Выбрать главу

– Nie bój się – powiedziała kobieta, nie przejmując się odmową i napełniając kieliszek. – Przecież cię nie otruję.

– Wiem – odparł. – Ja tylko myślałem…

Przerwała mu, zanim zdążył dokończyć.

– Lepiej tyle nie myśl. Po prostu napij się, wyluzuj. Łyk alkoholu dobrze ci zrobi.

Nazajutrz wszystko wróciło do dawnego porządku. Lillian wyszła z domu raniutko, wróciła dopiero następnego dnia o świcie i przez resztę tygodnia prawie w ogóle się nie pokazywała. Sachs miał coraz większy mętlik w głowie. Niczego już nie był pewien i czuł, jak coraz bardziej przygniata go ciężar tej koszmarnej sytuacji. Zastanawiał się, czy jednak nie popełnił błędu. Może powinien był posłuchać Marii Turner? Może jego obecność tu nie ma sensu? Może powinien spakować manatki i wyjechać? Któregoś wieczoru przez wiele godzin rozmyślał o tym, czy nie oddać się w ręce policji. Przynajmniej skończyłaby się jego udręka. Zamiast wpychać pieniądze komuś, kto ich nie chce, może należało przeznaczyć je na adwokata? Może należało pomyśleć o przyszłości, o tym, jak uniknąć więzienia?

Tej samej nocy, kiedy zmęczony smętnymi rozważaniami próbował zasnąć na kanapie w salonie, nagle znów się wszystko odmieniło. Między dwunastą trzydzieści a pierwszą, gdy Sachs wolno zapadał w sen, na piętrze rozległ się tupot nóg. Uznawszy, że to pewnie Maria wędruje do łazienki, Ben ponownie zamknął oczy, ale nim zdołał zasnąć, usłyszał kroki na schodach. Nawet nie zdążył zrzucić koca i wstać ze swego prowizorycznego łoża, kiedy zapaliło się światło, zalewając silnym blaskiem cały pokój. Odruchowo przysłonił ręką oczy, a kiedy po chwili uniósł powieki, naprzeciw siebie ujrzał siedzącą w fotelu Lillian ubraną w szlafrok frotte.

– Musimy porozmawiać – rzekła.

Obserwował ją w milczeniu; wyjęła z kieszeni papierosa i przypaliła go zapałką. Z jej twarzy znikła wcześniejsza pewność siebie i wyraz zblazowania, z kolei w głosie pojawiła się obca dotąd nuta wątpliwości i wahania. Po chwili Lillian odłożyła zapałki na stolik stojący między fotelem a kanapą. Podążając za ruchem jej ręki, Sachs nagle przeniósł wzrok na krzykliwy zielony napis na różowym pudełku. Była to reklama usług erotycznych na telefon. I właśnie wtedy Sachs doznał olśnienia: zrozumiał, że wszystko na świecie jest ze sobą jakoś powiązane, że nic nie jest bez znaczenia.

– Nie chcę żebyś mnie dłużej uważał za potwora.

Od tych słów się zaczęło; potem w ciągu dwóch godzin Lillian powiedziała mu o sobie więcej niż w ciągu ostatnich kilku tygodni, a im dłużej mówiła, tym bardziej topniała w nim złość i żal, jaki do niej żywił. Bynajmniej nie było tak, że przeprosiła go za swoje dotychczasowe zachowanie, nie było też tak, że od samego początku wierzył w każde jej słowo, ale stopniowo, mimo rezerwy i nieufności, dotarło do niego, że jej jest równie ciężko jak jemu, że nie tylko ona go unieszczęśliwia, ale również on ją.

Nie od razu to zrozumiał. Najpierw podejrzewał, że to jakaś sztuczka, że Lillian z nim igra, zabawia się jego kosztem. Miał w głowie zamęt; przez moment był nawet święcie przekonany, że kobieta zdołała odczytać jego myśli, że wślizgnęła się do jego mózgu, usłyszała, o czym sam z sobą dyskutował, i wiedziała, że zastanawiał się nad ucieczką. Nie zeszła na dół, aby zawrzeć pokój. Zeszła, żeby go zmiękczyć, osłabić jego czujność, zatrzymać, dopóki nie da jej wszystkich pieniędzy. Był na granicy obłędu i gdyby Lillian sama nie wspomniała o pieniądzach, nie dowiedziałby się, jak bardzo się mylił. W każdym razie wtedy nastąpił przełom. Lillian zaczęła mówić o pieniądzach, a było to tak odmienne od tego, czego się spodziewał, że poczuł się zawstydzony, na tyle zawstydzony, że słuchał jej w skupieniu.

– Dałeś mi prawie trzydzieści tysięcy dolarów. Pieniędzy codziennie przybywa, a im więcej ich jest, tym bardziej mnie one przerażają. Nie mam pojęcia, jak długo zamierzasz się bawić w świętego Mikołaja, ale uważam, że trzydzieści tysięcy starczy. Starczy aż nadto. Myślę, że pora przyhamować, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

– Nie możemy przyhamować – wtrącił nieoczekiwanie dla samego siebie Sachs. – Dopiero zaczęliśmy.

– Nie wiem, czy dłużej dam radę.

– Na pewno. Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam. Po prostu nie przejmuj się, a wszystko będzie dobrze.

– Wcale nie jestem silna. Nie jestem silna, nie jestem dobra i kiedy mnie lepiej poznasz, pożałujesz, żeś tu w ogóle przyjechał.

– To, czy jesteś dobra czy nie, nie ma żadnego znaczenia. Pieniądze i tak ci się należą. Chodzi o sprawiedliwość.

Zaczęła płakać: siedziała patrząc prosto przed siebie i pozwalając łzom spływać po policzkach – nie wycierała ich, jakby sama przed sobą nie chciała przyznać się do płaczu. Był to płacz osoby dumnej, płacz znamionujący rozpacz, a jednocześnie opór i sprzeciw wobec tejże rozpaczy. Sachs z szacunkiem przyglądał się Lillian; bardzo dzielnie się trzymała. Póki nie zwracała uwagi na łzy i ich nie wycierała, w żaden sposób nie mogły jej upokorzyć.

Potem rozmowa przeszła w monolog; paląc jednego papierosa za drugim, Lillian opowiadała o sobie, o rzeczach, których żałowała i o które się obwiniała. To, co mówiła, było dla Sachsa w większości niezrozumiałe, ale nie chciał jej przerywać w obawie, żeby rozzłoszczona jakimś niewłaściwym słowem czy pytaniem zadanym w nieodpowiednim momencie znów nie zamknęła się w swojej skorupie. Przeskakiwała z tematu na temat. Najpierw mówiła o niejakim Franku, potem o jakimś facecie, który miał na imię Terry, a po chwili opowiadała o ostatnich latach małżeństwa z Dimaggio. Następnie wspomniała coś o policjantach, którzy przepytywali ją, kiedy znaleziono ciało jej męża, ale zanim skończyła wątek policyjny, zaczęła Sachsowi opowiadać o swoich planach: zamierzała wyjechać z Kalifornii, zamieszkać w innym stanie, rozpocząć całkiem nowe życie. Prawdę rzekłszy, podjęła już tę decyzję, kiedy nagle pojawił się on, Sachs, i jej plany wzięły w łeb. Przestała jasno myśleć; nie wie, co się z nią dzieje. Ben spodziewał się, że Lillian będzie dłużej użalać się nad sobą, ale nie – przeszła na temat pracy i niemal z dumą zaczęła opowiadać o tym, jak doskonale sobie radziła po rozstaniu z Dimaggio. Zrobiła kurs i pracowała teraz jako dyplomowana masażystka, pozowała też do zdjęć ukazujących się w katalogach domów odzieżowych, słowem, odznaczała się dużą zaradnością. Nagle przerwała wątek, jakby to, o czym mówiła, nie było ważne, i z jej oczu znów pociekły łzy.

– Zobaczysz, wszystko się dobrze ułoży – powiedział Sachs. – To, co było złe, minęło bezpowrotnie, tylko ty jeszcze o tym nie wiesz.

Dzięki tej krzepiącej uwadze rozmowa zakończyła się optymistycznym akcentem. Chociaż nie stanęło na niczym, Lillian – wzruszona jego słowami otuchy – poczuła się znacznie lepiej. Zanim ruszyła na górę, uścisnęła go w podzięce za okazane serce, on zaś z całej siły musiał się powstrzymać, żeby nie odwzajemnić się gorętszym uściskiem. Ale i tak była to cudowna chwila, chwila prawdziwego ludzkiego kontaktu. Całując ją lekko w policzek, Sachs zdawał sobie sprawę, że pod szlafrokiem Lillian jest naga; zdawał sobie również sprawę, że cofnęli się do punktu wyjścia, że wszystko, co miało miejsce wcześniej, zostało wymazane.