Выбрать главу

– Dzień dobry – powiedziała, przyjmując jego uśmiech jako zachętę do rozmowy. – Myślałam, że się nigdy nie obudzisz.

– Długo przy mnie siedzisz? – spytał Sachs.

– Chyba ze sto lat. Zeszłam na dół poszukać lalki, a znalazłam ciebie. Jesteś strasznie długi, wiesz?

– Wiem. Ludzie na takich jak ja mówią „tyka”.

– Pan Tyka. – Dziewczynka zamyśliła się. – Podoba mi się.

– A ty pewnie jesteś Maria, prawda?

– Tak, ale wolę, jak się na mnie mówi Królewna. To ładniej niż Maria, no nie?

– Znacznie ładniej. Ile masz lat, Królewno?

– Pięć i trzy czwarte.

– Pięć i trzy czwarte? Co za wspaniały wiek.

– W grudniu skończę sześć. Mam urodziny dzień po Bożym Narodzeniu.

– Więc dzień po dniu dostajesz prezenty. Mądra z ciebie dziewczynka, że tak to sprytnie wymyśliłaś.

– Niektórzy mają szczęście. Tak mówi moja mamusia.

– Powiedz, Królewno, skoro masz lat pięć i trzy czwarte, to pewnie chodzisz do pierwszej klasy?

– Do przedszkola. Jestem w grupie pani Babbs. Dzieciaki przezywają ją babą jagą.

– Wygląda jak wiedźma?

– Nawet nie, bo wiedźmy są stare. Ale ma potwornie długi nos.

– Nie powinnaś się. Królewno, szykować do wyjścia? Chyba nie chcesz spóźnić się do przedszkola, co?

– Głuptas! Przecież w soboty przedszkole jest zamknięte.

– Rzeczywiście ze mnie głuptas. Nawet nie wiem, jaki jest dzień tygodnia.

Rozmowa rozbudziła go na tyle, że miał ochotę wstać. Zapytał więc dziewczynkę, czy nie zjadłaby śniadania, a kiedy ta odparła, że jest bardzo głodna, dźwignął się z kanapy i włożył buty, zadowolony, że może się na coś przydać. Na zmianę skorzystali z toalety na parterze. Sachs opróżnił pęcherz, opłukał twarz wodą, po czym dziarsko ruszył do kuchni. Pierwsza rzecz, jaką zauważył, to pieniądze – pięć tysięcy dolarów leżało na stole tam, gdzie je wczoraj zostawił. Zdziwiło go, że Lillian nie wzięła ich na górę. Ciekaw był, czy coś się za tym kryje, czy też jest to zwykłe niedbalstwo. Na szczęście mała Maria była wtedy w toalecie, a zanim przyłączyła się do niego w kuchni, zdążył zabrać pieniądze ze stołu i schować w jednej z szafek.

Śniadanie nie zapowiadało się ciekawie. Stojące w lodówce mleko skwaśniało (czyli płatki kukurydziane na mleku nie wchodziły w grę), a ponieważ nie było jajek, Sachs nie mógł zrobić ani grzanek obtaczanych w jajku, ani omletu (drugi i trzeci wybór dziewczynki). W końcu udało mu się znaleźć paczkę pokrojonego chleba i po wyrzuceniu pierwszych czterech kromek (pokrytych puszystą niebieskawą pleśnią) wspólnie uznali, że od biedy mogą zjeść tosty z dżemem truskawkowym. Kiedy pieczywo przypiekało się w tosterze, Sachs wydobył z głębi chłodziarki oszronioną puszkę koncentratu pomarańczowego, w plastikowym dzbanku (który najpierw musiał wyszorować) rozcieńczył jej zawartość z wodą, po czym przelał sok do szklanek. Prawdziwej kawy nigdzie nie dojrzał, lecz po dokładnym przeszukaniu szafek znalazł rozpuszczalną kawę bezkofeinową. Pijąc gorzki płyn, strasznie się wykrzywiał i co rusz chwytał się za gardło. Dziewczynka, zachwycona przedstawieniem, śmiała się do rozpuku. Zachęcony reakcją małej, Sachs wstał od stołu i zaczął się zataczać, wydając z siebie takie dźwięki, jakby się krztusił.

– Trucizna – wyszeptał, osuwając się na podłogę. – Hultaje mnie otruły.

Maria jeszcze głośniej zapiszczała z radości, ale kiedy Sachs zakończył przedstawienie i usiadł ponownie przy stole, natychmiast spoważniała, a w jej oczach pojawiło się zakłopotanie.

– To tylko zabawa – powiedział Ben.

– Wiem – odparła. – Chodzi o to, że nie lubię, jak ludzie umierają.

Zrozumiał swój błąd, lecz było za późno, żeby go naprawić.

– Ja nie umrę – rzekł.

– Właśnie, że umrzesz. Wszyscy umierają.

– Ale nie dziś. Ani nie jutra. Zobaczysz, nie zniknę tak szybko.

– Dlatego spałeś na kanapie? – zapytała dziewczynka. – Bo będziesz mieszkał razem z nami?

– Nie, nie zamieszkam w waszym domku. Ale będę twoim przyjacielem. I przyjacielem twojej mamy.

– Jesteś nowym narzeczonym mamusi?

– Nie, tylko zwykłym przyjacielem. Jeśli mi pozwoli, chciałbym jej pomóc.

– To dobrze – oznajmiła mata – bo ona potrzebuje pomocy. Dziś mają zakopać tatusia w ziemi i mama jest bardzo smutna.

– Tak ci powiedziała?

– Nie, nic nie mówiła, ale płakała. Stąd wiem, że jest smutna.

– I co, idziecie na cmentarz? Zobaczyć, jak tatusia zakopują w ziemi?

– Nie. Babcia i dziadek powiedzieli, że nie możemy.

– A gdzie mieszkają twoi dziadkowie? Tu, w Kalifornii?

– Nie. Daleko stąd. Leci się do nich samolotem.

– Pewnie na wschodnim wybrzeżu, co?

– W Maplewood. Nie wiem, gdzie to jest.

– Może w Maplewood w stanie New Jersey?

– Nie wiem. Wiem tylko, że to daleko stąd. Jak tatuś wspominał babcię i dziadka, to mówił, że mieszkają na drugim końcu świata.

– Przykro ci, kiedy myślisz o tatusiu, prawda, Królewno?

– Tak. Mamusia mówiła, że przestał nas kochać. Ale mnie wszystko jedno, po prostu chciałabym, żeby wrócił.

– On też na pewno tego pragnął.

– Wiem. Myślę, że chciał wrócić, ale nie mógł. Miał wypadek i zamiast przyjść do mnie, poszedł do nieba.

Jest taka mała, pomyślał Sachs, a wykazuje tak przerażające opanowanie. Kiedy siedzieli rozmawiając, jej małe roziskrzone oczka wpatrywały się w niego spokojnie; nie było w nich cienia zmieszania czy wątpliwości. Zdumiewało go, że dziecko umie tak idealnie naśladować dorosłych, że sprawia wrażenie osoby dorosłej i zrównoważonej, podczas gdy w rzeczywistości o niczym nie ma pojęcia. Żal mu było dziewczynki; wzruszała go jej odwaga, bohaterstwo malujące się na jej szczerej, żywej twarzyczce. Chciał cofnąć wszystko co powiedział, chciał, żeby Maria znów była szczerbatym dzieckiem z żółtą spinką zwisającą z loków, a nie żałosną miniatura dorosłej kobiety.

Kiedy z talerzy znikły ostatnie grzanki, Sachs zerknął na kuchenny zegar i zobaczył, że jest dopiero parę minut po wpół do ósmej. Spytał więc Marii, jak długo – jej zdaniem – Lillian będzie jeszcze spała, a gdy usłyszał, że mamusia wstanie dopiero za dwie lub trzy godziny, nagle wpadł na pewien pomysł. Zróbmy mamie niespodziankę, powiedział. Jeśli od razu weźmiemy się do roboty, to może zanim się obudzi, zdążymy sprzątnąć cały parter. Co ty na to, Królewno? Czy to nie byłoby wspaniałe? Mamusia budzi się, schodzi na dół, a tu wszystko lśni czystością. Natychmiast poprawi się jej humor, prawda? Dziewczynka uznała, że tak. Co więcej, sprawiała wrażenie autentycznie zadowolonej, jakby czuła ulgę, że wreszcie pojawił się ktoś, kto przejął nad wszystkim kontrolę. Ale musimy być cicho, powiedział Sachs, przykładając palec do ust. Cicho jak myszki.

Oboje wzięli się do pracy; szybko, bez słowa, w idealnej harmonii uprzątnęli stół, zmietli z podłogi potłuczone filiżanki, napełnili zlew ciepłą wodą i płynem do naczyń. Żeby ograniczyć hałas do minimum, gołymi rękami zeskrobywali z talerzy zeschłe resztki jedzenia i tkwiące w nich pety, wrzucając śmieci do papierowej torby. Chcąc zademonstrować swoje obrzydzenie do tak brudnej, nieprzyjemnej roboty, wystawiali języki i udawali, że wymiotują. Dziewczynka bardzo dzielnie się spisywała; kiedy zobaczyła, że w kuchni zapanował jako taki porządek, z zapałem pomaszerowała do salonu, gotowa do dalszej pracy. Dochodziła już dziewiąta, promienie słońca wpadały przez okna, oświetlając drobiny kurzu unoszące się w powietrzu. Kiedy tak stali na środku pokoju, spoglądając na bałagan i wspólnie zastanawiając się, jak najlepiej sobie z nim poradzić, Sachs zauważył, że nagle na twarzy Marii odmalował się lęk. Dziewczynka podniosła rękę i bez słowa wskazała na jedno z okien. Sachs odwrócił się i po chwili zobaczył, co ją przestraszyło: na trawniku przed domem stał młody, przedwcześnie łysiejący mężczyzna w kraciastym krawacie i brązowej sztruksowej marynarce, który wyglądał tak, jakby się zastanawiał, czy podejść do drzwi i nacisnąć dzwonek. Ben pogłaskał Marię po głowie, a następnie polecił jej, żeby poszła do kuchni i nalała sobie jeszcze jedną szklankę soku pomarańczowego. Sądząc po jej minie, dziewczynka wyraźnie zamierzała się sprzeciwić, ale potem, zapewne nie chcąc sprawić przykrości swemu nowemu przyjacielowi, skinęła głową i posłusznie ruszyła do kuchni. Omijając leżące na podłodze graty, Sachs dotarł do drzwi, otworzył je najciszej jak mógł i wyszedł na ganek.