Выбрать главу

– Bo mam ci coś ważnego do przekazania.

– Tylko tego mi brakuje! Kolejnej złej wiadomości.

– To nie jest zła wiadomość. Dziwna, może niewiarygodna, ale zdecydowanie nie zła. Powiedziałbym nawet, że wiadomość jest dobra, zdumiewająco dobra. Twoje życie zmieni się na lepsze.

– Ale ty jesteś pewny siebie – zauważyła.

– Po prostu wiem, o czym mówię – wyjaśnił.

– I ta sprawa nie może poczekać do rana?

– Nie. Musimy porozmawiać teraz. Proszę, poświęć mi pół godziny, potem sobie pójdę. Przyrzekam.

Nie odzywając się więcej ani słowem, Lillian Stern wyjęła z kieszeni płaszcza pęk kluczy, po czym weszła po schodkach i otworzyła drzwi. Sachs wsunął się za nią do ciemnego korytarza. Po chwili zapaliło się światło. Wszystko działo się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał. Obserwując Lillian, która niosła na górę swoją śpiącą córeczkę, zastanawiał się, skąd ma wziąć odwagę na to, by wyjaśnić tej kobiecie, po co przebył pięć tysięcy kilometrów.

Usłyszał, jak zamyka drzwi do sypialni dziecka, a potem – zamiast wrócić na dół – idzie do drugiego pokoju. Usłyszał, jak wykręca numer telefonu, jak wita się z Marią; po chwili jednak zatrzasnęła drzwi i reszta rozmowy go ominęła. Głos Lillian docierał z góry jako jednostajny szum, który od czasu do czasu przerywało westchnienie, cisza czy krótki, stłumiony okrzyk. Chociaż Ben ogromnie chciał poznać treść ich rozmowy, słuch miał nie dość ostry, toteż po minucie czy dwóch zaniechał wysiłków. Im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej się denerwował. Nie wiedząc, czym się zająć, opuścił w końcu swój posterunek przy schodach i zaczął zwiedzać parter. Znajdowały się tu trzy pomieszczenia, a w każdym panował bałagan nie do opisania. W kuchni – zlew zawalony brudnymi naczyniami; w salonie – poprzewracane fotele, pełne popielniczki, poduszki na podłodze; w jadalni – przekrzywiony stół. Sachs po kolei zapalał i gasił światła. Był wstrząśnięty tym, co widzi; nie ulegało dla niego wątpliwości, że jest to ponury dom, a jego mieszkańcy nie znają szczęścia ani radości.

Rozmowa telefoniczna ciągnęła się ze dwadzieścia minut. Kiedy Lillian odłożyła wreszcie słuchawkę, Sachs był z powrotem w korytarzu i czekał przy schodach. Schodziła z góry z poważną, posępną miną; widząc, jak dolna warga jej lekko drży, Sachs domyślił się, że płakała. Nie miała już na sobie ani płaszcza, w którym przyjechała do domu, ani sukienki; sukienko zastąpiły czarne dżinsy i biały podkoszulek. Była boso, palce u nóg miała pomalowane na jaskrawoczerwony kolor. Gdy schodziła ze schodów, Sachs wpatrywał się w nią intensywnie, ale ona unikała jego spojrzenia. Kiedy zeszła na dół, odsunął się nieco, aby ją przepuścić; minęła go i dopiero gdy była w połowie drogi do kuchni, stanęła i rzuciła przez lewe ramię:

– Masz pozdrowienia od Marii. Ona też nie rozumie, czego ode mnie chcesz.

Nie czekając na odpowiedź, poszła dalej. Sachs, niepewien, czy ma za nią iść, czy czekać dalej przy schodach, po krótkim wahaniu postanowił jednak towarzyszyć Lillian do kuchni. Zapaliwszy światło, kobieta jęknęła cicho na widok sterty brudnych naczyń, po czym odwróciła się plecami do Sachsa i otworzyła szafkę, z której wyjęła butelkę Johnny Walkera. W innej szafce znalazła pustą szklankę i nalała sobie porcję alkoholu. Trudno było nie zauważyć wrogości w jej zachowaniu. Nie zaproponowała Sachsowi whisky, nie wskazała mu krzesła. Nagle Sachs uświadomił sobie, że powoli traci kontrolę nad sytuacją. Wcześniej wszystko dokładnie sobie zaplanował, a teraz w obecności Lillian nogi miał jak z waty, czuł się onieśmielony i nie wiedział, od czego zacząć. Kobieta upiła łyk ze szklanki i przyjrzała się uważnie swemu gościowi.

– Maria też nie rozumie, czego ode mnie chcesz – powtórzyła spokojnie, głosem lekko ochrypłym. Właśnie ten brak emocji w głosie najlepiej wyrażał jej stosunek do Sachsa: lekceważenie graniczące niemal z pogardą.

– Wcale mnie to nie dziwi…

– Jeśli masz coś do powiedzenia, to mów, a potem wynocha. Kapujesz? Nie mam ochoty dłużej na ciebie patrzeć.

– Nie zamierzam sprawiać kłopotu…

– W każdej chwili mogę sięgnąć po telefon i zadzwonić na policję. Wystarczy, że wykręcę numer, i już po tobie. Do jasnej cholery, z jakiegoś ty się drzewa urwał? Strzelasz do mojego męża, po czym przyjeżdżasz tu i oczekujesz, że będę dla ciebie miła?

– Wcale go nie zastrzeliłem. Nigdy w życiu nie miałem w ręku broni.

– Gówno mnie obchodzi, co zrobiłeś. To mnie w najmniejszym stopniu nie dotyczy.

– Mylisz się. Dotyczy jak najbardziej. Dotyczy zarówno ciebie, jak i mnie – rzekł Sachs.

– Chcesz, żebym ci wybaczyła, tak? Dlatego tu przyjechałeś? Żeby paść przede mną na kolana i błagać o przebaczenie? Niepotrzebnie się fatygowałeś. To nie moja sprawa przebaczać innym. Naprawdę mnie to nie interesuje.

– Ojciec twojej córeczki nie żyje, a ty mówisz, że to cię nie interesuje?

– Mówię, żebyś się ode mnie odczepił.

– Maria nie wspomniała ci o pieniądzach?

– O pieniądzach? – spytała Lillian.

– Musiała o nich wspomnieć.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Mam dla ciebie pieniądze. Dlatego przyjechałem: żeby dać ci pieniądze.

– Nie chcę twoich zasranych pieniędzy. Nic od ciebie nie chcę. Wynoś się.

– Nawet mnie jeszcze nie wysłuchałaś.

– Nie szkodzi. Nie ufam ci. Nie wiem, o co ci chodzi, ale o coś na pewno. Nikt nie rozdaje forsy ot tak.

– Nie znasz mnie, Lillian. Nie masz najmniejszego pojęcia, jaki jestem.

– Mam wystarczające. Zdążyłam je sobie wyrobić. I wiem, że mi się nie podobasz.

– Nie po to przyjechałem, żeby ci się podobać. Przyjechałem, żeby ci pomóc. A co sobie o mnie myślisz, to naprawdę nieistotne.

– Jesteś wariat. Wiesz o tym, że gadasz jak wariat?

– Wariactwem byłoby, gdybyś nie przyjęła mojej pomocy. Pozbawiłem cię czegoś, więc w zamian chcę ci coś ofiarować. Tylko tyle. Ja cię nie wybrałem. To był zbieg okoliczności. Teraz chcę jedynie rozliczyć się do końca.

– Zupełnie jakbym słyszała Reeda. Widzę, że z ciebie też jest wygadany skurwiel, który ma łeb nabity różnymi durnymi teoriami. Nic z tego, profesorku. Nie mamy się z czego rozliczać. Sam to sobie wymyśliłeś. Nie jestem ci nic winna.

– No właśnie. Ty mnie nie, ale ja tobie tak.

– Pieprzysz.

– W porządku, nie musi cię interesować moja motywacja. Ale weź pieniądze. Jeżeli nie dla siebie, to przynajmniej dla dziecka. O nic nie proszę. Chcę tylko, żebyś przyjęła pieniądze.

– A potem co? – spytała Lillian.

– Potem nic.

– Będę twoją dłużniczką. O to ci chodzi, prawda? Żeby mieć nade mną władzę. Żeby traktować mnie jak swoją własność.

– Własność? – Sachs wreszcie nie wytrzymał. – A co mi po tobie?! Nawet cię nie lubię! Sądząc po dzisiejszym wieczorze, im mniej będę miał z tobą do czynienia, tym lepiej.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, Lillian uśmiechnęła się. Był to niemal bezwiedny, spontaniczny odruch, krótka chwila wytchnienia w wojnie nerwów, którą z sobą toczyli. Mimo że uśmiech zgasł po sekundzie czy dwóch, Sachs poczuł się podbudowany. Wreszcie nawiązał się jakiś kontakt, coś zostało przekazane i choć Sachs nie wiedział, co z tego dalej wyniknie, miał świadomość, że nastrój uległ zmianie.

Postanowił nie tracić czasu. Korzystając z okazji, powiedział Lillian, żeby chwilę na niego poczekała, a sam poszedł do samochodu po pieniądze. Nie było sensu próbować jej cokolwiek tłumaczyć. Należało skończyć abstrakcyjne rozważania i zacząć operować konkretami – pozwolić, aby pieniądze przemówiły za siebie. Tylko wtedy Lillian mu uwierzy – kiedy ich dotknie, kiedy je ujrzy na własne oczy.