Выбрать главу

Ostatecznie zdecydowałem się na dość nędzne mieszkanko na Carroll Gardens; czynsz był w miarę niski, a sypialnia na tyle duża, by pomieścić dwa łóżka – moje i Davida. Synek nocował u mnie dwa albo trzy razy w tygodniu, z czego się cieszyłem, chociaż zdawałem sobie sprawę, że taka sytuacja niesie ze sobą groźbę uzależnienia od Delii. Bo siłą rzeczy widywałem się z nią częściej niż dawniej i czułem, jak słabnie mój opór. Tak się pechowo złożyło, że w czasie gdy się przeprowadzałem, Maria wyjechała na dwa miesiące; nie było też Bena Sachsa, który siedział w Kalifornii, pracując nad scenariuszem według Nowegokolosa. Prawa filmowe do książki kupił niezależny producent, który poprosił Sachsa, aby wespół z zawodowym scenarzystą z Hollywoodu napisał scenariusz na podstawie własnej powieści. Do tego wątku wrócę później… W każdym razie byłem sam w Nowym Jorku, pozbawiony kontaktu z ludźmi, którzy zawsze służyli mi radą. Czułem, że cała moja przyszłość znów stoi pod znakiem zapytania i że muszę koniecznie z kimś pogadać, przemyśleć wszystko bardzo dokładnie.

Któregoś dnia Fanny zadzwoniła, żeby zaprosić mnie na kolację. Sądziłem, że będzie to normalne przyjęcie, dla większej liczby gości, ale kiedy nazajutrz wieczorem zjawiłem się u niej, okazało się, że nikogo poza mną nie ma. Zdumiało mnie to. Odkąd się poznaliśmy, Fanny i ja właściwie nigdy nie przebywaliśmy sam na sam. Zawsze był z nami Ben. Prawdę mówiąc, rzadko nawet rozmawialiśmy we dwoje, tak by ktoś inny nie przysłuchiwał się naszej rozmowie – no, chyba że Ben musiał akurat na moment wyjść do kuchni albo odebrać telefon. Przyzwyczaiłem się do takiego układu. Fanny zawsze była dla mnie postacią odległą, wyidealizowaną, więc zupełnie mi nie przeszkadzało, że teraz utrzymywaliśmy stosunki jakby za pośrednictwem osób trzecich. Pomimo sympatii, jaka się między nami nawiązała, wciąż czułem się trochę niezręcznie w jej towarzystwie. A ponieważ zakłopotanie starałem się pokryć fanfaronadą, często wychodziłem ze skóry, aby tylko rozśmieszyć Fanny; opowiadałem żałosne dowcipy, wymyślałem okropne kalambury, słowem: walcząc z własną nieśmiałością, zamieniałem się w wesołka i kpiarza. Strasznie mnie to denerwowało, bo przed nikim innym tak się nie popisywałem. Nie byłem człowiekiem, który na co dzień tryska humorem, wiedziałem więc, że daję Fanny całkowicie fałszywe wyobrażenie o sobie, ale dopiero tego wieczoru pojąłem, dlaczego dotychczas próbowałem ukryć przed nią swoje prawdziwe oblicze. Niektóre myśli są zbyt niebezpieczne i należy trzymać je od siebie na dystans.

Pamiętam białą jedwabną bluzkę, którą tego wieczoru miała na sobie, i sznur białych pereł na opalonej szyi. Fanny chyba musiała zauważyć moje zmieszanie, kiedy przyszedłem i zobaczyłem, że nikogo poza mną nie ma, ale nic nie powiedziała; zachowywała się tak, jakby to było normalne, że dwoje przyjaciół spotyka się na kolacji. I pewnie było normalne – tyle że nie dla mnie, nie dla człowieka, który tak długo adorował Fanny na odległość. Spytałem, czy coś ją gnębi i dlatego mnie zaprosiła. Odparła, że nie, po prostu miała ochocę się ze mną spotkać. Bardzo dużo pracowała, odkąd Ben wyjechał do Kalifornii, i kiedy wczoraj rano się obudziła, nagle zdała sobie sprawę, że stęskniła się za mną. To wszystko. Stęskniła się, a poza tym chciała wiedzieć, co porabiam i jak się miewam.

Przez kilka minut siedzieliśmy w salonie, pijąc drinki i rozmawiając głównie o Benjaminie. Wspomniałem Fanny o liście, który dostałem od Bena w zeszłym tygodniu, a ona opowiedziała mi o ich porannej rozmowie telefonicznej. Nie bardzo wierzyła, że ze scenariusza kiedykolwiek powstanie film, lecz Benowi sporo płacono, a pieniądze były im potrzebne. Dom w Vermont ma zniszczony dach i może w tej sytuacji zdołają go wymienić, zanim zawali im się na głowę. Nie pamiętam, o czym potem rozmawialiśmy, ale pewnie dalej o Vermont albo o pracy Fanny w muzeum. Kiedy usiedliśmy do stołu, rozmowa zeszła na temat mojej książki. Owszem, praca nad nią posuwa się naprzód, ale wolniej niż przedtem, bo – jak wyjaśniłem – kilka dni w tygodniu poświęcam teraz Davidowi. Żyjemy jak dwóch starych kawalerów, rzekłem, którzy całymi dniami człapią po mieszkaniu w kapciach, a wieczorem zasiadają przed kominkiem, z fajką i z kieliszkiem koniaku, i obserwując płomyki, prowadzą długie filozoficzne dysputy.

– Trochę jak Sherlock Holmes i doktor Watson – skomentowała Fanny.

– Trochę. Na razie głównym tematem naszych rozmów są kupki, ale kiedy mój szanowny interlokutor wyrośnie z pieluch, jestem pewien, że zajmiemy się również innymi sprawami.

– Mogłoby być gorzej.

– Jasne, że tak. A czy ja narzekam?

– Przedstawiłeś Davida swoim przyjaciółkom?

– Na przykład Marii? – spytałem.

– Na przykład Marii – rzekła.

– Zastanawiałem się nad tym, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się okazja. Prawdę mówiąc, chyba nie chcę. Boję się, że małemu pomiesza się w głowie.

– A Delia? Spotyka się z jakimiś facetami?

– Podejrzewam, że tak, ale nie zwierza mi się…

– Dobrze by było, gdyby kogoś miała.

– Zdaje się, że nie ma. Jakoś za bardzo się ucieszyła, kiedy zamieszkałem w pobliżu.

– O Boże! – zawołała Fanny. – Mam nadzieję, że rozwiałeś jej złudzenia?

– Nie wiem. Z nikim się przecież nie żenię. A David…

– Dziecko, Peter, nie jest wystarczającym powodem. Gdybyś wrócił do Delii, znienawidziłbyś sam siebie. Stałbyś się zgorzkniałym starcem…

– Już nim jestem – powiedziałem.

– Nie gadaj bzdur.

– Wiesz, staram się nie załamywać, ale kiedy pomyślę o tym, jak spieprzyłem swoje życie, czuję się jak kretyn.

– Nie jesteś żadnym kretynem, po prostu poczuwasz się do odpowiedzialności za syna, więc się miotasz. To wszystko.

– Ilekroć wychodzę od Delii, żałuję, że nie zostałem. Ilekroć zostaję, żałuję, że nie wyszedłem.

– To się nazywa ambiwalencją.

– Także głupotą. Ale możemy pozostać przy ambiwalencji.

– A propos ambiwalencji i małżeństwa… Moja babcia powiedziała kiedyś do swojej córki: „Twój ojciec byłby wspaniałym człowiekiem, gdyby tylko był inny”.

– Hm.

– No właśnie, hm. Długie lata bólu i cierpień sprowadzone do paru krótkich słów.

– Małżeństwo to bagno, w które się człowiek zapada, nieustanne okłamywanie siebie.

– Przestań, Peter. Po prostu jeszcze nie spotkałeś właściwej osoby. Musisz uzbroić się w cierpliwość.

– Innymi słowy, nie wiem, co to jest prawdziwa miłość, tak? A kiedy poznam tę jedną jedyną kobietę, wtedy wszystko się odmieni? To miło, że tak uważasz, ale co będzie, jeżeli się mylisz? Co będzie, jeśli taka miłość nie jest mi pisana?

– Ręczę ci, że jest – powiedziała Fanny.

– Skąd ta pewność?

Na moment się zawahała, po czym odłożyła nóż i widelec, sięgnęła przez stół i wzięła mnie za rękę.

– Kochasz mnie, Peter? – spytała.

– Oczywiście.

– Zawsze mnie kochałeś, prawda? Od samego początku, od pierwszego dnia, kiedy mnie ujrzałeś. Kochałeś mnie wtedy, przed laty, i dziś nadal kochasz, tak?

Zabrałem rękę i, ogromnie zakłopotany, odwróciłem wzrok.

– O co chodzi? – zapytałem. – Czas na spowiedź?

– Nie, chcę ci tylko udowodnić, że ożeniłeś się z niewłaściwą kobietą – odparła.

– Ty już miałaś męża – zauważyłem. – Czyli nie bardzo nadawałaś się na kandydatkę na żonę.

– Nie twierdzę, że to mnie powinieneś był poślubić. Twierdzę, że nie powinieneś był się żenić z Delią.