– Gdzie chcesz – odparła.
Bijąca od niej apatia powoli zaczynała działać mu na nerwy, toteż zamiast zostawić pieniądze na stole, otworzył górne drzwi lodówki i wrzucił banknoty do zamrażarki. Rezultat był taki, jak oczekiwał. Kobieta odwróciła się zaskoczona i spytała, dlaczego to zrobił. Zamiast odpowiedzieć, Sachs podszedł do szafki, wyjął pięć tysięcy dolarów, które schował tam rano, i dorzucił je do tysiąca w zamrażarce.
– Zamrozimy kapitał – oznajmił, poklepując drzwi lodówki. – Skoro nie chcesz mi powiedzieć, czy przyjmujesz pieniądze, czy nie, to je zamrozimy. Niezłe, co? Kiedy nadejdzie wiosna i zacznie się odwilż, zajrzysz tu i odkryjesz, że jesteś bogata.
Zobaczył, że w kącikach jej ust błąka się lekki uśmiech, a to znaczyło, że wreszcie udało mu się przełamać jej opór, wciągnąć ją do gry. Chcąc zyskać na czasie i lepiej przygotować ripostę, wypiła jeszcze jeden łyk kawy.
– Moim zdaniem, forsa w lodówce to kiepski interes – rzekła po chwili.
– Fakt. Ale skoro nie jesteś nią zainteresowana…
– Tego nie powiedziałam.
– Fakt. Ale również nie powiedziałaś, że jesteś zainteresowana.
– Póki nie mówię „nie”, może myślę „tak”.
– Nie czytam w twoich myślach, Lillian. Wiesz, może nie rozmawiajmy o tym, dopóki nie podejmiesz decyzji. Dobrze? Po prostu udawajmy, że nie ma żadnej forsy.
– W porządku – ona na to. – Mnie to odpowiada.
– Świetnie. Czyli im mniej powiedziane, tym lepiej.
– Tak jest, nie mówimy na ten lemat. I któregoś pięknego dnia otworzę oczy, a ciebie nie będzie.
– No właśnie. Dżinn schowa się z powrotem do dzbana i więcej go nie zobaczysz.
Strategia Sachsa niby się powiodła, ale właściwie trudno mu było powiedzieć, czy cokolwiek zdołał osiągnąć poza ogólną zmianą nastroju. Okazało się jednak, że tak, że osiągnął bardzo dużo. Po chwili do kuchni przybiegła Maria wystrojona w biało-różową sukienkę i skórzane trzewiki. Zasapana, podniecona, spytała matkę, czy Ben wybierze się z nimi do Billie i Dot. Kiedy Lillian odparła, że nie, Sachs postanowił wsiąść do samochodu i ruszyć na poszukiwanie pokoju w motelu, nagle jednak Lillian dodała, że nie ma pośpiechu, jeśli Sachs chce, proszę bardzo, może zostać dłużej. One wrócą dopiero wieczorem, więc jeśli ma ochotę, może wziąć prysznic, ogolić się, wszystko jedno o której wyjdzie, byleby dobrze zatrzasnął drzwi. Bena dosłownie zatkało. Nim zdążył zareagować, Lilian namówiła córkę, aby poszły do łazienki się uczesać, a kiedy się z powrotem wyłoniły, jakoś samo przez się było zrozumiałe, że one wyjdą pierwsze, a on jeszcze zostanie. Nie potrafił sobie wytłumaczyć tej niespodziewanej, tak zdumiewającej zmiany. Ale nie szkodzi, nie zamierzał protestować. Niecałe pięć minut później matka z córką zamknęły za sobą drzwi, a po chwili wsiadły do szarawej hondy i znikły w jasnym porannym słońcu.
Prawie godzinę spędził na górze w łazience, najpierw wylegując się w wannie, potem goląc się przed lustrem. Dziwnie się czuł, gdy tak leżał goły w ciepłej wodzie i spoglądał na rzeczy należące do Lillian: na dziesiątki kremów i płynów, na szminki i pojemniczki z tuszem do rzęs, na mydła, lakiery do paznokci, flakoniki perfum. Ta przymusowa, jakby narzucona intymność podniecała go, a zarazem napawała wstrętem. Znalazł się w prywatnym królestwie Lillian Stern, w samym jego sercu, w miejscu, gdzie oddawała się najbardziej tajemnym rytuałom, a mimo to wciąż miał wrażenie, że dzieli ich przepaść. Mógł wąchać jej rzeczy, brać je do ręki, oglądać z bliska. Mógł umyć głowę jej szamponem, ogolić się jej żyletką, wyszorować zęby jej szczoteczką – skoro jednak Lillian wpuściła go do pomieszczenia, w którym trzymała swoje przybory toaletowe, znaczyło to, że przywiązywała do nich znikomą wagę.
Kąpiel go odprężyła, poczuł się rozleniwiony, prawie senny; wycierając ręcznikiem włosy, przez kilka minut krążył po piętrze, zaglądając do trzech znajdujących się tam niedużych pokoi. Jeden należał do Marii, drugi do Lillian, trzeci – niewiele większy od sporej komórki – służył kiedyś jako gabinet Reeda Dimaggio. Stało tu biurko i półka na książki, a w całą wolną przestrzeń wciśnięto tyle rupieci (kartony, sterty ubrań i zabawek, czarno-biały telewizor), że Sachs szybko się wycofał, nawet nie próbując wejść do środka. Wszedł natomiast do pokoju Marii, rzucił okiem na jej lalki i książeczki, na zdjęcia z przedszkola wiszące na ścianie, na gry planszowe i pluszowe zwierzaki. Pokój dziewczynki, choć panował w nim nieporządek, był jednak schludny w porównaniu z pokojem Lillian. Tu dopiero było królestwo bałaganu, stolica niechlujstwa! Nie pościelone łóżko, porozrzucane części garderoby i bielizny, przenośny telewizor, na którym stały dwie zabrudzone szminką filiżanki do kawy, podłoga zawalona pismami i książkami. Sachs spojrzał na tytuły, które walały się pod nogami (ilustrowany podręcznik wschodniego masażu, bestseller o reinkarnacji, dwa kryminały, biografia Louise Brooks), ciekaw, czy na ich podstawie można odgadnąć zainteresowania Lillian. Po chwili, niemal jak w transie, zaczął wysuwać szuflady komody i oglądać ich zawartość: każdą rzecz – majtki, staniki, pończochy, halki – brał na moment do ręki, potem odkładał na miejsce i brał następną. Kiedy to samo zrobił z zawartością szafy, nagle przypomniał sobie groźbę Lillian i przeniósł wzrok na stojące po obu stronach łóżka szafki nocne. Sprawdziwszy je, doszedł do wniosku, że po prostu blefowała. Nigdzie nie było żadnej broni.
Widząc, że telefon jest wyłączony z gniazdka, Sachs włączył go z powrotem. Ledwo to uczynił, rozległ się przeraźliwy terkot. Dźwięk był tak głośny, że Sachs podskoczył, zamiast jednak podnieść słuchawkę, usiadł na łóżku i czekał, aż dzwoniący się zniechęci. Po osiemnastu czy dwudziestu dzwonkach telefon wreszcie zamilkł. Kiedy nastała cisza, Sachs chwycił słuchawkę i wykręcił numer Marii Turner w Nowym Jorku. Skoro rozmawiała już z Lillian, wiedział, że nie powinien dłużej zwlekać. Nawet nie tyle mu chodziło o oczyszczenie atmosfery między nimi, co o oczyszczenie własnego sumienia. Był jej winien jakieś usprawiedliwienie, a także przeprosiny za to, że wyjechał bez pożegnania.
Spodziewał się, że będzie na niego zła, lecz nie oczekiwał takiego ataku wściekłości. Ledwo Maria rozpoznała jego głos, natychmiast zaczęła go wyzywać od idiotów, skurwysynów, oszustów. Nigdy dotąd nie słyszał, aby odzywała się tak do kogokolwiek. Przez kilka minut nie dopuszczała go do słowa, tylko z dziką, narastającą furią miotała przekleństwa. Kiedy tak siedział przerażony, ze słuchawką przy uchu, wreszcie uświadomił sobie to, co – gdyby nie był takim durniem – zrozumiałby wcześniej w Nowym Jorku. Maria się w nim zadurzyła i pomijając oczywiste powody jej złości (to, że wyjechał chyłkiem i że się okazał takim niewdzięcznikiem), zachowywała się jak porzucona kochanka, jak kobieta, którą zostawił dla innej. Co gorsza, ubzdurała sobie, że porzucił ją dla osoby, która kiedyś była jej najlepszą przyjaciółką. Sachs usiłował wybić to Marii z głowy. Pojechał do Kalifornii z przyczyn osobistych, Lillian nic a nic dla niego nie znaczy, Maria się myli, niesłusznie go podejrzewa – tłumaczył się jednak tak nieporadnie, że Maria zaczęła mu wymyślać od kłamców. Rozmowa przybierała coraz gorszy obrót, na szczęście Sachs zdołał raz i drugi ugryźć się w język, przemilczeć zniewagę i w końcu duma Marii wzięła górę nad jej złością. Straciła chęć do dalszych inwektyw; zamiast przeklinać, zaczęła się śmiać – może z niego, a może z siebie. Po chwili śmiech nagle przeszedł w łzy; jej histeryczny szloch przejął Sachsa dogłębnie. Sporo czasu minęło, zanim się uspokoiła i mogli normalnie porozmawiać. Nie żeby rozmowa cokolwiek dała, ale przynajmniej prowadzili ją bez zacietrzewienia. Maria uważała, że powinien zadzwonić do Fanny – powiedzieć jej, że nic mu nie jest, że żyje – ale Sachs odmówił. Jego zdaniem byłoby to zbyt ryzykowne. Na pewno powiedziałby jej o Reedzie Dimaggio, a nie chciał wplątywać Fanny w swoje kłopoty. Im mniej o wszystkim wie, tym lepiej. Po co ją do tego mieszać, w dodatku niepotrzebnie? Po to, odparła Maria, że Fanny należy się wyjaśnienie. Sachs ponownie przytoczył argumenty przeciwko rozmowie z żoną i przez dobre pół godziny spierali się, nie mogąc się nawzajem przekonać. Nie było jednej prawdy, jedynej słusznej drogi postępowania, mimo to każde z nich uparcie trwało przy swoich opiniach i poglądach. Mogli byli oszczędzić sobie dyskusji.