zaczęli wnet mruczeć do siebie i potrącać się łokciami. Z szeregów wystąpiło ośmiu chłopów i, zdejmując czapki, bełkotali niepewnemi głosami:

– Wybaczcie, towarzyszu komisarzu! My nie wiedzieliśmy i broniliśmy się przeciwko gwałtowi. jakoś się stało, że tamtych zabito, a innych pokaleczone… Wybaczcie!

Komisarz skinął na żołnierzy. Otoczyli stojących przed szeregiem wieśniaków i wyprowadzili za wieś.

Złemi, mrocznemi oczami patrzyli za nimi chłopi, wyły i zawodziły baby, płakały dzieci przerażone.

Po chwili buchnęła salwa. Żołnierze powrócili sami.

– Pogrzebiecie tamtych później! – zawołał komisarz. – A teraz pamiętajcie, że dekrety są poto, aby je wykonywano!