Выбрать главу

Wraz z innymi gośćmi przeszliśmy na dach budynku. Chociaż początkowo nie zamierzałem przyjąć zaproszenia Patrycji Clegg, w sumie cieszyłem się, że mam okazję obejrzeć pokaz sztucznych ogni. Wybuchy rozjaśniające niebo przemieniły Nowy Jork w widmowe miasto, w dodatku przeżywające oblężenie. Bawiło mnie to całe szaleństwo, ten nieustający huk, te barwne świetlne kule rozbryzgujące się po niebie, kolorowe iskry opadające poprzez gęste smugi dymu. Na lewo w zatoce wznosiła się w chwale Statua Wolności, oświetlona wspaniałym blaskiem reflektorów, na wprost widać było wieżowce Manhattanu, które wyglądały tak, jakby lada moment miały unieść się nad ziemię i bezpowrotnie odlecieć w dal. Siedzieliśmy z Fanny obok siebie, nieco za resztą gości, zapierając się piętami o lekko spadzisty dach, i gadaliśmy o różnych rzeczach. O przeszłości, o listach Iris z Chin, o Davidzie, o jej pracy w muzeum, o artykule Bena. Nie chcę z tego robić wielkiej sprawy, ale tuż przed jego upadkiem któreś z nas wspomniało o tym, jak w 1951 roku Ben wspinał się ze swoją matką na pochodnię Statuy Wolności. Skoro cały czas mieliśmy Statuę przed oczami, nic dziwnego, że przypomniała nam się tamta historia, a z drugiej strony to było straszne: ledwo przestaliśmy śmiać się na myśl o matce Bena lecącej przez wnętrze Statuy, kiedy Ben poleciał trzy piętra w dół. Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Agnes i Marii. To było tak, jakby samo wypowiedzenie przez nas słowa „upadek” spowodowało prawdziwy upadek i chociaż wiem, że nie ma bezpośredniego związku między tymi zdarzeniami, to jednak ilekroć wracam pamięcią do tej nocy, zawsze przechodzą mnie ciarki. Nadal dźwięczy mi w uszach przeraźliwy krzyk obu kobiet, nadal widzę też wyraz strachu, który pojawił się na twarzy Fanny, w chwili gdy ktoś zawołał Bena; tak, do dziś pamiętam strach wyzierający z jej oczu, podczas gdy na niebie rozbłyskały ognie, rzucając barwne refleksy na jej twarz.

Karetka zabrała nieprzytomnego Bena do szpitala na Long Island. Chociaż odzyskał przytomność po niecałej godzinie, lekarze trzymali go w szpitalu prawie dwa tygodnie, robiąc mu liczne badania, żeby wykluczyć trwałe uszkodzenie mózgu. Zapewne wcześniej wypisano by go do domu, gdyby nie to, że przez dziesięć dni nie odzywał się słowem do nikogo, ani do Fanny, ani do mnie, ani do Marii Turner (która wpadała każdego popołudnia), ani do lekarzy i pielęgniarek. Gadatliwy, bez przerwy pytlujący Sachs nagle zamilkł, logiczne zatem wydawało się podejrzenie, że stracił zdolność mowy, że uderzenie w głowę spowodowało jakiś poważny uraz.

Był to koszmarny okres w życiu Fanny. Wzięła zwolnienie z pracy i całymi dniami przesiadywała w pokoju Bena, on jednak nie reagował na obecność żony, nie cieszył się z jej wizyt; często zamykał oczy i udawał, że śpi, a na uśmiech odpowiadał tępym spojrzeniem. Sytuacja, która sama w sobie była ciężka, stała się dla Fanny prawie nie do wytrzymania. Chyba nigdy nie widziałem jej tak zmartwionej, tak przybitej, tak potwornie nieszczęśliwej jak wtedy. Wizyty Marii tylko wszystko pogarszały. Fanny dorabiała do nich najróżniejsze pobudki, lecz naprawdę nie miała powodu być zazdrosna. Maria prawie nie znała Bena, a od czasu gdy się ostatni raz widzieli, minęło wiele lat. A dokładnie: siedem. Siedem lat temu Maria była u nich w domu na kolacji, po której zaczęła się ze mną spotykać. To, że pojawiła się na przyjęciu z okazji Dnia Niepodległości, nie miało nic wspólnego z Benem, Fanny czy ze mną. Została zaproszona przez bliską przyjaciółkę gospodyni, Agnes Darwin, która redagowała książkę o twórczości Marii. Upadek Bena z trzeciego piętra wstrząsnął Marią do żywego: przychodziła do szpitala powodowana strachem, troską, wewnętrznym przymusem. Ja o tym wiedziałem, ale Fanny nie miała pojęcia i denerwowała się, ilekroć ich drogi się krzyżowały. Świadom tego, że podejrzewa najgorsze, że wmówiła w siebie, iż za jej plecami Ben sypia z Marią, postanowiłem oczyścić atmosferę i któregoś popołudnia zaprosiłem obie panie na obiad do szpitalnej stołówki.

Okazało się, że tamtego wieczoru na przyjęciu Maria rozmawiała z Benem w kuchni. Ben był ożywiony, czarujący, opowiadał jej różne ciekawostki dotyczące Statuy Wolności. Kiedy niebo rozświetliły sztuczne ognie, zaproponował, żeby – zamiast tłoczyć się z innymi na dachu – wyszli przez okno w kuchni na schody przeciwpożarowe i stamtąd oglądali fajerwerki. Tak też zrobili. Maria nie miała wrażenia, że Ben za dużo wypił, ale w pewnym momencie, całkiem nieoczekiwanie, usiadł na żelaznej barierce, przerzucił nogi na drugą stronę i zaczął wymachiwać nimi w powietrzu. Maria podbiegła do Bena wystraszona i objęła go w pasie, żeby przypadkiem nie spadł. Usiłowała go przekonać, aby wrócił na podest, ale Ben roześmiał się i powiedział, żeby się nie martwiła. Właśnie wtedy Agnes Darwin weszła do kuchni i przez otwarte okno zobaczyła Marię i Bena. Byli do niej odwróceni plecami, a z powodu huku i wrzawy panującej na zewnątrz nie słyszeli za sobą kroków. Agnes, pulchna, energiczna kobieta, nieźle już podchmielona, wymyśliła sobie, że się do nich przyłączy. Trzymając w ręce kieliszek z winem, przecisnęła swoje okazałe kształty przez okno i stanęła na podeście. Niestety, lewy obcas zaklinował się jej w żelaznej kracie i kiedy próbowała go wyciągnąć, straciła równowagę i poleciała w stronę balustrady. Miejsca było niewiele, więc wpadła na Marię, uderzając w nią z impetem. Maria, zaskoczona nagłym ciosem w plecy, rozwarła ramiona, a wtedy Ben runął w dół. Tak po prostu, bez żadnego ostrzeżenia. Agnes wpadła na Marię, Maria na Bena i po chwili Ben poszybował w dół na głowę.

Fanny wyraźnie poczuła ulgę, kiedy się dowiedziała, że jej podejrzenia są bezpodstawne, lecz w sumie wyjaśnienia Marii nie pomogły w rozwikłaniu zagadki. Najważniejsze pytania pozostały bez odpowiedzi: dlaczego Sachs przeszedł przez barierkę? Zawsze cierpiał na lęk wysokości, więc nie powinien był czegoś takiego zrobić. Poza tym jeżeli przed wypadkiem między nim a Fanny się dobrze układało, to dlaczego nagle obrócił się przeciwko niej? Dlaczego wzdrygał się, kiedy wchodziła do jego pokoju w szpitalu? Coś się wydarzyło podczas tego wypadku, coś, co oprócz obrażeń fizycznych wywołało u Bena jakiś inny uraz; było jasne, że dopóki nie odzyska mowy, czy też dopóki nie zechce mówić, Fanny nie dowie się, w czym rzecz.

Minął prawie miesiąc, zanim usłyszałem wersję Sachsa. Od jakiegoś czasu przebywał w domu; wciąż dochodził do siebie po wypadku, chociaż nie musiał już całymi dniami leżeć w łóżku. Odwiedziłem go w upalne popołudnie na początku sierpnia, kiedy Fanny była w pracy. Pamiętam, że siedzieliśmy w salonie, pijąc piwo i oglądając – przy wyłączonym dźwięku – mecz baseballowy. Ilekroć wracam teraz pamięcią do tamtego dnia, widzę mały, migoczący ekran i graczy biegających w ciszy po boisku; stanowili absurdalne tło do pełnych boleści zwierzeń mego przyjaciela.

W pierwszej chwili – jak mi powiedział – ledwo kojarzył, kim jest Maria Tumer. To znaczy miał świadomość, że nie jest to osoba całkiem mu obca, ale nie potrafił sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach ostatnio się widzieli. Podszedł więc do niej i szczerze wyznał, że nigdy nie zapomina twarzy, lecz do jej twarzy nie umie dopasować nazwiska. Maria, jak zwykle nieprzenikniona, uśmiechając się tajemniczo powiedziała, że prędzej czy później na pewno sobie przypomni. I dla ułatwienia dodała, że była kiedyś u niego w domu, nic więcej jednak nie chciała zdradzić. Sachs w mig pojął, że kobieta przekomarza się z nim, ale nawet mu się to spodobało. Zaintrygowany jej przekornym, ironicznym uśmiechem, nie miał nic przeciwko niewinnej grze w kotka i myszkę. Szybko się zorientował, że ma do czynienia z osobą wyjątkowo błyskotliwą, a to stanowiło dodatkową zachętę.