Kiedy przyszedłem, Ben był już na miejscu. Siedział przy stoliku na końcu sali, z egzemplarzem „New York Timesa” rozłożonym na blacie, i pogrążony w lekturze palił papierosa, w roztargnieniu strząsając popiół na podłogę. Był początek 1980 roku, działo się mnóstwo ważnych rzeczy: w Iranie pojmano zakładników, w Kambodży Czerwoni Khmerzy dokonywali masowych mordów, w Afganistanie toczyła się wojna. Sachs opalił się w Kalifornii, na twarzy wyskoczyły mu piegi, włosy pojaśniały od słońca. Dobrze wyglądał, lepiej niż ostatnim razem. Zbliżając się do stolika, zastanawiałem się, kiedy mnie zauważy. Pomyślałem sobie, że im wcześniej to nastąpi, tym gorzej nam się będzie rozmawiało. Jeśli za chwilę podniesie głowę, może to oznaczać, że jest zaniepokojony, a niepokój może oznaczać, że Fanny mu o wszystkim powiedziała. Jeśli zaś nie oderwie nosa od gazety, może to być oznaką spokoju, a to z kolei – że Fanny nie mówiła mu o nas. Powtarzałem sobie, że każdy krok, który zrobię przez zatłoczoną restaurację, nie dostrzeżony przez Bena, to będzie punkt dla mnie, drobny dowód na to, że mój przyjaciel nie ma pojęcia o tym, że zdradziłem go z jego własną żoną. Doszedłem do samego stolika, a Ben wciąż siedział pogrążony w lekturze.
– Ładna opalenizna, panie scenarzysto hollywoodzki – rzekłem.
Kiedy siadałem naprzeciw niego, Sachs uniósł głowę, przez chwilę patrzył na mnie roztargnionym wzrokiem, po czym wreszcie się uśmiechnął. Zachowywał się tak, jakby się mnie nie spodziewał, jakbym ni stąd, ni zowąd spadł z nieba. Pomyślałem sobie, że chyba trochę przesadza z reakcją, a potem nagle, w tym krótkim odstępie, kiedy już na mnie patrzył, ale jeszcze się nie uśmiechał, zrozumiałem, że całe to jego roztargnienie jest grą. Że gazeta stanowi rekwizyt. Że czekając na mnie, po prostu przerzucał strony i jedynie przelatywał oczami po tekstach, wcale ich nie czytając.
– Ty też wyglądasz nie najgorzej – powiedział. – Widać zima ci służy.
– Nie narzekam. Po zeszłorocznej zimie na wsi teraz w mieście czuję się jak w tropiku.
– No i co porabiałeś, kiedy ja znęcałem się nad swoją książką? – spytał.
– Znęcałem się nad własną, codziennie dopisując kilka nowych akapitów.
– Pewnie masz już całkiem sporo?
– Jedenaście rozdziałów na trzynaście zaplanowanych. Można powiedzieć, że powoli zbliżam się do końca.
– A wiesz, kiedy skończysz?
– Nie bardzo – odparłem. – Teoretycznie za jakieś trzy, cztery miesiące. Ale równie dobrze może się to przedłużyć do dwunastu albo skrócić do dwóch. Coraz trudniej mi cokolwiek przewidzieć.
– Mam nadzieję, że pozwolisz mi przeczytać skończone dzieło?
– No pewnie. Będziesz pierwszą osobą, która dostanie maszynopis.
Akurat w tym momencie podeszła kelnerka, żeby przyjąć nasze zamówienie. A przynajmniej tak to zapamiętałem: że dosłownie przez chwilę prowadziliśmy rozmowę, po czym nam ją przerwano. Odkąd zamieszkałem w tej okolicy, średnio dwa razy w tygodniu wpadałem do „Costello's na obiad, więc kelnerka mnie znała. Była to ogromnej tuszy, przyjazna kobieta, która człapała między stolikami ubrana w jasnozieloną sukienkę, a w siwych kręconych włosach trzymała wetknięty żółty ołówek. Nigdy go nie używała, po prostu miała go przy sobie na wszelki wypadek, a pisała ołówkiem, który nosiła w kieszeni fartucha. Nie pamiętam, jak miała na imię, ale pamiętam, że zwracała się do mnie „złotko” i że za każdym razem gdy przychodziła wziąć zamówienie, zostawała chwilę dłużej, aby ze mną pogadać; dzięki niej zawsze czułem się tam mile widziany. Tego popołudnia również wdaliśmy się w krótką pogawędkę. Wspominam o tym dlatego, że ta scenka najlepiej pokazuje, w jakim nastroju był Sachs. Nie tylko nie włączył się do rozmowy (co było bardzo dla niego nietypowe), ale ledwo kelnerka odeszła od stolika, natychmiast wrócił do przerwanego wątku, zupełnie jakby nikt nam nie przeszkodził. Zacząłem się domyślać, jaki musi być podminowany. Później, kiedy podano nam jedzenie, wziął do ust najwyżej dwa lub trzy kęsy. Za to przez cały czas pił sporo kawy i palił mnóstwo papierosów, gasząc je w zachlapanych spodkach.
– Tylko pisanie się liczy – oświadczył; zgarnął ze stolika gazetę i rzucił obok na krzesło. – Chciałbym, żebyś to wiedział.
– Nie rozumiem, do czego zmierzasz – rzekłem, rozumiejąc aż za dobrze.
– Po prostu się nie martw. To wszystko.
– A czym miałbym się martwić?
– Niczym – powiedział, posyłając mi ciepły, promienny uśmiech. Wyglądał wręcz błogo. – Ale znając ciebie, podejrzewam, że się zadręczasz.
– Słuchaj, Ben, albo ja jestem głupi, albo ty gadasz od rzeczy.
– Nie przejmuj się, Peter. Tylko o to mi chodzi. Fanny o wszystkim mi powiedziała. Naprawdę nie musisz mieć wyrzutów sumienia.
– O czym ci powiedziała? – Kretyńskie pytanie, ale byłem zbyt oszołomiony jego spokojnym zachowaniem, żeby zadać mądrzejsze.
– O tym, co zaszło między wami. O pieprzeniu się. O kotłowaniniu w łóżku. O kopulacji.
– Rozumiem. Kawa na ławę.
– Tak. Nie owijała niczego w bawełnę.
– I co teraz? – spytałem. – Wręczysz mi wizytówkę i powiesz, żebym ci przysłał swoich sekundantów? Oczywiście pojedynek musi się odbyć bladym świtem w odpowiednio malowniczej scenerii. Na kładce dla pieszych na moście brooklyńskim albo przy pomniku na Grand Army Plaza. To musi być jakieś majestatyczne miejsce. Koniecznie pod gołym niebem, żeby pierwsze promienie wschodzącego słońca lśniły na naszych uniesionych do strzału pistoletach. No, co ty na to, Ben? Tak to chcesz rozegrać? Czy wolisz od razu się rozprawić, w stylu amerykańskim? Przechylić się przez stół, dać mi w mordę i wyjść. Mnie bez różnicy. Wybór pozostawiam tobie.
– Jest jeszcze trzecia możliwość.
– Ach, tak? – spytałem, starając się nie okazać irytacji. – Nie wiedziałem, że istnieje aż tyle opcji.
– Oczywiście. Więcej, niż można zliczyć. Mnie osobiście najbardziej kusi najprostsze rozwiązanie. Czekamy na obiad, jemy, ja płacę rachunek i razem wychodzimy.
– Co? Bez żadnej dramaturgii, bez konfrontacji? Nie, trzeba dać upust emocjom. Jeśli się teraz wycofamy, będę się czuł nieusatysfakcjonowany.
– Nie mamy powodu do waśni, Peter.
– Mylisz się, Ben. Mamy. Prosiłem twoją żonę, żeby za mnie wyszła. Jeśli to nie jest wystarczający powód do waśni, to żaden z nas nie zasługuje na Fanny.
– Jak chcesz zrzucić ciężar z serca, proszę bardzo, zamieniam się w słuch. Ale naprawdę nie musimy tego roztrząsać.
– Jak można być tak obojętnym? Tak kompletnie nie przejmować się własnym życiem? To prawie nieludzkie.