Rzecz jasna, to wszystko są tylko moje domysły. Nie zauważyłem bowiem żadnych nagłych czy radykalnych zmian w zachowaniu Bena. Zawsze pracował w szaleńczym pośpiechu, bo brał na siebie zbyt wiele zobowiązań i nieustannie miał nóż na gardle; tempo jego pracy nie zmalało, kiedy z filmu wyszły nici, może nawet wzrosło. Z zawrotną szybkością pisał różne artykuły, eseje, recenzje; można by zaryzykować stwierdzenie, że nie tylko nie stracił zapału do pracy, ale że robota wręcz paliła mu się w rękach. Jeśli podaję w wątpliwość ten optymistyczny wizerunek, to tylko dlatego, że wiem, co się stało później. W psychice Sachsa zaszły ogromne zmiany i chociaż nietrudno wskazać przełomowy moment i zwalić winę na nieszczęśliwy wypadek, który mu się przydarzył, nie wierzę, aby jedno, nawet najkoszmarniejsze zdarzenie mogło do tego stopnia wpłynąć na człowieka. Bo czy można tak kompletnie zmienić się z dnia na dzień? Czy można zasnąć jako jedna osoba, a obudzić się jako inna? Może tak, mnie to jednak mało przekonuje. Owszem, sam wypadek był bardzo groźny, ale istnieje mnóstwo innych reakcji na sytuację, gdy człowiek ociera się o śmierć. Nie chcę przez to powiedzieć, że zachowując się tak, a nie inaczej, Sachs miał jakikolwiek wybór. Przeciwnie, uważam, że jego reakcja idealnie odzwierciedla stan, w jakim się znajdował przed wypadkiem. Innymi słowy, nawet jeśli sprawiał wrażenie zadowolonego z życia, nawet jeśli podczas wielu miesięcy i lat poprzedzających wypadek nie uświadamiał sobie własnej udręki, jestem głęboko przekonany, że był w bardzo złej formie. Na poparcie swojej tezy nie mam żadnych dowodów, mogę jedynie snuć domysły. Kto inny, gdyby wyszedł bez szwanku z czegoś takiego jak Sachs, dziękowałby Bogu, że żyje, a po jakimś czasie o wszystkim by zapomniał. Ale nie on. To, że Ben tak nie zrobił – a raczej, że nie mógł tak zrobić – nie tyle świadczy o tym, że zmienił się pod wpływem wypadku, co o tym, że wypadek uwidocznił jego ukryte dotąd cechy. Jeżeli się mylę, to być może wszystko, co dotychczas napisałem, jest stekiem bzdur, kupą niedorzecznych spekulacji. Może tamtej nocy życie Bena naprawdę odmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, może istotnie jest dwóch Benów, jeden przedwypadkowy, a drugi powypadkowy; jeśli tak, to z czystym sumieniem należałoby wykreślić wszystko, co miało miejsce przed wypadkiem. Oznaczałoby to też, że ludzkie zachowanie jest nieprzewidywalne i całkiem pozbawione sensu. Że nigdy niczego nie da się do końca zrozumieć.
Nie widziałem wypadku na własne oczy, ale byłem tam tego wieczoru, gdy się wydarzył. Na przyjęcie, które odbywało się w ciasnym mieszkaniu na Brooklyn Heights, przyszło ze czterdzieści albo pięćdziesiąt osób; ludzie krążyli między pokojami, pijąc, pocąc się z gorąca i podnosząc wesoły harmider. Wypadek miał miejsce około dziesiątej; o tej porze większość z nas przeszła na dach budynku, żeby obejrzeć pokaz sztucznych ogni. Tylko dwie osoby widziały, co się stało: Maria Turner, która rozmawiała z Sachsem na schodach przeciwpożarowych, i niejaka Agnes Darwin, która wpadła na Marię od tyłu, a tym samym niechcący sprawiła, że Ben stracił równowagę. Bez wątpienia mógł się zabić. A ponieważ znajdował się na wysokości trzeciego piętra, to niemal cud, że przeżył. Gdyby nie sznur do suszenia bielizny wiszący półtora metra nad ziemią, który złagodził upadek, podejrzewam, że Sachs nie uniknąłby trwałego kalectwa; mógł złamać kręgosłup, doznać pęknięcia czaszki – wybór był prawie nieograniczony. A tak, spadając z trzeciego piętra, zahaczył o sznur, sznur się zerwał i Sachs, zamiast rąbnąć głową w beton, wylądował wśród skłębionych dywaników łazienkowych, koców i ręczników. Mimo amortyzacji uderzenie i tak było potężne, choć oczywiście nie tak silne, jak by mogło być. Sachs nie tylko przeżył, ale wyszedł z tego ze stosunkowo drobnymi obrażeniami: dwa pęknięte żebra, łagodny wstrząs mózgu, złamany obojczyk, kilka guzów i siniaków. Niby wszystko dobrze się skończyło, jednakże prawdziwa szkoda, której doznał Sachs, niewiele miała wspólnego z uszkodzeniami ciała. Właśnie z tą dziwną, tajemniczą sprawą ciągle nie umiem się uporać, nie potrafię jej rozwikłać. Jego ciało wróciło do dawnej sprawności, lecz on sam pozostał odmieniony. To było tak, jakby podczas tych kilku sekund lotu, zanim uderzył o beton, Ben stracił absolutnie wszystko. Jakby gdzieś w powietrzu, pomiędzy trzecim piętrem a ziemią, rozpadło się jego życie. I przez cztery lata, aż do śmierci, nie zdołał go z powrotem poskładać.
Wypadek zdarzył się czwartego lipca 1986 roku, w setną rocznicę wzniesienia Statuy Wolności. Iris ze swoimi trzema siostrami, z których jedna mieszkała w Tajpej, wyruszyła w sześciotygodniową podróż po Chinach, David wyjechał na dwutygodniowe kolonie do okręgu Bucks w Pensylwanii, a ja spędzałem lato w mieście, pracując nad nową powieścią i z nikim się nie widując. Zazwyczaj o tej porze Sachs siedział już w Vermont, lecz akurat w tym roku „Village Voice” zamówiło u niego relację z obchodów Dnia Niepodległości i Sachs postanowił nigdzie się nie ruszać, dopóki nie napisze artykułu. Trzy lata wcześniej posłuchał w końcu mojej rady i znalazł sobie agenta literackiego; była nim Patrycja Clegg, która mnie również reprezentowała. Tamtego wieczoru przyjęcie odbywało się właśnie w mieszkaniu Patrycji. Ponieważ z Brooklyn Heights doskonale można było obserwować pokaz sztucznych ogni, Fanny z Benem chętnie przyjęli zaproszenie. Ja też byłem zaproszony, nie zamierzałem jednak iść. Praca tak bardzo mnie pochłaniała, że nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić z domu, ale kiedy Fanny zadzwoniła po południu i powiedziała, że oboje z Benem się wybierają, zmieniłem zdanie. Nie widziałem ich od ponad miesiąca, a ponieważ wkrótce mieli wyjechać na lato, uznałem, że to pewnie ostatnia okazja, aby pogadać z nimi przed jesienią.
Tak się złożyło, że prawie z Benem nie rozmawiałem. Kiedy się pojawiłem, wszyscy już się świetnie bawili; ledwo zdołałem przywitać się z Benem i zamienić z nim dwa słowa, gdy nas rozdzielono – po chwili on był w jednym końcu pokoju, ja w drugim. Zupełnym przypadkiem znalazłem się koło Fanny i wkrótce tak nas wciągnęła rozmowa, że oboje straciliśmy Bena z oczu. Wiedziałem, że Patrycja zaprosiła również Marię Turner, ale nigdzie w tłumie jej nie dostrzegłem. Dopiero po wypadku dowiedziałem się, że była na przyjęciu – że stała na schodach przeciwpożarowych, kiedy Ben stracił równowagę – ale wtedy panował taki chaos (wrzaski gości, karetki pędzące na sygnale, śpieszący się sanitariusze), że jej nie zauważyłem. Podczas tych kilku godzin poprzedzających wypadek bawiłem się znacznie lepiej, niż tego oczekiwałem. Nie dlatego, że tak bardzo podobało mi się przyjęcie, ale dlatego, że stałem koło Fanny, że znów z nią rozmawiałem, że mimo upływu tylu lat i tego, co między nami zaszło, nadal się przyjaźniliśmy. Prawdę mówiąc, tego wieczoru byłem w ckliwym nastroju, po głowie krążyły mi same sentymentalne myśli i pamiętam, jak w pewnym momencie spojrzałem Fanny w twarz i nagle, chyba po raz pierwszy w życiu, zdałem sobie sprawę, że nie jesteśmy już tacy młodzi, że lata lecą, czas ucieka. Może to z powodu wypitego alkoholu, lecz poczułem się tak, jakbym dokonał wielkiego odkrycia. Tym odkryciem było to, że się starzejemy i możemy liczyć wyłącznie na siebie, na nikogo więcej. Fanny i Ben, Iris i David – oto moja rodzina. Oto ludzie, których kocham i których dobro zawsze leży mi na sercu.