Lillian mieszkała w małym różowym domku w ubogiej części Berkeley, gdzie trawniki były zaśmiecone, tynk odpadał ze ścian, a chwasty porastały chodniki. Sachs zajechał na miejsce wynajętym plymouthem tuż po dziesiątej rano, ale kiedy nacisnął dzwonek, nikt nie otworzył drzwi. Nigdy dotąd nie był w Berkeley, ale zamiast pozwiedzać miasto i wrócić później, postanowił usiąść na schodkach przed domem i zaczekać na Lillian. W powietrzu unosiła się niespotykana na wschodzie słodka woń. Przeglądając „San Francisco Chronicle”, wciągał w nozdrza zapach jacarandy, suchodrzewu, eukaliptusa; wiecznie kwitnąca kalifornijska roślinność atakowała go ze wszystkich stron. Siedzenie przed domem bynajmniej mu się nie dłużyło. Jedyny cel, jaki mu teraz przyświecał, to rozmowa z Lillian Stern; miał wrażenie, że czas się zatrzymał, jakby nie istniało nic poza czekaniem. Dziesięć minut czy dziesięć godzin – nie robiło mu różnicy, byleby tylko Lillian się w końcu pojawiła.
W porannym wydaniu „Chronicle” był artykuł o Dimaggio, dłuższy i pełniejszy od tych, które Sachs czytał w prasie nowojorskiej. Dziennikarz, powołując się na miejscowe źródło, napisał, że Dimaggio należał do niedużej lewicowej organizacji ekologicznej, której członkowie domagali się zamknięcia elektrowni jądrowych, przerwania wyrębu lasów, po prostu zaprzestania „niszczenia Ziemi”. Snuł przypuszczenia, czy w chwili śmierci Dimaggio przypadkiem nie uczestniczył w jakiejś akcji sabotażowej na zlecenie organizacji, ale prezes jej lokalnego odłamu stanowczo temu zaprzeczył; stwierdził wręcz, że Dzieci Planety zdecydowanie sprzeciwiają się wszelkim pozaprawnym formom protestu. Dziennikarz sugerował więc, że Dimaggio był zdrajcą, który działał na własną rękę, ponieważ miał odmienne zdanie niż reszta grupy co do dopuszczalnych metod walki. Brakowało dowodów na potwierdzenie tej tezy, ale na Sachsie silne wrażenie wywarła wiadomość, że Dimaggio nie był zwykłym przestępcą. Przeciwnie, był szalonym idealistą, romantykiem, człowiekiem, który pragnął ulepszyć świat. Nie zmieniało to faktu, że zabił niewinnego chłopaka, lecz teraz Sachsowi jeszcze trudniej było się pogodzić z tym, co sam zrobił. Obydwaj wyznawali podobne poglądy. Gdyby się spotkali w innych okolicznościach, może nawet zostaliby przyjaciółmi.
Przeglądał gazetę przez godzinę, potem odłożył ją i zaczął obserwować ulicę. Przejeżdżało sporo samochodów, ale jedynymi przechodniami były albo matki z małymi dziećmi, albo starcy: to wiekowy Murzyn drepczący z laseczką, to siwowłosa Azjatka sunąca wolno z pomocą aluminiowego balkonika. O pierwszej opuścił na chwilę posterunek, żeby kupić coś do jedzenia; wrócił po dwudziestu minutach i zjadł kanapkę na schodach przed domem. Liczył na to, że Lillian jest w pracy, że mimo tego, co się stało, próbuje funkcjonować normalnie, i że pojawi się w domu najpóźniej o szóstej. Nie miał oczywiście żadnej pewności, bo nic o niej nie wiedział. Nie wiedział, gdzie pracuje ani czy w ogóle pracuje i czy na przykład nie opuściła miasta. Gdyby się okazało, że wyjechała, cały jego plan spaliłby na panewce, ale żeby się o tym przekonać, musiał wytrwale czekać. Popołudniowe godziny wlokły się niemiłosiernie. Z rosnącym zniecierpliwieniem obserwował, jak wraz z zapadaniem wieczoru chmury na niebie coraz bardziej ciemnieją. Minęła piąta, potem szósta i siódma. Ogarniało go coraz większe rozczarowanie, ale starał się mu nie ulec. O wpół do ósmej ponownie poszedł kupić coś do jedzenia, po czym wrócił i dalej warował pod drzwiami. Tłumaczył sobie, że Lillian mogła przecież wybrać się do restauracji albo wpaść z wizytą do przyjaciół, mogła robić tysiące innych rzeczy. Ale kiedy zajedzie pod dom, on powinien być na miejscu. Musi z nią porozmawiać, zanim ona zatrzaśnie drzwi, bo kto wie, czy taka szansa się jeszcze kiedyś nadarzy.
A mimo to zaskoczył go jej powrót. Było kilka minut po północy, a ponieważ sądził, że Lillian już się nie zjawi, pozwolił sobie na krótki relaks. Oparł się ramieniem o żelazne pręty balustrady, przymknął oczy i powoli zapadał w sen, kiedy nagle usłyszał warkot silnika. Natychmiast oprzytomniał. Dokładnie na wprost domu Lillian, tyle że po drugiej stronie ulicy, zobaczył parkujący samochód. Chwilę później zgasł silnik i reflektory. Nie mając pewności, czy za kierownicą siedzi Lillian Stern, Sachs wstał i wytężył wzrok; czuł, jak serce mu wali, jak krew dudni w skroniach.
Szła w jego kierunku, ze śpiącym dzieckiem na rękach, z opuszczoną głową, nawet nie patrząc na dom. Szeptała coś córeczce do ucha, ale Sachs nie słyszał co. Nagle zdał sobie sprawę, że kiedy tak stoi na schodkach przed domem, zlewa się z otaczającym mrokiem i z chwilą gdy otworzy usta, by coś powiedzieć, Lillian wystraszy się na śmierć. Dzieliło ich zaledwie kilka kroków. Po chwili wahania, wciąż nie widząc pochylonej nad główką dziecka twarzy, zapytał:
– Pani Lillian Stern?
Ledwo wypowiedział te słowa, zrozumiał, że zdradził go własny głos. Chciał, żeby w pytaniu brzmiała nuta serdeczności i przyjaźni, a zamiast tego wyczuwało się napięcie i agresywność, zupełnie jakby miał wobec Lillian złe zamiary.
Usłyszał, jak kobieta wciąga gwałtownie powietrze. Przystanęła, przytuliła mocniej dziecko i niskim głosem, z którego przebijały gniew i gorycz, odparła cicho:
– Spieprzaj, do jasnej cholery. Nie udzielam żadnych wywiadów.
– Ja tylko chcę zamienić z panią słowo – powiedział Sachs, schodząc powoli ze schodków. Wyciągnął przed siebie ręce, jakby pokazując, że są puste, że nie zamierza wyrządzić jej krzywdy. – Czekam od dziesiątej rano. Muszę z panią porozmawiać. To bardzo ważne.
– Nie rozmawiam z dziennikarzami. Koniec kropka.
– Ale ja nie jestem z prasy. Jestem przyjacielem. I jeśli pani nie chce, nie musi pani nic mówić. Proszę mnie tylko wysłuchać.
– Kłamiesz. Jesteś jednym z tych małych nędznych kutafonów.
– Nie, naprawdę nie. Jestem przyjacielem. Przyjacielem Marii Turner. Ona mi dała pani adres.
– Maria? – Głos kobiety stracił szorstkość. – Znasz Marię?
– I to bardzo dobrze. Jeśli mi nie wierzysz, możesz do niej zadzwonić. Poczekam tu na zewnątrz.
Doszedł do ostatniego stopnia. Kobieta, która usłyszawszy imię przyjaciółki ponownie ruszyła przed siebie, jakby coś się w niej odblokowało, przystanęła teraz na chodniku, niecały metr od Sachsa. Po raz pierwszy odkąd wysiadła z wozu, dojrzał jej twarz, tę samą piękną twarz, którą widział na zdjęciach u Marii, te same ciemne oczy, szyję, krótko przycięte włosy, pełne usta. Lillian była niższa od niego ze trzydzieści centymetrów i kiedy patrzył na nią trzymającą na rękach śpiącą dziewczynkę, uświadomił sobie, że zdjęcia nawet w połowie nie oddają jej urody.
– Jak się, u diabła, nazywasz? – zapytała Lillian.
– Benjamin Sachs – odparł.
– I czego ode mnie chcesz, Benjaminie Sachs? Co robisz w środku nocy przed moim domem?
– Maria dzwoniła przez kilka dni, próbując się z tobą skontaktować, a ponieważ jej się nie udało, postanowiłem wybrać się tu osobiście.
– Aż z Nowego Jorku?
– Nie było innego wyjścia.
– Dlaczego tak ci zależało na spotkaniu ze mną?