– To nie ma sensu – powiedziała wreszcie Maria. – Ty w ogóle nie słuchasz, co do ciebie mówię.
– Słucham. Tylko się z tobą nie zgadzam.
– Sam sobie zaszkodzisz, Ben. Im dłużej będziesz zwlekał, tym bardziej sobie zaszkodzisz. Kiedy dojdzie do składania zeznań…
– Nie zamierzam składać żadnych zeznań.
– Może będziesz musiał. Może policja cię znajdzie i nie będziesz miał innego wyjścia.
– Spokojna głowa. Żeby wpadli na mój trop, ktoś musiałby dać im cynk. A ty mnie nie wydasz, prawda? Przynajmniej taką mam nadzieję. Mogę ci na tyle ufać, co, Mario?
– Możesz. Ale nie jestem jedyną osobą, która orientuje się we wszystkim. Lillian też wie, a nie mam przekonania, czy ona umie dotrzymać słowa.
– Nie, Lillian nikomu nic nie powie. To byłoby nielogiczne. Za wiele ma do stracenia.
– W kontaktach z Lillian nie liczyłabym na logikę, Ben. Ona nie myśli w ten sam sposób co ty. Nie stosuje tych samych reguł. Jeśli jeszcze tego nie odkryłeś, napytasz sobie biedy.
– I tak mam same kłopoty. Trochę więcej mi nie zaszkodzi.
– Dobrze ci radzę, Ben, wyjedź stamtąd. Wszystko jedno dokąd. Po prostu wsiądź do samochodu i wyjedź. Teraz, od razu, zanim Lillian wróci do domu.
– Nie mogę – powiedział. – Muszę doprowadzić do końca to, co zacząłem. Po prostu muszę. To moja jedyna szansa; nie mogę jej zaprzepaścić własnym tchórzostwem.
– Wpadniesz w gówno po uszy.
– Już wpadłem. Teraz chodzi o to, żeby się wydostać z powrotem na powierzchnię.
– Są prostsze sposoby.
– Nie w moim wypadku.
Na drugim końcu linii zapadła dłuższa cisza. Potem Sachs usłyszał, jak Maria bierze głęboki oddech. Jej głos drżał, gdy wreszcie przemówiła.
– Nie mogę się zdecydować, czy mam ci współczuć, czy otworzyć usta i zacząć wyć.
– Nie musisz robić ani tego, ani tego.
– To prawda. Mogę po prostu zapomnieć, że cię kiedykolwiek znałam. Jest przecież i taka możliwość.
– Rób, co ci serce dyktuje.
– No właśnie. Innymi słowy, jeżeli chcesz postąpić głupio, mam się nie wtrącać. W porządku. Ale pamiętaj, co ci mówiłam, Ben. Dobrze? Pamiętaj, że radziłam ci jak przyjaciel.
Był bardzo roztrzęsiony po rozmowie z Marią. Jej ostatnie słowa zabrzmiały jak pożegnanie, jak deklaracja, że to koniec z ich przyjaźnią. Wszystko jedno, co doprowadziło do konfliktu: zazdrość, autentyczna troska czy trochę tego, trochę tamtego. Skutek był taki, że Sachs wiedział, iż nigdy więcej nie będzie mógł zwrócić się do niej o pomoc. Może nawet Marii wcale nie o to chodziło, może ucieszyłaby się, gdyby znów zadzwonił, jednakże ten telefon pozostawił zbyt wiele niejasności, stworzył zbyt wielką przepaść. Jakżeby mógł ponownie szukać u niej pomocy wiedząc, że sama rozmowa z nim sprawia jej ból? Naprawdę nie chciał jej skrzywdzić, ale teraz było już za późno; zrozumiał, że stracił najlepszego sprzymierzeńca, jedyną osobę, na którą mógł liczyć. Przyjechał do Kalifornii zaledwie wczoraj, a już palił za sobą mosty.
Jednym telefonem mógł jeszcze wszystko naprawić, ale zamiast sięgnąć ponownie po słuchawkę, wstał i wrócił do łazienki. Ubrał się, przeczesał włosy szczotką Lillian, po czym spędził osiem i pół godziny na doprowadzaniu domu do porządku. Od czasu do czasu robił przerwę na posiłek – myszkował wtedy po lodówce i szafkach, aż znajdował coś, co się nadawało do jedzenia (zupa w puszce, kiełbaski, torebka mieszanych orzeszków) – ale poza tym pracował bez wytchnienia do dziewiątej wieczorem. Postawił sobie za cel wyczyścić dom tak, żeby cały lśnił, uczynić z niego przytulne, zaciszne gniazdko. Oczywiście nic nie mógł poradzić na zniszczone meble, popękany sufit w pokojach na piętrze czy zardzewiały zlew w kuchni, ale przynajmniej z brudem i bałaganem zamierzał się uporać. Posuwając się metodycznie od tyłu domu ku frontowi, od parteru ku pomieszczeniom na piętrze, od większego bajzlu ku mniejszemu, każdy pokój po kolei sprzątał, szorował, odkurzał, porządkował. Pucował muszle klozetowe, układał równo noże i widelce, składał ubrania i chował je do szafy, zbierał z podłogi klocki Lego, miniaturowe filiżanki do herbaty, oderwane ręce i nogi plastikowych lalek. Na końcu – za pomocą gwoździ i śrubek, które znalazł w dolnej szufladzie szafki kuchennej – umocował solidnie nogi stołu w jadalni. Nie tknął jedynie gabinetu Dimaggio. Czuł wewnętrzny opór przed ponownym otwarciem tego pokoju, ale nawet gdyby chciał wejść do środka i tam posprzątać, to i tak nie wiedziałby, co począć z tonami śmieci. Zresztą robiło się coraz później i bał się, że nie skończy przed powrotem Lillian.
Wiedział, że powinien zbierać się do wyjścia. Lillian wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie go widzieć, kiedy wróci wieczorem do domu, zamiast jednak wsiąść do samochodu i ruszyć na poszukiwanie noclegu na mieście, Sachs poszedł do salonu, zdjął buty i wyciągnął się na kanapie. Chciał chwilę odpocząć. Był bardzo zmęczony i uznał, że jeśli wyjdzie kilka minut później, nic złego się nie stanie. Ale o dziesiątej wciąż leżał na kanapie. Zdawał sobie sprawę, że sprzeciwianie się woli Lillian może być ryzykowne, a z drugiej strony przerażała go myśl, że miałby teraz znaleźć się na zewnątrz. W domu Lillian czuł się bezpiecznie, o wiele bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. I chociaż nie miał prawa tu przebywać, uznał, że może warto na nią poczekać, zobaczyć, jak zareaguje na jego obecność. Chyba będzie zaskoczona, że jeszcze nie wyszedł, zależało mu jednak, aby sobie uświadomiła jedną ważną rzecz. Taką mianowicie, że on, Sachs, stał się nieodłączną częścią jej życia i że nie tak łatwo zdoła się go pozbyć. Liczył, że po reakcji Lillian oceni, czy ona to rozumie.
W chwili jej powrotu do domu miał zamiar udawać, że śpi. Ale Lillian wróciła znacznie później, niż to rano planowała, i Ben nie tylko leżał wyciągnięty na kanapie, z zamkniętymi oczami, ale spał w najlepsze. W pokoju paliły się wszystkie światła. Był to oczywiście duży błąd, ale na szczęście o niczym nie przesądził. W każdym razie o wpół do drugiej w nocy rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi, który zbudził mojego przyjaciela. Gdy Ben uniósł powieki, ujrzał Lillian trzymającą na rękach śpiącą córeczkę. Ich spojrzenia się spotkały, przez usta kobiety przemknął uśmiech. Po chwili, nie odzywając się słowem, poszła z Marią na górę. Sachs zakładał, że Lillian położy dziewczynkę spać i wróci na dół, ale wiele jego założeń było mylnych – to również. Słyszał, jak Lillian wchodzi do łazienki i myje zęby, a po jakimś czasie przechodzi do sypialni i włącza telewizor. Dźwięk był cicho nastawiony, więc niewiele docierało na dół: jakieś zlewające się głosy, przytłumiona muzyka. Sachs usiadł na kanapie, przekonany, że lada moment Lillian zejdzie na rozmowę. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny, wreszcie wyłączyła telewizor. Odczekał kolejne dwadzieścia minut, a kiedy się nie pojawiła, zrozumiał, że nie ma zamiaru z nim rozmawiać i że pewnie już śpi. Czuł, że odniósł pewnego rodzaju triumf, ale nie bardzo wiedział, co ma z tym triumfem począć. Na razie zgasił światła w salonie i ponownie wyciągnął się na kanapie; leżał z otwartymi oczami, wsłuchując się w ciszę domu.