– Kręcisz, Fanny.
– Nic nie kręcę. Po prostu nie chcesz zrozumieć tego, co mówię.
– Nie, nie. W twojej argumentacji jest jeden słaby punkt. Masz rację, nie powinienem był się żenić z Delią. Ale to, że ciebie kocham, wcale nie znaczy, że mogę pokochać kogoś innego. Załóżmy, hipotetycznie oczywiście, ale to bardzo ważne, że jesteś jedyną kobietą na świecie, którą potrafię darzyć miłością. Co wtedy? Twoje argumenty nie miałyby najmniejszego sensu.
– Tak się nie dzieje, Peter. Naprawdę można pokochać więcej niż jedną osobę.
– I kto to mówi? Ty, która kochasz Bena i świata poza nim nie widzisz?
– Ależ widzę, widzę.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytałem.
– Czy wszystko mam ci tłumaczyć?
– Wybacz, ale zaczynam się czuć trochę skołowany. Gdybym cię tak dobrze nie znał, gotów byłbym przysiąc, że usiłujesz mnie poderwać.
– Miałbyś coś przeciwko temu?
– Chryste, Fanny, jesteś żoną mojego najlepszego przyjaciela!
– To nie ma z Benem nic wspólnego. Dotyczy tylko ciebie i mnie.
– Nieprawda. Również i jego.
– A myślisz, że co Ben porabia w Kalifornii?
– Pisze scenariusz – odparłem.
– Tak, pisze scenariusz, a oprócz tego pieprzy się z panienką o imieniu Cynthia.
– Nie wierzę.
– To zadzwoń i sam się przekonaj. Po prostu spytaj. Ben cię nie okłamie. Powiedz mu: Słuchaj, stary, Fanny twierdzi, że pieprzysz się z panienką o imieniu Cynthia; czy to prawda? Ręczę, że nie będzie się migał od odpowiedzi.
– Chyba powinniśmy zmienić temat – rzekłem.
– A potem spytaj go o te, które były przed Cynthią. Na przykład o Grace. A także o Norę, Martine i Val. Te mi od razu przychodzą na myśl, ale gdybym się chwilę dłużej zastanowiła, na pewno przypomniałabym sobie jeszcze kilka. Twój przyjaciel, Peter, to pies na baby. Nie wiedziałeś o tym, prawda? Że leci na każdą dupę?
– Nie mów tak. To obrzydliwe.
– Ale ja wcale nie zmyślam. A Ben niczego przede mną nie ukrywa. Ma moje pozwolenie. Może robić wszystko, na co ma ochotę. I ja też.
– Więc dlaczego wciąż jesteście razem? Jeśli to prawda, dlaczego się nie rozstaniecie?
– Jak to dlaczego? Bo się kochamy.
– W moim pojęciu nie tak wygląda miłość.
– Ale my się naprawdę kochamy. Po prostu nasze małżeństwo funkcjonuje na trochę innych zasadach. Gdybym trzymała Bena krótko, nie dała mu odrobiny wolności, odszedłby ode mnie.
– Więc on uwodzi kogo popadnie, a ty siedzisz w domu i czekasz, aż się wyszumi? Nie wydaje ci się to trochę niesprawiedliwe?
– Nie. Zaakceptowałam ten układ i jestem w nim szczęśliwa. Oboje mamy swobodę. I chociaż z prawa do swojej nie korzystałam zbyt często, wiem, że nikt mi go nie odbierze. Tak jak Ben, mogę robić wszystko, na co mam ochotę.
– Na przykład podrywać starego znajomego – wtrąciłem.
– Tak, Peter. Wreszcie dostaniesz to, o czym marzyłeś tak długo. Tylko nie miej wobec Bena żadnych skrupułów. Bo cokolwiek się tu dziś stanie, jego nie dotyczy.
– Już to mówiłaś.
– Wiem, ale może teraz moje słowa bardziej ci trafią do przekonania. Nie zastanawiaj się, Peter. Chcesz mnie, to bierz.
– Tak po prostu?
– Tak po prostu.
Stanowczość Fanny była dla mnie niezrozumiała i wręcz zniechęcająca. Gdyby nie to, że czułem się totalnie zbity z tropu, pewnie wstałbym od stołu i się pożegnał, a tak to nawet nie drgnąłem.
Oczywiście, że od dawna miałem ochotę iść z nią do łóżka, i nagle okazało się, że ona przez cały czas o tym wiedziała. Ale w tej Fanny, która ujawniła moje najskrytsze marzenia i uczyniła mi jednoznaczną, wulgarną propozycję, ledwo rozpoznawałem kobietę, którą dotąd znałem. Dawna Fanny stała się kimś innym. Ben zresztą też. W trakcie jednej krótkiej rozmowy obraz moich przyjaciół, którego byłem tak pewien, nagle się rozpadł.
Fanny ponownie wzięła mnie za rękę; zamiast próbować ją przekonać, że to wszystko nie ma sensu, zawstydzony uśmiechnąłem się nieporadnie. Zapewne odczytała to jako kapitulację z mojej strony, bo prędziutko podniosła się z krzesła, obeszła stół i stanęła nade mną. Wyciągnąłem do niej ramiona; bez słowa usiadła mi na kolanach, po czym ujęła moją twarz w swoje dłonie. Zaczęliśmy się całować. Usta otwarte, języki zespolone, obślinione brody; byliśmy jak para nastolatków całujących się na tylnym siedzeniu wozu.
Szaleliśmy tak przez trzy tygodnie. Prawie natychmiast Fanny utraciła swoją obcość, ponownie przeistaczając się w tę nieco enigmatyczną osobę, którą dotąd znałem. Trochę się oczywiście różniła od dawnej Fanny, ale nie miała już w sobie nic z kobiety, która mnie zaskoczyła tamtego wieczoru; agresywność, jaką wtedy objawiła, też się więcej nie powtórzyła. Prawdę mówiąc, szybko o niej zapomniałem. Zacząłem się przyzwyczajać do nowych stosunków, jakie nas połączyły, do nieustającej żądzy, jaką czuliśmy oboje. Póki Ben przebywał w Kalifornii, wszystkie noce – oprócz tych, kiedy David nocował u mnie – spędzałem w jego domu, w jego łóżku, kochając się z jego żoną. Głęboko wierzyłem w to, że z czasem Fanny i ja się pobierzemy. Byłem gotów się z nią ożenić nawet kosztem przyjaźni z Sachsem. Na razie jednak nic o tym nie mówiłem. Siła moich uczuć przerażała mnie, nie chciałem więc wystraszyć Fanny, składając jej tak nieoczekiwaną propozycję. A przynajmniej tym sobie tłumaczyłem swoje milczenie; prawda natomiast była taka, że Fanny nie wykazywała najmniejszej ochoty do rozmowy na jakikolwiek temat poza sprawami codziennymi czy zaplanowaniem kolejnego spotkania. Kochaliśmy się namiętnie, bez słów, aż do zupełnego wyczerpania. Fanny była uległa, zmysłowa; uwielbiałem jedwabistość jej skóry, uwielbiałem to, jak przymykała oczy, kiedy zbliżywszy się na palcach, delikatnie całowałem ją w kark. Przez pierwsze dwa tygodnie o niczym więcej nie marzyłem. Wystarczało mi, że mogę jej dotykać, że słyszę cichutkie mruczenie z głębi jej gardła, że czuję, jak powoli pręży się, gdy gładzę ją po plecach.
Wyobrażałem sobie Fanny w roli macochy. Wyobrażałem sobie, jak przeprowadzamy się do innej dzielnicy i mieszkamy razem do końca życia. Wyobrażałem sobie awantury, pełne napięcia sceny, koszmarne scysje z Sachsem, zanim Fanny go porzuca. Niewykluczone, że dochodzi do rękoczynów. Byłem przygotowany na wszystko; nawet myśl, że mógłbym się bić z najlepszym przyjacielem, nie przejmowała mnie zgrozą. W rozmowie z Fanny ciągle dopytywałem o Bena – pragnąłem usłyszeć jak najwięcej skarg, gdyż wtedy we własnych oczach czułbym się usprawiedliwiony. Gdybym zdołał ustalić, że Ben był złym mężem, mój plan odebrania mu żony miałby zupełnie inną wagę moralną. Bo wówczas nie wykradałbym Fanny, lecz wybawiał ją z opresji – i moje sumienie pozostałoby czyste. Byłem zbyt naiwny, by pojąć, iż wrogość też może być elementem miłości. Fanny cierpiała z powodu zdrad Bena, jego flirty i miłostki były dla niej ustawiczną zmorą, ale kiedy w końcu otworzyła się przede mną, nienawiść i gorycz, których oczekiwałem, nigdy nie przybrały formy ostrzejszej niż nagana czy wyrzut. Możliwość zwierzenia się komuś zmniejszyła napięcie, które w niej narastało, a poza tym teraz gdy sama również dopuściła się zdrady małżeńskiej, była bardziej skłonna wybaczyć Benowi jego grzechy. Tak właśnie działa sprawiedliwość, na zasadzie qui pro quo: ofiara zamienia się w prześladowcę, szala wraca do równowagi. W sumie Fanny dostarczyła mi mnóstwo informacji o Sachsie, ale nie była to ta broń, której szukałem. Często jej zwierzenia wywoływały wręcz odwrotny skutek. Kiedyś, na przykład, gdy rozmawialiśmy o pobycie Bena w więzieniu, dowiedziałem się, że te siedemnaście miesięcy, które tam spędził, były dla niego dużo większym koszmarem, niż się do tego przyznawał. Nie sądzę, żeby Fanny starała się bronić męża, ale kiedy usłyszałem, przez co musiał przejść (liczne pobicia, ciągłe pogróżki, znęcanie się, niewykluczony gwałt homoseksualny), trudno mi było czuć do niego jakąkolwiek złość. Sachs widziany oczami Fanny sprawiał wrażenie o wiele bardziej skomplikowanego i pogmatwanego wewnętrznie człowieka niż ten, którego ja znałem. Kipiący życiem, utalentowany ekstrawertyk, z którym się zaprzyjaźniłem, był również człowiekiem uciekającym od ludzi, człowiekiem obarczonym tajemnicami, których nikomu nie ujawniał. Chciałem znaleźć powód, żeby obrócić się przeciwko niemu, ale nie znalazłem żadnego; jeszcze nigdy nie był mi tak bliski jak podczas tych trzech tygodni, które spędziłem z Fanny. Jednakże poczucie bliskości z Benem nie miało najmniejszego wpływu na to, co czułem do jego żony. Moja miłość była czysta i prosta, mimo że wszystko, co się z nią wiązało, było silnie dwuznaczne. Z jednej strony to Fanny mnie uwiodła, a z drugiej – im mocniej ją trzymałem w ramionach, tym bardziej mi się wyślizgiwała.