– Czym mogę panu służyć? – zapytał faceta na trawniku.
– Tom Mueller – przedstawił się gość. – Z „San Francisco Chronicle”. Chciałbym zamienić słowo z panią Dimaggio.
– Przykro mi. Pani Dimaggio nie udziela wywiadów.
– Nie chodzi o wywiad, chcę tylko porozmawiać. Moją gazetę interesuje sprawa morderstwa, ale widziana oczami wdowy. Jesteśmy gotowi sporo zapłacić.
– Nic z tego. Pani Dimaggio nie życzy sobie rozmów z dziennikarzami.
– Może zmieniła zdanie. Nie uważa pan, że przynajmniej należy ją o to spytać?
– Nie, nie uważam – odparł Ben.
– A kim pan jest? Jej rzecznikiem prasowym?
– Przyjacielem rodziny.
– I występuje pan w jej imieniu?
– Zgadza się. Ochraniam ją przed takimi facetami jak pan. A skoro już to sobie wyjaśniliśmy, myślę, że powinien pan odejść.
– W jaki sposób mógłbym się skontaktować z panią Dimaggio?
– Listownie. Nic prostszego.
– Świetny pomysł. Ja napiszę list, a pan go wyrzuci, zanim ona nawet przeczyta.
– Cóż, panie Mueller, życie nie zawsze jest usłane różami. A teraz lepiej niech pan rusza w drogę. Chyba pan nie chce, żebym dzwonił na policję, prawda? Bo stoi pan na cudzym terenie.
– Dobra, już spadam. Pomocny to ty nie jesteś, koleś.
– Niech się pan nie przejmuje, naprawdę nie warto. Za tydzień nikt w San Francisco nie będzie o tej sprawie pamiętał. Nazwisko Dimaggio będzie się wszystkim kojarzyć wyłącznie ze sławnym baseballistą.
Rozmowa dobiegła końca, ale Sachs nawet nie drgnął z miejsca; nie zamierzał wracać do środka, dopóki dziennikarz nie zniknie mu z oczu. Mueller przeszedł przez jezdnię, wsiadł do samochodu, włączył silnik. Na pożegnanie puknął się w czoło, lecz Sachs zignorował ten obraźliwy gest, który świadczył jedynie o tym, że umiejętnie poradził sobie z przedstawicielem prasy. Kierując się do drzwi, mimo woli uśmiechnął się na myśl o tym, jaką złość wzbudził w dziennikarzu. Nie, bynajmniej nie czuł się jak rzecznik prasowy, raczej jak szeryf, i ta rola całkiem mu się podobała.
Kiedy wszedł do domu, ujrzał stojącą na schodach Lilian. Potargana, o zapuchniętych oczach, ubrana w biały szlafrok frotte, jeszcze nie zdołała do końca otrząsnąć się ze snu.
– Pewnie powinnam ci podziękować – rzekła, przeczesując palcami swoje krótkie włosy.
– Za co? – spytał Ben udając, że nie wie, o co jej chodzi.
– Że przepędziłeś tego typa. Gładko ci poszło. Jestem pod wrażeniem.
– E tam, to drobiazg, psze pani – rzekł, naśladując wiejskiego osiłka. – Wykonywałem swoją robotę, psze pani. To wszystko, psze pani.
Uśmiechnęła się.
– Jeśli taka robota cię interesuje, to proszę bardzo. Idzie ci dużo lepiej niż mnie.
– A nie mówiłem, że mogę się przydać? – spytał swoim normalnym głosem. – Daj mi szansę, Lillian. Udowodnię ci, że wcale nie jestem taki zły.
Zanim Lillian zdążyła odpowiedzieć, do przedpokoju wbiegła Maria. Kobieta przeniosła wzrok z Sachsa na córeczkę.
– Cześć, skowroneczku. Ale z ciebie ranny ptaszek.
– Zgadnij, mamusiu, co robiliśmy! – zawołała dziewczynka. – Nie uwierzysz własnym oczom.
– Za chwilę zejdę na dół, kochanie. Najpierw wezmę prysznic i się ubiorę. Pamiętaj, że idziemy dziś do Billie i Dot. Nie możemy się spóźnić.
Znikła na jakieś trzydzieści, czterdzieści minut, a w tym czasie Maria z Sachsem ponownie przystąpili do sprzątania salonu. Podnieśli z podłogi wałki i poduszki, wyrzucili do śmieci gazety i poplamione kawą kolorowe tygodniki, odkurzaczem zebrali z dywanu popiół. Im większa stawała się uprzątnięta powierzchnia (a zatem im więcej mieli miejsca, żeby się swobodnie poruszać), tym szybciej wykonywali różne czynności; pod sam koniec śmigali jak postaci na filmie puszczonym w przyśpieszonym tempie.
Trudno było nie zauważyć różnicy w wyglądzie salonu, ale kiedy Lillian zeszła na dół, Sachsa zdumiała jej powściągliwa reakcja; uważał, że choćby ze względu na córkę mogła okazać więcej entuzjazmu.
– Ładnie, całkiem ładnie. – Pokiwała głową, przystanąwszy na moment w progu. – Powinnam częściej spać do późna. – Uśmiechnęła się i to była cała jej pochwała; nawet nie racząc się rozejrzeć, poszła do kuchni, żeby coś przekąsić.
Trochę się zrehabilitowała w oczach Bena, kiedy pocałowała córkę w czoło, ale po chwili, gdy wysłała dziecko na górę, żeby się przebrało, i został z nią sam na sam, poczuł się spięty; zupełnie nie wiedział, co ma robić. Lillian krzątała się po kuchni pogrążona w zadumie. Nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, więc tkwił bez słowa przy drzwiach patrząc, jak wyciąga z lodówki torebkę prawdziwej kawy (którą on przeoczył) i stawia na ogniu czajnik z wodą. Ubrana była sportowo, w ciemne spodnie, biały golf i buty na płaskim obcasie, ale usta i oczy miała umalowane, a w powietrzu czuło się lekki zapach perfum. Sachs nie mógł się połapać, co jest grane. Lillian stanowiła dla niego zagadkę – raz uśmiechała się przyjaźnie, po chwili ziała chłodem, w jednym momencie sprawiała wrażenie osoby przytomnej, w innym całkiem roztargnionej – a im bardziej starał się rozgryźć jej zachowanie, tym mniej je rozumiał.
W końcu zaproponowała Sachsowi kawę, ale zaraz potem znów przestała się do niego odzywać, jakby nie była pewna, czy ma pozwolić obcemu zostać w jej domu, czy wyrzucić go za drzwi. Chcąc przerwać ciszę, Sachs wspomniał o pięciu tysiącach, które leżały rano na stole, po czym otworzył szafkę i wskazał miejsce, gdzie schował pieniądze. Ich widok nie zrobił na Lillian żadnego wrażenia.
– Aha – mruknęła patrząc na plik banknotów, a potem odwróciła się piecami do Bena i spoglądając przez okno na podwórze za domem, dalej bez słowa piła kawę.
Nie zrażony jej zachowaniem, Sachs odstawił filiżankę i oświadczył, że za chwilę przyniesie dzisiejszą ratę, po czym nie czekając na odpowiedź, udał się do samochodu. Z torby w bagażniku wyjął tysiąc dolarów. Kiedy po trzech lub czterech minutach wrócił do kuchni, Lillian wciąż stała w tej samej pozycji co przedtem, zamyślona, ze wzrokiem utkwionym w okno, z ręką upartą na biodrze. Sachs podszedł do niej, pomachał jej pieniędzmi przed twarzą i spytał, gdzie ma je położyć.