– Krótko trwało, zanim uderzyłem w ziemię – powiedział. – Sekundę lub dwie, najwyżej trzy. Ale pamiętam, że mnóstwo myśli zdążyło zakołatać mi w głowie. Najpierw pojawiło się przerażenie, świadomość tego, co się stało, tego, że spadam. Wydawałoby się, że na nic więcej, na żadne inne myśli czy emocje człowiek nie ma już czasu, ale to nieprawda. Przerażenie znikło… nie, nie znikło, tylko jakby zeszło na dalszy plan, a jego miejsce zajęło coś innego, co było znacznie silniejsze od zwykłego strachu. Nie wiem, jak to nazwać. Może uczuciem bezwzględnej pewności. Miałem wrażenie, że nagle doznaję jakiegoś olśnienia, że poznaję smak ostatecznej prawdy. Jeszcze niczego nie czułem z taką siłą. Najpierw zdałem sobie sprawę, że spadam, a potem zrozumiałem, że już nie żyję. Nie że umrę, tylko że już nie żyję. Byłem truposzem, który spada na ziemie, i chociaż fizycznie wciąż żyłem, to jednak byłem martwy, równie martwy jak zwłoki w grobie na cmentarzu. Nie potrafię tego inaczej określić. Mimo że nadal spadałem, miałem już za sobą moment zderzenia z ziemią i roztrzaskania się na tysiące kawałków. Było tak, jakbym podczas lotu wyzionął ducha, stał się trupem, kiedy więc wpadłem na rozciągnięty sznur i wylądowałem w stosie koców i ręczników, to już nie byłem ja. Bo ja wcześniej opuściłem swoje ciało. Przez ułamek sekundy nawet widziałem, jak znikam.
Chciałem zadać mnóstwo pytań, ale wolałem nie przerywać mu opowieści. Sachs z trudem wydobywał z siebie słowa, mówił z wahaniem, co rusz popadając w milczenie, i bałem się, że mój głos może go nagle wytrącić z rytmu. Bogiem a prawdą, nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. Nie ulegało wątpliwości, że upadek z trzeciego piętra był koszmarnym przeżyciem, ale nie rozumiałem, dlaczego z takim pietyzmem opisuje najdrobniejsze szczegóły sytuacji, która go poprzedzała. Flirt z Marią wydawał mi się czymś błahym, pozbawionym głębszego znaczenia, ot, banalną komedyjką obyczajową, nad którą nie warto się w ogóle zastanawiać. Jednakże dla Sachsa pomiędzy tymi dwoma sprawami istniał bezpośredni związek. Uważał, że jedno było przyczyną drugiego, a więc nie traktował tego, co się stało, jako nieszczęśliwy wypadek czy zwykły pech; przeciwnie, dla niego ów lot z trzeciego piętra stanowił groteskowy rodzaj kary. Chciałem go zapewnić, że się myli, że zbyt surowo siebie osądza, ale się nie odzywałem. Siedziałem cicho, słuchając, jak mój przyjaciel analizuje swoje zachowanie. Składając mi nadmiernie drobiazgową relację z gry, jaką prowadził z Marią w kuchni i na podeście schodów przeciwpożarowych, każdy włos dzielił na czworo, każdy szczegół brał pod lupę i z cierpliwością, której mógłby mu pozazdrościć średniowieczny teolog, roztrząsał każdy niuans swoich niewinnych zalotów. Był to proces niezwykle subtelny, mozolny i skomplikowany; po pewnym czasie przekonałem się, że lekka farsa, którą odgrywali z Marią w kuchni, nabrała dla Sachsa takiego samego znaczenia jak upadek z trzeciego piętra. Nie widział między nimi różnicy. Krótki, bezsensowny kontakt fizyczny stał się moralnym odpowiednikiem śmierci. Byłoby to wręcz komiczne, gdyby nie powaga, z jaką Sachs traktował tę sprawę. Niestety, nie przyszło mi do głowy, żeby parsknąć śmiechem. Starałem się wczuć w sytuację, wysłuchać go do końca i spojrzeć na wszystko jego oczami. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że dużo lepiej przysłużyłbym się Benowi, gdybym mu powiedział, o co tym wszystkim myślę. Powinienem był roześmiać mu się w twarz. Powinienem był mu przerwać, nawymyślać od wariatów. Jeśli kiedykolwiek zawiodłem Sachsa jako przyjaciel, to właśnie tamtego popołudnia przed czterema laty. Miałem okazję mu pomóc, ale ją zaprzepaściłem.
Jak mi wyznał, to, że po odzyskaniu przytomności do nikogo się nie odzywał, nie było świadomą decyzją z jego strony. Po prostu tak jakoś wyszło, a im dłużej milczał, tym większe miał wyrzuty, że przysparza innym zmartwień. Na pewno milczenie nie było spowodowane szokiem czy uszkodzeniem mózgu, ani jakąkolwiek dolegliwością fizyczną. Leżąc w szpitalnym łóżku, Sachs rozumiał wszystko, co do niego mówiono, i w głębi serca wiedział, że jest w stanie wypowiedzieć się na dowolny temat. Kluczowy moment nastąpił na samym początku, kiedy otworzył oczy i zobaczył obcą kobietę (pielęgniarkę, jak się wnet okazało), która przypatrywała mu się z uwagą. Po chwili usłyszał, jak kobieta informuje kogoś – a może mówiła do niego, nie był pewien – że wreszcie obudził się śpiący królewicz. Nawet chciał jej coś odpowiedzieć, ale w głowic miał mętlik, gonitwę myśli, w dodatku bolały go wszystkie kości, uznał więc, że jest zbyt słaby, aby wdawać się w rozmowę. Nigdy przedtem mu się coś takiego nie zdarzyło. Podczas gdy pielęgniarka, a potem jeszcze druga i lekarz, który do nich dołączył, stali pochyleni nad łóżkiem dopytując, jak się pacjent czuje, Sachs leżał zajęty własnymi myślami, szczęśliwy, że wyzwolił się od konieczności udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. Sądził, że jest to sytuacja wyjątkowa, że więcej się nie powtórzy, ale powtórzyła się po raz drugi, trzeci, czwarty. Ilekroć ktoś się do niego zwracał, Sachs natychmiast odczuwał przemożną potrzebę milczenia. Z upływem dni stawał się coraz bardziej nieugięty w swoim postanowieniu, traktował je niemal honorowo, jak sekretne wyzwanie rzucone samemu sobie. Grzecznie słuchał, co inni do niego mówią, dokładnie ważył każde słowo, które wpadało mu do uszu, po czym zamiast odpowiedzieć, odwracał się na bok, zamykał oczy albo patrzył na mówiącego tak, jakby ten był powietrzem. Zdawał sobie sprawę, jak dziecinne i denerwujące jest jego zachowanie, lecz mimo to nie potrafił go zmienić. Lekarzami i pielęgniarkami się nie przejmował, wobec Marii, mnie czy innych przyjaciół nie poczuwał się do żadnego obowiązku. Największe wyrzuty miał oczywiście wobec Fanny i ze względu na nią kilka razy o mało się nie złamał. Na widok żony zawsze ogarniała go skrucha. Miał świadomość tego, jak okrutnie ją traktuje; własna postawa budziła w nim poczucie winy i obrzydliwego niesmaku. Czasami, kiedy leżał w łóżku walcząc ze swoim sumieniem, próbował się uśmiechnąć do Fanny, a ze dwa lub trzy razy poruszył nawet ustami i wydał z siebie kilka chrapliwych dźwięków, aby jej pokazać, że jak bardzo się stara, i uspokoić, że prędzej czy później odzyska mowę. Nienawidził się za te oszustwa, ale tyle rzeczy działo się w ciszy, za którą się skrył, że po prostu nie miał siły jej przerwać.