Wbrew temu, co sądzili lekarze, pamiętał każdy szczegół wypadku. Kiedy wracał myślą do tamtego wieczoru, wszystko z przerażającą klarownością stawało mu przed oczami: przyjęcie, Maria Turner, schody przeciwpożarowe, pierwsze chwile lotu, pewność co do własnej śmierci, sznur do wieszania bielizny, beton. Żadne z tych wspomnień nie było bledsze czy bardziej zatarte od innych. Wystarczało zaś jedno, by reszta spadała na niego z siłą potężnej lawiny. Całe wydarzenie od początku do końca jawiło mu się w wyrazistych barwach. Jednak coś dziwnego zaszło podczas upadku i Sachs czuł, że póki wspomnienia nie zbledną, musi je sobie dokładnie przemyśleć. Stąd jego milczenie. Nie tyle było ono odmową mówienia, co sposobem na to, aby zatrzymać przed oczami koszmar tamtej nocy – zatrzymać dopóty, dopóki nie doszuka się w nim jakiegoś sensu. Milczenie pozwalało mu zatopić się w kontemplacji, przeżywać wciąż na nowo chwilę upadku, może nawet na zawsze znieruchomieć w locie, zawisnąć pięć centymetrów nad ziemią, czekając w nieskończoność na moment apokalipsy.
Jak mi wyznał, nie miał zamiaru sobie niczego wybaczać. Jego wina była przesądzona, więc im mniej czasu poświęcał na jej roztrząsanie, tym lepiej.
– Kiedy indziej może szukałbym jakiegoś usprawiedliwienia. Bądź co bądź wypadki się przecież zdarzają. Każdego dnia i każdej godziny. Ludzie rozstają się z życiem w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Płoną żywcem w pożarach, topią się w jeziorach, wypadają z okien, giną w kraksach. Codziennie rano czyta się o tym w gazetach i tylko głupiec myśli, że jemu się nigdy nie przydarzy taka nagła i bezsensowna śmierć. Jednakże o moim wypadku nie zadecydował pech. Nie byłem ofiarą, jak ci inni nieszczęśnicy; byłem współwinny tego, co się stało, odegrałem czynną rolę. Nie mam prawa o tym zapominać, bo część odpowiedzialności spoczywa na mnie. Rozumiesz, co mam na myśli? Nie twierdzę, że flirtowanie z Marią Turner to zbrodnia. Co najwyżej głupi, żałosny wybryk. I gdyby chodziło o samo pożądanie, o samą pracę gruczołów płciowych, czułbym się jak kawał drania, ale o wszystkim bym do dziś zapomniał. Lecz moim zdaniem, seks miał niewiele wspólnego z tym, co się stało tamtego wieczoru. Do takiego właśnie wniosku doszedłem, kiedy leżałem w szpitalnym łóżku, nie odzywając się do nikogo. Gdybym po prostu chciał się dobrać do Marii Turner, czy stawałbym na głowie, żeby sprowokować ją do dotknięcia mnie? Istnieją dziesiątki mniej niebezpiecznych sposobów, żeby znaleźć się w objęciach obcej kobiety, setki bardziej skutecznych metod, którymi można osiągnąć identyczny rezultat. A ja postanowiłem zabawić się w śmiałka, przelazłem przez barierkę… Boże, mogłem się zabić! I po co to wszystko? Po nic! Po to, żeby w ciemnościach poczuć dotyk Marii Turner. Zastanawiając się nad tym w szpitalu, zrozumiałem, że wszystko mi się kompletnie poprzestawiało. Że jest odwrotnie, niż sądziłem, zupełnie inaczej, niż mi się wydawało. Otóż celem moich kretyńskich wygłupów wcale nie była chęć zmuszenia Marii do tego, aby mnie objęła; celem była chęć narażenia życia. Maria Turner stanowiła jedynie pretekst; posłużyłem się nią, żeby usiąść na barierce, zawisnąć nad przepaścią. Pytanie brzmi: dlaczego to zrobiłem? Dlaczego ryzykowałem? Zadawałem je sobie setki razy dziennie; za każdym razem otwierała się gdzieś we mnie czarna otchłań i po chwili znów spadałem, leciałem głową w dół przez czarny mrok. Nie chcę dramatyzować, ale te dni spędzone w szpitalu należą do najgorszych w moim życiu. Zrozumiałem bowiem prawdę bezsporną, że tamtego wieczoru świadomie wystawiłem się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Że nie chciałem dłużej żyć. Dokonałem tego odkrycia, kiedy leżałem pogrążony w milczeniu. Uzmysłowiłem sobie, że z jakiegoś powodu, który nadal pozostaje dla mnie zagadką, przelazłem przez balustradę po to, żeby się zabić.
– Byłeś pijany – powiedziałem. – Nie wiedziałeś, co robisz.
– Byłem pijany, ale dokładnie wiedziałem, co robię. Tylko nie wiedziałem, że wiem.
– Strasznie pokrętne rozumowanie. Czysta sofistyka.
– Nie wiedziałem, że wiem, ale alkohol dał mi odwagę do działania. Pomógł mi zrobić coś, co w głębi duszy zawsze chciałem zrobić, ale o tym nie wiedziałem.
– Wcześniej mówiłeś, że spadłeś, bo bałeś się pogładzić Marię po nodze. Teraz mówisz, że spadłeś naumyślnie. Albo tak, albo tak, Ben. Nie mogłeś tego zrobić niechcący, a zarazem z premedytacją.
– Tak właśnie było. Jedno doprowadziło do drugiego. Nie twierdzę, że to rozumiem, po prostu na swój sposób usiłuję ci wyjaśnić, jak doszło do wypadku. A prawda jest taka, że tamtego wieczoru chciałem z sobą skończyć. To pragnienie wciąż we mnie tkwi i muszę ci powiedzieć, że boję się go jak diabli.
– Słuchaj, Ben, w każdym człowieku, gdzieś głęboko w trzewiach, tli się chęć samozniszczenia. Tamtego wieczoru z jakiegoś niewyjaśnionego powodu płomień w twoich trzewiach strzelił za wysoko. Tylko dlatego, że to się raz zdarzyło, nie znaczy, że się kiedykolwiek powtórzy.
– Może. Ale to, co się stało, się nie odstanie, a stało się nie bez przyczyny. Skoro mi się przytrafiło, coś musi być ze mną nie tak. Widocznie przestało mi odpowiadać życie, jakie wiodę.
– Gdyby ci nie odpowiadało, nie zacząłbyś z powrotem mówić. A zacząłeś, czyli musiałeś dojść do jakiegoś wniosku. Musiałeś ułożyć sobie wszystko w głowie.
– Nie bardzo. Po prostu któregoś dnia przyprowadziłeś Davida. Dzieciak podszedł do łóżka i uśmiechnął się do mnie, a ja mu powiedziałem: „Cześć”. I tyle. Fajnie wyglądał po powrocie z kolonii. Taki idealny dziewięciolatek, opalony, tryskający zdrowiem. Kiedy stanął przy moim łóżku, z tym uśmiechem na buzi, nie mogłem się do niego nie odezwać.
– Miałeś łzy w oczach – rzekłem. – Myślałem, że oznaczają podjęcie decyzji, zawrócenie z drogi.
– Oznaczały co innego. Zrozumiałem, że sięgnąłem dna. I że muszę zmienić swoje życie – odparł.
– Zmienić życie a zakończyć je to dwie całkiem różne sprawy.
– Chcę zakończyć życie, jakie do tej pory prowadziłem. Chcę wszystko w nim zmienić. Jeżeli tego nie zrobię, wpakuję się w kłopoty. Całe moje dotychczasowe życie to kpina, jedna wielka pomyłka, żałosny ciąg drobnych niepowodzeń. W przyszłym tygodniu skończę czterdzieści jeden lat. Jeżeli do tego czasu nie wezmę się w garść, zacznę tonąć. Pójdę jak kamień na samo na dno świata.
– Musisz zabrać się z powrotem do pracy. Jak tylko usiądziesz do pisania, od razu sobie przypomnisz, gdzie jest twoje miejsce.
– Niedobrze mi się robi na samą myśl o pisaniu. Pisanie już nic dla mnie nie znaczy.
– Dawniej też tak mówiłeś.
– Może. Ale tym razem nie żartuję. Nie chcę spędzić reszty życia na wkręcaniu pustych kartek w maszynę do pisania. Chcę odejść od biurka i zająć się czymś innym. Nie chcę dłużej być cieniem. Interesuje mnie prawdziwy świat, robienie prawdziwych rzeczy.