Twierdził, że gdyby mu się przyznała, jak się nazywa, przypuszczalnie zachowałby się zupełnie inaczej. Bądź co bądź wiedział, że zanim poznałem Iris, spotykałem się z Marią Turner, i że Fanny nadal utrzymywała z nią kontakt, bo co jakiś czas opowiadała mu o jej twórczości. Ale tamtego wieczoru przed siedmiu laty, kiedy Maria była u nich na kolacji, coś się Benowi poprzestawiało w głowie i nikt nigdy nie wyprowadził go z błędu. Otóż na przyjęcie zostały zaproszone cztery młode artystki, a ponieważ Benowi przedstawiono wszystkie cztery naraz, popełnił dość typową pomyłkę, niewłaściwie dopasowując nazwiska do twarzy. W jego mniemaniu Maria Turner była niską szatynką o długich włosach i ilekroć o niej wspominałem, właśnie taki obraz jawił mu się przed oczami.
W każdym razie przeszli z drinkami do kuchni, gdzie było trochę luźniej niż w salonie, i usiedli na kaloryferze przy otwartym oknie, rozkoszując się lekkim wiaterkiem, który muskał ich po plecach. Wbrew temu, co Maria mówiła o trzeźwości Sachsa, miał mocno w czubie. Kręciło mu się w głowie i chociaż powtarzał sobie, że powinien przystopować, w ciągu następnej godziny wypił co najmniej trzy szklanki bourbona. Rozmowa, którą prowadzili, typowa dla osób flirtujących na przyjęciu, obfitowała w żartobliwe aluzje, dowcipne powiedzonka, sprytne niedomówienia. Cała ta słowna żonglerka polegała na tym, aby mówiąc w sposób jak najbardziej elegancki i okrężny, nie zdradzić nic o sobie, a jednocześnie rozśmieszyć partnera. Oboje byli w tym dobrzy; długo ciągnęli zabawę – Sachsowi nie przeszkodziły trzy szklanki bourbona, Marii dwa kieliszki wina.
Wieczór był upalny, a ponieważ Maria z pewnym wahaniem wybierała się na to przyjęcie (bała się, że się wynudzi), ubrała się w najbardziej kusy, wyzywający strój, jaki znalazła w szafie: obcisłą szkarłatną bluzkę bez rękawów, za to z dekoltem prawie do pępka, czarną mini, która ledwo co zakrywała, na gołych nogach miała sandały na cienkich, wysokich obcasach, na każdym palcu połyskiwał pierścionek, a na obu nadgarstkach – bransolety. Wyglądała wyzywająco, prowokacyjnie, ale była akurat w takim nastroju, że chciała się wyróżniać w tłumie, a strój jej to gwarantował. Jak mi mówił Sachs, kiedy siedzieliśmy przed niemym telewizorem, on sam od pięciu lat zachowywał się bez zarzutu. Przez ten czas ani razu nie spojrzał pożądliwym wzrokiem na żadną kobietę, toteż Fanny powoli znów nabrała do niego zaufania. Utrzymanie małżeństwa wiele go kosztowało, oboje długo i ciężko nad tym pracowali, i Sachs obiecał sobie, że już nigdy nie narazi ich związku na niebezpieczeństwo. A tu nagle, na przyjęciu z okazji Dnia Niepodległości, siedział w kuchni na kaloryferze obok półnagiej kobiety o wspaniałych, kuszących nogach i czuł, jak pod wpływem alkoholu traci nad sobą panowanie. Z każdą chwilą rosła w nim nieposkromiona ochota, aby dotknąć tych nóg, przejechać dłonią po gładkiej skórze. Maria zaś nie dość, że była skąpo ubrana, to przed wyjściem z domu skropiła się drogimi perfumami o niezwykle upajającym zapachu, a Ben miał słabość do perfum. Kiedy tak siedzieli przekomarzając się i flirtując, z całej siły się powstrzymywał przed zrobieniem jakiegoś wielkiego, upokarzającego głupstwa. Na szczęście hamulce psychiczne wzięły górę nad żądzą, lecz to bynajmniej nie przeszkodziło mu snuć wizji, co by było, gdyby zwyciężyła żądza. W wyobraźni widział, jak delikatnie kładzie rękę tuż nad kolanem Marii, po czym przesuwa dłoń po wewnętrznej stronie uda, kierując ją ku jedwabistym partiom ciała, wciąż skrytym pod spódniczką; przez kilka sekund czubkami palców penetruje niedostępne tereny, po czym wciska rękę pod gumkę i nagle jest w raju, wśród gęstych, skręconych włosów łonowych. Wyrafinowane obrazy przepływały w jego myślach; puszczony w ruch projektor wyobraźni nie dawał się zatrzymać. W dodatku Maria sprawiała takie wrażenie, jakby dokładnie wiedziała, co Sachsowi chodzi po głowie. Gdyby zrobiła urażoną minę, może to by odczyniło urok i projektor przestałby działać, Maria jednak była całkiem zadowolona, że jest obiektem tak palącej żądzy. Sądząc po tym, jak odwzajemniała jego spojrzenia, Sachs zaczął nawet podejrzewać, że Maria po cichu rzuca mu wyzwanie, zachęca go, aby posunął się dalej. Znając Marię wiedziałem, że takie a nie inne jej zachowanie mogło wynikać z najróżniejszych powodów. Mogła – wyjaśniłem Sachsowi – szukać natchnienia do czegoś, nad czym właśnie pracowała; mogła bawić się jego kosztem, wiedząc o czymś, o czym on nie miał zielonego pojęcia; albo – dość przewrotnie – mogła chcieć go ukarać za to, że nie pamiętał jej imienia. (Później, kiedy z nią o tym rozmawiałem na osobności, przyznała, że istotnie, chodziło o ukaranie Sachsa.) Ale wtedy w kuchni Sachs nie zastanawiał się nad motywacją Marii. Myślał tylko o jednym: o własnych odczuciach, o tym, że pożąda tej tajemniczej, atrakcyjnej kobiety i że sam siebie za to nienawidzi.
– Naprawdę nie masz powodu się dręczyć – rzekłem. – W końcu jesteś facetem z krwi i kości, a Maria potrafi być niezwykle ponętna, zwłaszcza gdy się o to postara. A skoro do niczego między wami nie doszło, przestań robić sobie wyrzuty.
– Wiesz, Peter, nawet nie o to chodzi, że miałem na nią chrapkę – powiedział wolno mój przyjaciel, starannie dobierając słowa. – Chodzi o to, że próbowałem w niej wzbudzić pożądanie. Psiakrew, obiecałem sobie, że nie będę tego więcej robił, i co? Obiecanki cacanki.
– Mylą ci się dwa pojęcia. Ben. Istnieje kolosalna różnica między myślą a czynem, między chceniem a robieniem. Musimy brać na to poprawkę, bo inaczej wszyscy zwariujemy.
– Wiem, ale nie o tym mówię. Zdumiewa mnie to, że nagle zapragnąłem czegoś, o czym chwilę wcześniej nawet nie myślałem. To nie jest sprawa wierności czy niewierności, lecz samopoznania. Z przerażeniem odkryłem, że potrafię sam siebie oszukiwać. Pół biedy, gdybym w trakcie przestał, ale ja dalej flirtowałem, nawet gdy zrozumiałem, do czego to wszystko zmierza.
– No właśnie: flirtowałeś. I tylko to się liczy. Przecież jej nie dotykałeś…
– Nie, nie dotykałem. Ale robiłem co mogłem, żeby ona mnie dotknęła. Moim zdaniem, to znacznie gorsze. Okłamywałem sam siebie. Jak dobry skaut trzymałem się litery prawa, ale już duch prawa w ogóle mnie nie interesował. I dlatego spadłem ze schodów przeciwpożarowych. To nie był wypadek, Peter. Ja sam to spowodowałem. Zachowałem się jak tchórz i musiałem ponieść zasłużoną karę.
– Chcesz powiedzieć, że skoczyłeś? – spytałem.
– Nie, to nie takie proste. Podjąłem ryzyko, głupie ryzyko. Zrobiłem coś kretyńskiego, bo wstydziłem się przyznać przed samym sobą, że chcę dotknąć nogi Marii Turner. Człowiek, który posuwa się do takich granic samozakłamania, zasługuje na wszystko, co go spotyka.
Dlatego zabrał Marię na schody przeciwpożarowe. Z jednej strony zmiana miejsca umożliwiała wybrnięcie z niezręcznej sytuacji, jaka się między nimi wytworzyła, a z drugiej strony była wstępem do zmyślnego planu, sprytnym fortelem, dzięki któremu mógłby ocierać się o ciało Marii Turner, nie tracąc przy tym honoru. I właśnie to go tak przejęło grozą: nie sam fakt pożądania obcej kobiety, lecz obłudne wyparcie się żądzy po to, aby móc ją zaspokoić. Na zewnątrz – ciągnął swoją opowieść Sachs – panował istny chaos. Wiwatujące tłumy, wybuchające sztuczne ognie, ciągły huk, od którego aż dudniło w uszach. Przez chwilę stali na podeście, obserwując fajerwerki rozjaśniające niebo, po czym Ben przystąpił do pierwszej części swojego planu. Zważywszy na to, że od dziecka cierpiał na lęk wysokości, nie wiem jakim cudem zdobył się na odwagę. Przysunąwszy się do krawędzi podestu, przerzucił prawą nogę przez barierkę i przez moment stał tak, kurczowo zaciskając ręce na poręczy, a następnie przerzucił drugą nogę. Zachwiał się, szybko jednak złapał równowagę. Za plecami usłyszał, jak Maria wciąga gwałtownie powietrze. Zapewne sądziła, że Ben zamierza skoczyć, więc czym prędzej wyjaśnił jej, że po prostu chce mieć lepszy widok. Jego odpowiedź nie zadowoliła Marii. Kobieta zaczęła prosić, żeby zszedł z poręczy, a kiedy zrozumiała, że nie zdoła go przekonać, zrobiła dokładnie to, na co tak bardzo liczył, to, co sobie zaplanował, obmyślając swój fortel. Doskoczyła do niego i mocno objęła od tyłu. To wszystko: drobny przejaw zatroskania mający pozory namiętnego uścisku. Chociaż nie wzbudziło to w Benie tej ekstatycznej reakcji, której się spodziewał (był zbyt przerażony wysokością, aby móc w pełni rozkoszować się bliskością Marii), nie wywołało też zawodu. Czuł, jak jej ciepły oddech łaskocze go w kark, czuł na plecach napór jej piersi, a w nozdrzach zapach jej perfum. Trwało to króciutką chwilę, może ułamek sekundy, ale kiedy szczupłe, gołe ramiona Marii zacisnęły się wokół jego torsu, doznał czegoś na kształt szczęścia – nagłego przypływu błogości, od którego delikatne ciarki przeszły go po całym ciele. Ryzyko się opłaciło. Zamysł wart był zachodu. Teraz należało jedynie wrócić w bezpieczne miejsce. Zamierzał posłużyć się Marią jako oparciem (do ostatniej niemal chwili przedłużając z nią kontakt cielesny) i powoli zsunąć na podest, ale gdy szykował się do przeprowadzenia tej akcji, Agnes Darwin straciła równowagę i wpadła od tyłu na Marię. Sachs akurat poluzował uścisk na poręczy. Kiedy Maria poleciała do przodu, uderzając go gwałtownie, Sachs nie zdążył ponownie zacisnąć palców na poręczy. Jego środek ciężkości raptownie przesunął się w przód i Sachs poczuł, że zaczyna spadać; po chwili wokół siebie miał już tylko powietrze.