A potem spotkałem Iris i szaleństwo, w jakie po rozstaniu z żoną popadłem na dwa lata, nagle się skończyło. Poznaliśmy się dwudziestego trzeciego lutego 1981 roku, trzy miesiące po Święcie Dziękczynienia, rok po zerwaniu z Fanny, sześć lat po tym, jak zaprzyjaźniłem się z Sachsem. Wydaje mi się dziwne, a zarazem całkiem naturalne, że spotkaliśmy się dzięki Marii Tumer. Nie było w tym żadnego celowego działania z jej strony ani też chęci wprowadzenia zmian w moim życiu. Po prostu stało się. Ale gdyby nie to, że wieczorem dwudziestego trzeciego lutego Maria miała swój drugi wernisaż w małej galerii na Wooster, jestem pewien, że Iris i ja nigdy byśmy się nie spotkali. Minęłyby dziesiątki lat, zanim znów znaleźlibyśmy się w jednym pokoju, a wtedy byłoby już za późno na cokolwiek. Poznaliśmy się dzięki Marii, ale to nie znaczy, że Maria nas sobie przedstawiła; jej wernisaż umożliwił nam jednak spotkanie i z tego powodu będę jej zawsze wdzięczny. Może nie Marii, kobiecie z krwi i kości, lecz Marii, bogini przypadku.
Ponieważ wciąż utrzymywaliśmy nasz związek w tajemnicy, nie mogłem pójść na wernisaż w towarzystwie Marii. Pojawiłem się w galerii jako jeden z gości, cmoknąłem bohaterkę wieczoru w policzek, gratulując jej wystawy, po czym z plastikowym kubkiem w dłoni wmieszałem się w tłum i popijając tanie białe wino, zacząłem się rozglądać za jakąś znajomą twarzą. Nie dostrzegłem nikogo. W pewnym momencie Maria mrugnęła do mnie, a ja posłałem jej uśmiech, poza tym jednak – zgodnie z naszą umową – unikałem z nią kontaktu. Niecałe pięć minut później poczułem, jak ktoś delikatnie stuka mnie z tyłu w ramię. Obejrzawszy się zobaczyłem Johna Johnsona, niezbyt bliskiego znajomego, którego nie widziałem od wielu lat. Obok niego stała Iris. Przywitałem się z Johnsonem, a on przedstawił mi Iris. Sądząc po jej wyglądzie, uznałem, że musi być modelką – i ten sam błąd większość ludzi wciąż popełnia, kiedy widzi ją po raz pierwszy. Iris miała wówczas dwadzieścia cztery lata i przykuwała uwagę swoim wzrostem (metr osiemdziesiąt), blond fryzurą, cudowną twarzą o nordyckich rysach i najbardziej błękitnymi, najweselszymi oczami, jakie można znaleźć na świecie. Skąd miałem wiedzieć, że nie jest modelką? Że odbywa studia doktoranckie w zakresie literatury angielskiej na uniwersytecie Columbia? Że przeczytała więcej książek niż ja i że właśnie zabiera się do napisania sześciusetstronicowej pracy doktorskiej poświęconej twórczości Charlesa Dickensa?
Przypuszczając, że Iris jest przyjaciółką Johnsona, grzecznie uścisnąłem jej dłoń i starałem się nie pożerać jej wzrokiem. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz, Johnson był żonaty; pomyślałem sobie, że pewnie od tego czasu się rozwiódł, więc nie wypytywałem go o sprawy osobiste. Okazało się jednak, że prawie się z Iris nie znali. Rozmawialiśmy w trójkę przez kilka minut, po czym nagle Johnson odwrócił się i wdał się w pogawędkę z kimś innym, pozostawiając nas samych. Dopiero wówczas zaświtało mi w głowie, że tych dwoje łączy jedynie luźna znajomość. Raptem uczyniłem coś bardzo dziwnego: wyciągnąłem z kieszeni portfel i zacząłem pokazywać Iris zdjęcia Davida, chwaląc się moim synkiem tak, jakby był jakąś znaną postacią. Wspominając tamten wieczór, Iris twierdzi, że wtedy się we mnie zakochała i pojęła, że jestem tym mężczyzną, za którego wyjdzie za mąż. Mnie zajęło trochę dłużej – bo kilka godzin – uświadomienie sobie, co czuję do Iris. Kontynuowaliśmy rozmowę przy kolacji w pobliskiej restauracji, a potem wstąpiliśmy gdzieś na drinka. Było już po jedenastej, kiedy uznaliśmy, że najwyższa pora się pożegnać. Zatrzymałem przejeżdżającą taksówkę, ale zanim otworzyłem drzwi, pochwyciłem Iris w ramiona, przytuliłem do siebie i zacząłem żarliwie całować. Była to najbardziej impulsywna rzecz, jaką w życiu zrobiłem – chwila czystego szaleństwa, prawdziwy poryw namiętności. Taksówka odjechała, a myśmy dalej stali na ulicy, złączeni w uścisku. Mieliśmy wrażenie, jakby nikt przed nami nigdy się nie całował, jakbyśmy tej nocy odkryli i udoskonalili sztukę pocałunku. Moja samotna podróż przez życie zakończyła się. Iris spadła mi z nieba, kiedy się tego najmniej spodziewałem. Nasza miłość wybuchła gwałtownie, z niesamowitą siłą, i odtąd wszystko się zmieniło.
W czerwcu wzięliśmy ślub. Sachs był moim drużbą. Podczas obiadu, na który zaprosiliśmy kilka osób, wstał od stołu, żeby wznieść toast. Ponieważ był to bardzo krótki toast, potrafię odtworzyć go słowo w słowo: „To, co chcę powiedzieć, wcześniej powiedział generał William Tecumseh Shertnan. Pozwolę sobie go zacytować, bo sam nie umiem tego lepiej ująć”. Po czym odwróciwszy się w moją stronę, podniósł kieliszek i kontynuował: „Grant trwał przy mnie, kiedy mi odbiło. Ja trwałem przy nim, kiedy on się upił. Teraz już zawsze będziemy trwać przy sobie”.
Rozdział 3
Nastała era Ronalda Reagana. Sachs nadal robił to co dawniej, ale w sytuacji, jaka się wytworzyła w Ameryce lat osiemdziesiątych, znalazł się na marginesie życia. Nie o to chodziło, że nikt go nie czytał; nie, wciąż miał czytelników, tyle że ich grono systematycznie się kurczyło, a pisma, w których drukował, były coraz mniej znane. W sposób prawie niezauważalny stawał się przeżytkiem, kimś, kto nie nadąża z duchem czasu. Świat wokół niego ulegał przeobrażeniom; w panującej atmosferze nietolerancji i egoizmu, atmosferze idiotycznej dumy narodowej, opinie głoszone przez Sachsa miały cierpki, moralistyczny wydźwięk. Przerażało go to, że w każdej dziedzinie życia prawica zyskiwała przewagę, ale jeszcze bardziej przerażała kompletna niezaradność opozycji. Partia Demokratyczna zapadła się pod ziemię, lewica znikła z horyzontu, dziennikarze zamilkli. Wszystkie argumenty zostały przywłaszczone przez drugą stronę i po prostu nie wypadało głośno protestować. Sachs, zupełnie się tym nie przejmując, wciąż opowiadał się za sprawami, w których słuszność wierzył, lecz coraz mniej osób chciało go słuchać. Udawał, że nic sobie z tego nie robi, widziałem jednak, że samotna walka zaczyna go przygnębiać; chociaż się pocieszał, że to on ma rację, stopniowo tracił wiarę w siebie.
Może gdyby nakręcono film, do którego pisał scenariusz, wszystko by się potoczyło inaczej. Ale Fanny trafnie odgadła, czym to się skończy: po sześciu czy ośmiu miesiącach nanoszenia kolejnych poprawek, po licznych negocjacjach, po ciągłych kłótniach i nieporozumieniach, producent zniechęcił się i zarzucił projekt. Trudno ocenić, jak bardzo Sachs poczuł się zawiedziony. Niczego po sobie nie pokazywał; w towarzystwie żartował z całego przedsięwzięcia, sypał dowcipami, opowiadał anegdoty z życia w Hollywood, ze śmiechem chwalił się, ile zarobił na filmie, który nie powstał. Nie wiem, czy blefował, czy nie, ale wydaje mi się, że w głębi duszy zależało mu na tym, aby sfilmowano jego książkę. W przeciwieństwie do wielu pisarzy, Sachs nie gardził kulturą masową i ekranizacja powieści nigdy nie budziła w nim żadnych wątpliwości. Nie uważał tego za dyshonor, traktował raczej jako szansę dotarcia do szerszego kręgu odbiorców i kiedy pojawiła się taka możliwość, chętnie z niej skorzystał. Chociaż nigdy tego wprost nie mówił, podejrzewam, że telefon z Hollywood schlebił jego próżności, nieoczekiwanie dając mu krótki, lecz upajający posmak władzy. Była to oczywiście najnormalniejsza w świecie reakcja, ale myślę, że Sachs, człowiek skromny i zawsze krytyczny wobec siebie, wstydził się swoich rozbuchanych nadziei na sukces i chwałę. Z tego powodu chyba niełatwo mu było ujawnić, co naprawdę czuł, kiedy projekt upadł. Hollywood stanowiło jakby ucieczkę od kryzysu, który w nim stopniowo narastał, i kiedy droga ucieczki została nagle odcięta, musiał to przeżyć o wiele bardziej, niż po sobie pokazywał.