„W Magdalence «nasi» doradcy zasugerowali, by władza zgodziła się na działalność «Solidarności» na poziomie zakładów pracy. Gen. Kiszczak przebił asem: «Albo Solidarność powstanie od razu z krajową czapą, albo wcale». Przebił asem i zgarnął całą pulę – to Kiszczak decydował jaką postać przyjmie «krajowa czapa». W kuluarach Okrągłego Stołu Rysiek Bugaj nieśmiało podjął temat pewnej liberalizacji podejścia do prywatnej własności «środków produkcji», czyli tolerowania prywatnych warsztatów i sklepów. Na to prominentny działacz PZPR w randze ministra, Wilczek, odpowiedział: «O czym wy tu mówicie? Wszystko sprzedamy, natychmiast wszystko sprzedamy». Naszych specjalistów z «Partii Umiarkowanego Poprawiania Komuny w Granicach Prawa» kompletnie zamurowało. System, który chcieli nakłaniać do drobnych ustępstw na rzecz wmontowywania elementów kapitalizmu, dla nich całkowicie nieoczekiwanie ogłosił zamiar radykalnego przejścia na «dziki kapitalizm» (…). Gdy nagle dotychczasowi komuniści ogłosili upadek komunizmu i niepodległość Polski, radykalni antykomuniści i niepodległościowcy zostali zaskoczeni tak samo jak umiarkowani reformatorzy. Jedni i drudzy nie znaleźli odpowiedzi, gdy przeciwnik nie tylko spełnił ich najśmielsze żądania, lecz nawet te żądania przebił (…) Role zostały odwrócone! Opozycyjna strona Okrągłego Stołu stanęła bezradna wobec antykomunizmu komunistów, oddając im całe pole decyzyjne”.
Cytowałem już (strona 193) dwie pierwsze zwrotki dytyrambu Andrzeja Mandaliana „Towarzyszom z bezpieczeństwa” (1953). Mówiły o zmęczeniu ubeckiego majora przesłuchiwaniem „leśnych bandytów” i „zaplutych karłów”- akowców. Bicie bowiem to duży fizyczny wysiłek. Zwłaszcza bicie patriotów. Więc zmęczony pracą major zasnął. I ktoś mu się przyśnił, jak Święty Mikołaj dziecku:
Ten sam meldunek major mógł złożyć u schyłku roku 1989. Drugi raz zwyciężyli i zbudowali nową Polskę. Tamta nowa była czerwona (komunistyczna), zaś ta nowa była biała (antykomunistyczna). Lecz bez względu na barwy – budowniczowie byli pracownikami tej samej firmy konstruktorskiej. I tylko to się liczyło, tak z historycznego, jak i z finansowego punktu widzenia, jeśli pominąć punkt widzenia kabaretu.
Nie powinno się kopać leżących. Zwłaszcza gdy leżą w grobie. Tymczasem „kremlowskie media” i „kremlowskie partie” (Jedna Rosja i Sprawiedliwa Rosja) każdego wrześniowego dnia 2007 bezlitośnie kopały półmartwą opozycję antyputinowską, trwała już bowiem kampania wyborcza przed grudniową elekcją do parlamentu. To samo działo się w niedzielę ostatniego dnia miesiąca (30 września 2007), na wielkim mityngu putinowskiej partii. Jedna Rosja chóralnie wyklinała trupa zwanego opozycją. Ale ta przygrywka nudziła wszystkich uczestników partyjnego zjazdu, delegatów ze wszystkich rubieży Federacji Rosyjskiej, wszyscy bowiem czekali aż wystąpi „gość honorowy”, sam boski Władimir Władimirowicz Putin, który zaszczycił zjazd. Gdy wreszcie Putin stanął przy mównicy, zrobiło się cicho ciszą bezszmerową, zupełnie inną niż wcześniejsze chwile skupienia delegatów. Nie powiedział niczego nowego. Stwierdził, że Rosja pięknieje i mocarnieje, gospodarka kwitnie, ludziom żyje się lepiej, więc trzeba uniemożliwić jakiejkolwiek opozycji krzywdzenie Rosji. Sprecyzował metodę potencjalnego krzywdzenia: byłaby to reaktywacja systemu korupcyjno-oligarchicznego, renesans samowoli oligarchów. Wyraził pogląd, że „system bazujący na kłamstwie” zniszczyłby społeczeństwu aktualny dobrobyt i jeszcze bardziej świetlaną przyszłość. Aby ta świetlana przyszłość stała się ciałem, w wyborach musi zwyciężyć Jedna Rosja. Huknęły rzęsiste brawa. Gdy przypomniał, że „dziś przeciwstawiają się Kremlowi ci sami ludzie, którzy kilkanaście lat temu spowodowali rozpad ZSRR”- sala zawyła wrogo, żądając kary śmierci dla „swołoczy”. Uśmiechnął się, zrobił palcami literę V, życzył zebranym sukcesu i wrócił na swoje miejsce, głuchnąc od aplauzu zbiorowego.
Po Putinie „ambonę” zajął przewodniczący Dumy i przewodniczący JedRo, Boris Wiacziesławowicz Gryzłow, imponujący szlachetną sylwetką i wąsatą fizjonomią arystokraty z Sankt Petersburga Romanowów. Mówił długo, rozwlekle i nudnie, właściwie czytał referat sprawozdawczy. Zaprojektowany na Kremlu thriller rozpoczął się wtedy, gdy Gryzłow opuścił mównicę. Stanęła na niej Jelena Łapszyna, prosta tkaczka „piątej kategorii”, z Obwodu Uljanowskiego. Jej głos wibrował, kiedy wygarnęła prezydentowi po proletariacku:
– Władimirze Władimirowiczu, tak nie wolno!!… Nie wolno wam! My wam wierzymy, że w Rosji dalej może być dobrze, ale my swoje wiemy! Wiemy, że będzie dobrze tylko wówczas, kiedy wy, Władimirze Władimirowiczu, będziecie dalej rządzić Rosją! A wy co?! Zasłaniacie się prawem, mówiąc, że prawo nie zezwala trzeciej kadencji! Co jest ważniejsze, Władimirze Władimirowiczu – opinia całego narodu, który was kocha i nie wyobraża sobie waszego odejścia, czy jakieś tam prawo?! Zresztą prawo to przecież techniczny problem, prawo można zmienić!… Ludzie, błagam was wszystkich, tylu was tutaj siedzi mądrych obywateli – wymyślcie coś, żeby Władimir Władimirowicz Putin, prezydent nasz kochany, dalej mógł być prezydentem!
Po tkaczce przemawiał paraolimpijczyk, który też błagał prezydenta, w imieniu wszystkich sportowców. Kolejny mówca, dziennikarz, żądał, by Putin wstąpił do JedRo i został partyjnym bossem. Następnie zabrał głos rektor uczelni z Samary, proponując inne rozwiązanie: bezpartyjny prezydent kandyduje do Dumy na czele listy wyborczej JedRo, by zwyciężywszy zostać premierem nowego rządu. Dalszych mówców nie było, sala wstrzymała oddech. Gryzłow spojrzał ku prezydentowi:
– Władimirze Władimirowiczu… proszę się ustosunkować…
Putin podniósł się, obciągnął garnitur, godnym krokiem ruszył do mównicy, wsparł dłonie na jej krawędziach, spojrzał delegatom prosto w „głaza”, i rzekł:
– Drodzy przyjaciele! Chociaż byłem jednym z inicjatorów założenia waszej partii, lecz chcę pozostać bezpartyjnym, jak większość obywateli naszego kraju. Nie zmienię więc mego statusu człowieka bezpartyjnego, ale wdzięcznym sercem przyjmuję propozycję zajęcia pierwszego miejsca na liście wyborczej Jednej Rosji. Myślę też, że koncepcja, bym został premierem kiedy upłynie druga kadencja mojej prezydentury, to koncepcja realistyczna, dobra. Aby kraj mógł dalej rozwijać się, kolejnym prezydentem musi zostać człowiek bezwzględnie uczciwy, człowiek utalentowany, energiczny i skuteczny. Z takim człowiekiem będę chciał współpracować jako szef rządu. I sądzę, przyjaciele, że bez trudu znajdziemy takiego człowieka. Cały ten plan uda się wszelako zrealizować tylko wówczas, gdy Jedna Rosja odniesie w wyborach przekonujące zwycięstwo. Ku temu musicie więc dążyć, a ja ze wszystkich sił będę was wspomagał, obiecuję.