Выбрать главу

Ale nic już nie było proste. Kiedy Sachs otworzył bagażnik i spojrzał na torbę z pieniędzmi, nagle się zawahał. Dotychczas wyobrażał sobie, że od razu przekaże Lillian całą sumę: wejdzie do domu, wręczy jej pieniądze i wyjdzie. Całe ich spotkanie miało być jak scenka ze snu i trwać zaledwie parę sekund. Niczym anioł miłosierdzia pojawia się u wdowy, obsypuje ją bogactwem i znika, zanim ona się spostrzega, o co chodzi. Ale teraz kiedy już z nią rozmawiał, stojąc naprzeciw niej w kuchni, zdał sobie sprawę, jaki to niedorzeczny pomysł. Przeraziła go wrogość Lillian; nie umiał przewidzieć, jak się kobieta dalej zachowa. Jeszcze miał nad nią przewagę, ale bał się, że ją straci, jeśli wręczy Lillian całą sumę za jednym razem. Wszystko było możliwe; tak, ten drobny błąd mógł go wiele kosztować. Lillian może go upokorzyć, odmawiając przyjęcia pieniędzy. Albo gorzej, weźmie pieniądze, po czym zadzwoni na policję. Już raz groziła, że tak zrobi, a wiedząc, jak bardzo jest zagniewana i podejrzliwa, wcale by się nie zdziwił, gdyby groźbę spełniła.

Więc zamiast wnieść torbę do domu, wziął z niej pięćdziesiąt studolarowych banknotów, podzielił plik na pół i wsunął do dwóch kieszeni w kurtce, po czym zamknął torbę na suwak i zatrzasnął klapę bagażnika. Nie miał żadnego planu. To była improwizacja, działanie na oślep, skok w nieznane. Kiedy odwrócił się od samochodu, zobaczył w drzwiach domu drobną, oświetloną od tylu postać z rękami wspartymi na biodrach, która z uwagą śledziła jego poczynania. Ruszył przez trawnik, świadom, że kobieta nie spuszcza z niego oczu, i nagle na myśl o niepewnej, szalonej przyszłości, o tym, co za chwilę nastąpi, ogarnęło go podniecenie.

Kiedy wszedł po schodach, odsunęła się na bok, żeby wpuścić go do środka, po czym zamknęła drzwi. Tym razem nie czekał na zaproszenie. Od razu skierował się do kuchni, wyciągnął jedno z ze stojących przy stole rachitycznych drewnianych krzeseł i usiadł. Po chwili Lillian zajęła miejsce naprzeciw niego. Żaden uśmiech nie błąkał się na jej ustach, najmniejsza ciekawość nie wyzierała z jej oczu. Kobieta siedziała z kamienną twarzą i kiedy Sachs popatrzył na nią, szukając jakiejś wskazówki, czegoś, co by mu ułatwiło rozmowę, miał wrażenie, że patrzy na mur. Nie potrafił go przebić, nie mógł się zorientować, o czym Lillian myśli. Oboje milczeli; każde czekało, aż drugie najpierw się odezwie. Im dłużej trwała cisza, tym bardziej kobieta mu się opierała. Wreszcie czując, że za moment zacznie się dusić, że w płucach wzbiera mu krzyk, Sachs podniósł prawą rękę i jednym gestem zgarnął wszystko ze stołu na podłogę. Brudne talerze, filiżanki po kawie, popielniczki, sztućce wylądowały z głośnym brzękiem na zielonym linoleum; część rzeczy potłukła się, część gdzieś potoczyła. Lillian nie zareagowała; dalej siedziała z kamienną twarzą, jakby nic się nie stało. Dla Sachsa była to wzniosła chwila, chwila, jaka nieczęsto się w życiu zdarza, i kiedy tak siedzieli wpatrzeni w siebie, nie odzywając się słowem, czuł, że zaczyna drżeć, a jego strach powoli przemienia się w dziką radość. Nie dając nic po sobie poznać, wyciągnął z kieszeni dwa piliki banknotów, położył je na blacie i pchnął w stronę kobiety.

– To dla ciebie – rzekł. – Jeśli chcesz, są twoje.

Na ułamek sekundy opuściła wzrok i spojrzała na pieniądze, ale nie wyciągnęła po nie ręki.

– Same studolarówki czy tylko te z wierzchu? – spytała.

– Same studolarówki – potwierdził. – W sumie pięć tysięcy dolarów.

– Pięć tysięcy piechotą nie chodzi. Nawet dla bogatych to całkiem pokaźna suma. Ale nie oszukujmy się, pięć tysięcy nie odmieni nikomu życia.

– To tylko początek. Można powiedzieć, że pierwsza rata.

– Rozumiem. A kolejne raty?

– Tysiąc dolarów dziennie. Dopóki forsa się nie skończy.

– A kiedy się skończy?

– Nieprędko. Możesz pospłacać długi i rzucić pracę. Możesz się stąd wyprowadzić. Możesz sobie kupić nowy samochód i komplet nowych ciuchów. A kiedy to wszystko zrobisz, jeszcze mnóstwo zostanie.

– Kim ty jesteś, u licha? Dobrą wróżką?

– Nie. Facetem, która spłaca dług – odparł Ben.

– A jeśli ci powiem, że nie podoba mi się taki układ? Że wolałabym całą sumę otrzymać naraz?

– Taki był mój pierwotny zamiar, ale po przyjeździe tu zmieniłem zdanie. Teraz realizuję Plan B.

– Myślałam, że chcesz być dla mnie miły.

– Owszem. Ale chcę, żebyś ty też była miła. To zapewni nam równy układ sil.

– Innymi słowy, nie ufasz mi? – zapytała kobieta.

– Twoje nastawienie wzbudza mój niepokój. Chyba mnie rozumiesz?

– No dobrze, a jak to sobie wyobrażasz? Zjawiasz się codziennie o umówionej godzinie, wręczasz mi forsę i spadasz, czy może liczysz na wspólne śniadanko, co?

– Już ci mówiłem: na nic nie liczę. Dostajesz pieniądze i nie masz wobec mnie najmniejszych zobowiązań.

– Słuchaj, żeby nie było nieporozumień… Nie wiem, co ci Maria o mnie nagadała, ale moja cipa nie jest na sprzedaż. Jasne? Żaden dupek za żadne pieniądze nie zmusi mnie do pójścia z nim do łóżka. To ja decyduję o tym, z kim się pieprzę, więc trzymaj tę swoją czarodziejską różdżkę z dala ode mnie. Czy wyrażam się dość jasno?

– Jaśniej nie można. Nie mieszczę się w twoich planach życiowych. Ty w moich również nie. Nic dodać, nic ująć.

– Świetnie. Pozwolisz, że sobie tę sprawę przemyślę? Na razie jestem potwornie zmęczona i chcę iść spać.

– Wcale nie musisz nic przemyśliwać. Już znasz odpowiedź.

– Może znam, może nie znam. Nie mam zamiaru dłużej z tobą dyskutować. To był długi dzień i padam na nos ze zmęczenia. Ale żeby ci udowodnić, jaka potrafię być miła, pozwolę ci spędzić dzisiejszą noc na kanapie w salonie. Tylko ten jeden raz, ze względu na Marię. O tej porze na pewno nie znajdziesz miejsca w hotelu.

– Nie musisz tego robić – powiedział Sachs.

– Nie muszę, ale mogę. Jak chcesz zostać, to zostań. Jak nie chcesz, to nie. Ale zdecyduj się od razu, bo idę na górę…

– Dziękuję, chętnie zostanę.

– Marii podziękuj, nie mnie. W salonie jest bałagan. Jak coś leży na kanapie, po prostu zwal na podłogę. Przed chwilą widziałam, że świetnie sobie z tym radzisz…

– Zwykle unikam takich prymitywnych form zachowania.

– Nie obchodzi mnie jak się będziesz zachowywał tu, na dole. Ale na górę masz wstęp wzbroniony. Jasne? W szafce nocnej trzymam broń. Gdyby ci przyszła ochota pozwiedzać pięterko, to uprzedzam, że umiem strzelać.

– Zabiłabyś kurę, która znosi złote jaja.

– Mylisz się. Złote jaja leżą bezpiecznie schowane w bagażniku. Może zabiłabym kurę, ale do jaj miałabym dostęp.

– Grozisz mi?

– Wcale nie. Tylko ostrzegam cię żebyś był grzeczny. Bardzo grzeczny. I niech ci nie przychodzą do głowy żadne głupie pomysły na mój temat. Jeśli mi się nie narazisz, może się w końcu dogadamy. Niczego nie obiecuję, ale jeśli mnie nie wkurwisz, może nawet przestanę cię nienawidzić.

Nazajutrz rano Sachs obudził się, czując ciepły oddech na swoim policzku. Kiedy otworzył oczy, ujrzał przed sobą twarz tkwiącej nieruchomo, ogromnie skupionej dziewczynki, która oddychała przez uchylone wargi. Klęczała przy kanapie, tak nisko pochylona nad Sachsem, że ich usta niemal się stykały. Sądząc po szarawym świetle, które przenikało przez włosy dziecka, Ben domyślił się, że jest bardzo wcześnie, wpół do siódmej, najwyżej siódma rano. Spał zaledwie cztery godziny i w pierwszej chwili po otwarciu oczu wciąż był zbyt senny, zbyt ociężały, aby wykonać najmniejszy ruch. Miał ochotę zamknąć powieki i znów pogrążyć się we śnie, ale dziewczynka wpatrywała się w niego tak intensywnie, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Powoli uświadomił sobie, że spogląda na córkę Lillian Stern.