Nasz romans pokrywał się w czasie z nieobecnością Bena w domu. Kilka dni przed jego zaplanowanym powrotem do Nowego Jorku wreszcie poruszyłem temat przyszłości. Fanny uważała, że powrót Bena niczego nie zmieni, że możemy się nadal widywać. Wyjaśniłem jej, że to niemożliwe: jeżeli mamy być razem, musi zerwać z Benem i zamieszkać ze mną. Nie ma miejsca na dwulicowość, oznajmiłem. Należy powiedzieć Benowi o tym, co zaszło, jak najszybciej uzyskać rozwód, a następnie pobrać się. Nawet mi do głowy nie przyszło, że Fanny może tego nie chcieć, ale to tylko świadczy o tym, jaki byłem ślepy, i że od samego początku źle odczytywałem jej intencje. Okazało się bowiem, że Fanny nie zamierza odchodzić od męża, nigdy nie miała takiego zamiaru. Bez względu na to, jak bardzo mnie kocha – rzekła – nie opuści Bena.
Ciągnęliśmy tę rozmowę przez wiele męczących godzin, wysuwając dziesiątki argumentów, które w sumie do niczego nie doprowadziły. Oboje wylaliśmy morze łez i na zmianę jedno błagało drugie, żeby było rozsądne, żeby uległo, żeby spojrzało na sytuację z innej perspektywy – niestety, wszystko na nic. Może wcale nie bylibyśmy ze sobą szczęśliwi, ale wtedy wydawało mi się, że całe moje życie legło w ruinie. Fanny nie chciała odejść od Bena, a ja nie chciałem się z nią widywać, jeżeli tego nie zrobi. Powtarzałem jej, że chcę mieć wszystko albo nic. Za bardzo ją kochałem, żeby się zadowolić cząstką. Żadne cząstki mi nie odpowiadały, wolałem nie mieć nic i cierpieć, niż dzielić się nią z kimkolwiek. A skoro się uparłem, że wolę cierpieć, to cierpiałem, bo wraz z końcem rozmowy nastąpił kres naszego romansu. Potem przez wiele miesięcy nie było chwili, abym nie żałował swojej decyzji, nie rozpaczał z powodu swojego uporu, ale nie miałem jak odkręcić tego, co się stało.
Do dziś nie potrafię zrozumieć zachowania Fanny. Pewnie można by uznać, że nic się za tym nie kryło, że po prostu chciała się zabawić pod nieobecność męża. Ale myślę, że gdyby tylko chodziło o seks, wybrałaby na partnera kogoś innego. Zważywszy na moją przyjaźń z Benem, byłem ostatnim facetem, do którego powinna się zwrócić. Oczywiście mogła nią kierować chęć zemsty, mogła posłużyć się mną, aby wyrównać rachunki z mężem, lecz w sumie wydaje mi się to mało przekonujące. Takie wytłumaczenie z góry zakłada pewien cynizm, który nie leżał w naturze Fanny, a poza tym i tak nie daje na wszystko odpowiedzi. Istniała też możliwość, że Fanny startowała z innym nastawieniem, a potem nagle stchórzyła. W ostatniej chwili ludzi często opuszcza odwaga. Ale wobec tego dlaczego ani razu nie okazała wahania, żalu, cienia niepewności? Do samego końca nie przyszło mi do głowy, że Fanny nie zostanie ze mną. To, że nasz romans zakończył się tak raptownie, z dnia na dzień, oznaczało, że ona się tego spodziewała, że od początku wiedziała, iż tak się stanie. A z drugiej strony przeczy temu to, co Fanny mówiła i jak się zachowywała podczas owych trzech tygodni, które spędziliśmy razem. Więc gdy tylko znajduję kolejne logiczne, zdawałoby się, wyjaśnienie, po chwili okazuje się, że coś nie gra. I znów staję przed nierozwikłaną zagadką.
Mimo że zakończył się nie po mojej myśli, romans z Fanny miał jednak kilka niezaprzeczalnych plusów. Teraz, z perspektywy czasu, patrzę na ten epizod w moim życiu jak na pewnego rodzaju drogowskaz. Po pierwsze, uświadomił mi, że nie powinienem wracać do Delii. Zrozumiawszy, jak kompletnie byłoby to pozbawione sensu, raz na zawsze zrezygnowałem z tego pomysłu. Nie ulegało wątpliwości, że bezpośredni wpływ na moją decyzję miała Fanny. Gdyby nie Fanny, nigdy bym też nie poznał Iris i moje życie potoczyłoby się w całkiem innym kierunku – gorszym, co do tego nie ma dwóch zdań. Stałbym się owym zgorzkniałym starcem, przed którym Fanny ostrzegła mnie podczas naszej pierwszej wspólnej nocy. Tej samej nocy przepowiedziała, że poznam właściwą kobietę i się w niej zakocham. Zakochując się w Iris spełniłem proroctwo, ale zanim w nie uwierzyłem, wpierw musiałem po uszy zakochać się w Fanny. Może właśnie to próbowała mi udowodnić? Może to się kryło za naszym szalonym romansem? Z jednej strony takie wytłumaczenie brzmi niedorzecznie, a z drugiej pasuje do faktów znacznie lepiej niż jakiekolwiek inne. Usiłuję powiedzieć, że może Fanny zaciągnęła mnie do łóżka, aby uratować mnie przed samym sobą i powstrzymać przed powrotem do żony. Czy takie coś jest w ogóle realne? Czy człowiek potrafi aż do tego stopnia przejąć się losem drugiej osoby? Jeżeli tak, wówczas to, co Fanny uczyniła, stanowi gest najwyższego poświęcenia. W ciągu lat, które minęły od tamtej pory, różnie interpretowałem sobie jej zachowanie, lecz ta interpretacja najbardziej mi się podoba. Niekoniecznie musi być prawdziwa, ale ponieważ jest prawdopodobna, z przyjemnością myślę, że tak właśnie było. Zresztą od jedenastu lat się nad tym głowię i tylko to jedno wyjaśnienie ma sens.
Postanowiłem nie widywać się z Sachsem po jego powrocie do Nowego Jorku. Nie miałem pojęcia, czy Fanny zamierza mu powiedzieć o tym, co między nami zaszło, ale nawet gdyby nie puściła pary z ust, wiedziałem, że ja sam nie będę w stanie niczego przed nim ukryć. Naszej przyjaźni, która zawsze opierała się na szczerości, nie chciałem kalać łgarstwem. Zresztą podejrzewałem, że Ben przejrzałby mnie na wylot, a gdyby Fanny zwierzyła mu się w tajemnicy przede mną, naraziłbym się na jeszcze większe kłopoty. Tak czy owak psychicznie nie byłem przygotowany na spotkanie z nim. Gdyby Ben znał prawdę, a ja bym się zachowywał tak, jakby nic się nie stało, mógłby to odebrać jako zniewagę. Gdyby z kolei o niczym nie wiedział, każda minuta w jego towarzystwie byłaby dla mnie torturą.
Pracowałem nad swoją powieścią, zajmowałem się Davidem, czekałem, aż Maria wróci do Nowego Jorku. W normalnych okolicznościach Sachs zadzwoniłby do mnie dwa lub trzy dni po przyjeździe. Zwykle co drugi dzień rozmawialiśmy przez telefon, więc teraz tym bardziej się spodziewałem, że zadzwoni, aby mi opowiedzieć o swojej hollywoodzkiej przygodzie. Ale kiedy minęły trzy dni, potem kolejne trzy, a telefonu od Bena wciąż nie było, zacząłem się domyślać, że Fanny we wszystko go wtajemniczyła. Żadne inne wytłumaczenie nie wchodziło w grę. Pomyślałem sobie, że to oznacza koniec naszej przyjaźni i że już nigdy Bena nie zobaczę. Siódmego czy ósmego dnia, kiedy już niemal pogodziłem się z tą myślą, zaterkotał telefon. W słuchawce usłyszałem Sachsa; był w znakomitej formie, jak zwykle tryskał humorem, opowiadał dowcipy. Próbowałem dorównać mu wesołością, ale tak mnie zaskoczył telefonem, że kiepsko mi szło. Głos miałem drżący, w dodatku mówiłem nie to, co trzeba. Kiedy spytał, czy nie wpadłbym wieczorem na kolację, przeprosiłem, że jestem zajęty, i obiecałem, że zadzwonię do niego nazajutrz, to się umówimy na inny dzień. Nie zadzwoniłem. Dwa dni później Sachs ponownie zatelefonował i znów trajkotał radośnie, jakby nic się między nami nie zmieniło. Starałem się wykręcić od spotkania, ale Ben nic sobie z tego nie robił. Wreszcie zaproponował, abyśmy zjedli wspólnie obiad, i zanim zdołałem się od tego jakoś wymigać, ku własnemu zdumieniu przyjąłem zaproszenie. Za niecałe dwie godziny mieliśmy się spotkać w „Costello’s”, małej restauracyjce na Court Street, zaledwie kilka przecznic od mojego domu. Wiedziałem, że jeśli się nie zjawię, Ben zastuka do moich drzwi. Niestety, nie wykazałem się refleksem, więc musiałem stawić czoło sytuacji.