Выбрать главу

Lillian nie wspominała więcej o motelu. Odtąd Sachs każdą noc spędzał na kanapie w salonie. Matka z córką zaakceptowały to bez słowa. Nie kwestionowały obecności Bena; to, że kręcił się po ich domu, przyjmowały jako coś naturalnego, zasługującego na nie większą uwagę niż drzewo w ogrodzie, kamień przy ścieżce czy drobina kurzu unosząca się w powietrzu. Właśnie tak to sobie Sachs wymarzył, jednakże jego rola nadal pozostawała nie sprecyzowana. Wszystko odbywało się według dziwnych, niepisanych reguł i Sachs instynktownie wyczuwał, że nie powinien pytać Lillian, czego po nim oczekuje. Musiał to odkryć samodzielnie, znaleźć dla siebie najwłaściwsze miejsce, opierając się na najdrobniejszych aluzjach i gestach, na trudnych do odcyfrowania półsłówkach i niedopowiedzeniach. Nie bał się tego, co nastąpi, jeżeli źle odczyta wskazówki (chociaż nie wątpił, że wszystko może się jeszcze obrócić przeciw niemu, że Lillian może spełnić swoją groźbę i zadzwonić na policję), po prostu chciał, żeby jego zachowanie było bez zarzutu. Bądź co bądź dlatego przyjechał do Kalifornii: żeby rozpocząć nowe życie, stać się ucieleśnieniem dobra, przeistoczyć się w kogoś zupełnie innego. Ale to Lillian była instrumentem zmiany – tylko z jej pomocą owa transformacja mogła dojść do skutku. Przedtem myślał o tym jak o podróży, długiej wędrówce ku mrocznym zakamarkom duszy, ale teraz gdy poczynił już pierwsze kroki, nie był pewien, czy podąża we właściwym kierunku.

Całą sytuację znosiłby znacznie lepiej, gdyby Lillian była kimś innym, ponieważ spanie z nią noc w noc pod jednym dachem stanowiło dla niego ciężką próbę. Już po dwóch dniach z przerażeniem zdał sobie sprawę, jak bardzo pragnie jej dotknąć. Nie chodziło o jej urodę, lecz o to, że pozwalała mu tylko na siebie patrzeć. Gdyby Lillian nie była tak zamknięta w sobie, gdyby z nim normalnie rozmawiała, może zdołałby czym innym zająć umysł i zapomnieć o pożądaniu. Ale ona nie odsłaniała przed nim swoich myśli, a zatem znał ją wyłącznie od strony zewnętrznej, od strony jej powierzchowności. A ta piękna zewnętrzna powłoka miała niezwykłą siłę oddziaływania: urzekała, atakowała zmysły, powodowała przyśpieszenie pulsu, skłaniała do łamania wszelkich danych sobie obietnic. Sachs nie był na to przygotowany. Musiał toczyć walkę z własną chucią, co zupełnie nie mieściło się w planie, który tak starannie obmyślił. Prosta na pozór sytuacja przerodziła się w zawiły labirynt pełen gorączkowych strategii i ukrytych celów.

Oczywiście Sachs niczego po sobie nie pokazywał. W tych okolicznościach jedyne, co mógł zrobić, to z niewzruszonym spokojem przyjmować obojętność Lillian i udawać, że jest zachwycony obecnym stanem rzeczy. Zawsze gdy przebywał w jej towarzystwie, zachowywał się pogodnie; był beztroski, przyjacielski, usłużny, często się uśmiechał, nigdy nie narzekał. Ponieważ wiedział, że Lillian ma się na baczności i podejrzewa go o uczucia, które istotnie nim miotały, pilnował się, aby nie przyłapała go na tym, jak pożera ją wzrokiem. Jedno nieostrożne łypnięcie mogło wszystko zniszczyć. Musiał bardzo uważać, albowiem Lillian, nawykła do tego, że mężczyźni się na nią gapią, była szczególnie wyczulona na pewnego typu spojrzenia i natychmiast dojrzałaby w jego oczach żądzę. Zmuszony do skrywania uczuć, w towarzystwie Lillian odczuwał niesamowite napięcie, ale brał się w garść i nie tracił nadziei. O nic jej nie prosił, niczego od niej nie oczekiwał i tylko modlił się, żeby kiedyś wreszcie udało mu się skruszyć jej opór. Wytrwałość była jego jedyną bronią, więc korzystał z niej przy każdej sposobności; upokarzał się z takim samozaparciem, z takim poświęceniem, że w końcu coś, co z początku było słabością, stało się jego siłą.

Przez pierwszych dwanaście, może piętnaście dni prawie nie zamieniła z nim słowa. Nie miał pojęcia, co porabiała podczas swoich częstych i długich nieobecności w domu, i chociaż dużo by dał, żeby wiedzieć, nigdy nie ośmielił się jej o nic pytać. Uważał, że takt i delikatność są ważniejsze niż potrzeba zaspokojenia ciekawości, więc zamiast narażać się na gniew Lillian, starał się poskromić swoją ciekawość i po prostu czekał na rozwój wydarzeń. Lillian przeważnie wychodziła z domu o dziewiątej, najpóźniej o dziesiątej rano. Czasem wracała wczesnym wieczorem, czasem grubo po północy. Niekiedy wychodziła rano, wracała wieczorem, żeby się przebrać, po czym znów wychodziła na wiele godzin. Dwa lub trzy razy pojawiła się z powrotem dopiero następnego ranka; wówczas szybciutko szła do siebie na górę, przebierała się i ponownie znikała na cały dzień. Sachs podejrzewał, że spędza wieczory w męskim towarzystwie – albo ciągle z tym samym facetem, albo za każdym razem z innym – nie miał jednak pojęcia, dokąd udawała się w ciągu dnia. Przypuszczał, że do jakiejś pracy, ale czy na pewno? Przecież równie dobrze mogła cały dzień jeździć bez celu po mieście, chodzić do kina albo stać na plaży obserwując fale.

Pomimo swoich tajemniczych wypadów nigdy nie omieszkała poinformować Sachsa, kiedy może się jej spodziewać z powrotem. Oczywiście robiła to bardziej z myślą o córce niż o nim, ale – chociaż podawała czas w dużym przybliżeniu („Wrócę bardzo późno” albo „Do zobaczenia jutro rano”) – przynajmniej mógł sobie zaplanować dzień i własne zajęcia tak, aby dom nadal sprawnie funkcjonował. Ponieważ Lillian tyle godzin spędzała na mieście, opieka nad Marią spoczywała niemal wyłącznie na Sachsie. To go najbardziej zdumiewało; choć w stosunku do niego Lillian zawsze była szorstka i oziębła, bez wahania powierzyła mu opiekę nad dzieckiem, a to znaczyło, że miała do niego zaufanie, może nawet większe, niż zdawała sobie sprawę. Starał się patrzeć optymistycznie na tę anomalię. Świadom był, rzecz jasna, że Lillian go wykorzystuje – traktuje jak frajera, na którego może zrzucić swoje obowiązki – a z drugiej strony jej zachowanie wyraźnie wskazywało, iż czuje się z nim bezpieczna i wie, że jej nie skrzywdzi.

Towarzystwa dotrzymywała Sachsowi dziewczynka, ona była jego nagrodą pocieszenia, jego prawdziwą radością. Codziennie rano szykował Marii śniadanie, potem odprowadzał ją do przedszkola, po południu ją stamtąd odbierał, wieczorem zaś szczotkował jej włosy, przygotowywał kąpiel, otulał ją kołderką. Były to drobne przyjemności, których wcześniej nie mógł przewidzieć, a teraz im dłużej przebywał z dziewczynką, tym bardziej czuł się z nią zżyty. W przeszłości o opiekę nad córką Lillian prosiła kobietę, która mieszkała przecznicę dalej, ale pani Santiago, choć była nad wyraz sympatyczna, miała własną liczną gromadkę i na Marię zwracała uwagę tylko wtedy, gdy któreś z dzieci jej dokuczało. Dwa dni po tym, jak Sachs się do nich wprowadził, dziewczynka oznajmiła z powagą, że nigdy więcej nie pójdzie do pani Santiago. Lubi przebywać z Sachsem, więc gdyby jemu to nie wadziło, wolałaby z nim spędzać czas po powrocie z przedszkola. Ben odparł, że byłby zachwycony. Rozmawiali w drodze do domu i chwilę po tym, gdy to powiedział, poczuł, jak malutka rączka zaciska się wokół jego kciuka. Jakieś pół minuty szli w milczeniu, po czym dziewczynka zwolniła i rzekła:

– Poza tym pani Santiago ma własne dzieci, a ty nie, prawda?

Już poprzednio jej mówił, że nie ma ani synka, ani córeczki, ale skinął głową, pokazując małej, że słusznie rozumuje.