24 lutego 2008 (niedziela), gdy było już blisko zmierzchu, spacerowicz Jan Serenicki minął paryską Operę Garnier i ulicą Daunaube doszedł do saloonu „Harry's New York Bar”, cały czas dyskretnie lustrując perspektywę za swoimi plecami, vulgo: bacząc czy jacyś zbyt ciekawi obywatele go nie śledzą. Stuletni „Harry's New York Bar” nosi w Paryżu przezwisko „Mała Ameryka”. Na ciemnych boazeriach widnieją tam godła amerykańskich stanów i prestiżowych amerykańskich uczelni, nad barem wiszą rękawice bokserskie i hasło „Try our hot dogs”, gablota trunkowa mieści 160 gatunków whisky, a Bloody Mary i Blue Lagoon mają tu legendarną klasę. Serenicki usiadł blisko baru, poprosił o „scotcha” z lodem i zasłuchał się, bo głośniki emitowały wokal Jima Morrisona: „Show me the way to the next whisky bar…”. Kiedy minęło pół kwadransa, wstał i poszedł do toalety. Już nie wrócił. Trzy godziny później wylądował helikopterem na lotnisku amerykańskiej bazy Grafenwöhr w bawarskim Górnym Palatynacie.
Górny Palatynat to spokojna okolica, prócz tych dni, kiedy poligon Grafenwöhr jest miejscem wojskowych manewrów. Wybuchy zrzucanych przez lotnictwo bomb, eksplozje pocisków czołgowych i artyleryjskich, strzały piechoty liniowej i komandosów tworzą wtedy huk słyszalny bardzo daleko – pięćdziesiąt mil od poligonu mieszkańcy Norymbergi szykują parasole sądząc, że nadciąga burza. Wewnątrz Grafenwöhr rozrasta się miasteczko żołnierskie Netzaberg, zwane przez Jankesów. New Town. Posiada ono kliniki, kościoły, szkoły, przedszkola, kina, boiska, centra handlowe – wszystko prócz cmentarzy (umarlaków wywozi lotnictwo). Mieszka się tam kolorowo: idylliczne domki tej samej wielkości, zgrupowane pod nazwami Arkansas, Kalifornia, Georgia itd., mają niebieskie, żółte i różowe barwy szczęścia. Do jednego z takich domków zawieziono przed północą Jana S.
W domku czekał umundurowany oficer amerykański. Przywitali się serdecznie, choć nie bez ironicznych akcentów:
– Cześć, Clint, widzę, że cię zdegradowano z majora na podpułkownika, kondolencje! – rzekł Jan.
– Witam prymusa językoznawców, wielkiego semantyka naszej ery! – parsknął oficer.
– Daleko mi do towarzysza Stalina, on był dla milionów „wielkim językoznawcą”- przypomniał skromnie Serenicki.
– Lecz ty go ambitnie ścigasz, i masz tę szansę, że żyjesz, a on już umarł, zatem, bez względu na efekt ścigania, jesteś królem żyjących językoznawców. Co tam nowego w języku polskim, panie profesorze?
– Czemu pytasz?
– Bo tydzień temu byłeś w kraju. Więc co nowego?
– Co nowego?… – zastanowił się Jan. – Lody.
– Lody? Oblodzone jezdnie?
– Lody do lizania.
– Zimą?!
– Też. Pytałeś o język. Ze zdumieniem zauważyłem karierę tego wyrazu. „Robić loda” znaczy: robić facetowi dobrze ustami, co się kiedyś zwało „miłością francuską”, „robieniem laski” lub „ciągnięciem druta”. Nowa moda. Młode Polki chętnie używają tego zwrotu, pada on również, i to za dnia, w publicznej telewizji, co mnie zdziwiło.
– Że młode Polki, czy że w publicznej telewizji?
– Jedno i drugie. Ale to nie koniec „lodów”, proszę pana podpułkownika. „Kręcić lody” znaczy dzisiaj: robić zyskowne interesy, przy czym ma to odcień zazwyczaj pejoratywny, chodzi o lewe interesy, te na styku polityki i biznesu. I tak dalej, ciekawe do czego jeszcze lody posłużą.
– Na styku polityki i biznesu, mówisz…
– No.
– Kremlowi chodzi o naftowo-gazowy polski biznes, prawda?
– Fakt – przytaknął Serenicki. – To rozpoczęli kilkanaście lat temu, wysyłając do Warszawy swego szpiona, Gawriłowa.
– Później wysłali Ałganowa.
– Też fakt. Kilku polskich tuzów, jak Kulczyk i Kwaśniewski, kombinowało już dawno z Ałganowem, lecz tamte „lody” nie ukręciły się wskutek przecieku, więc Kreml postanowił zbudować trwalszą strukturę, własną partię, która rozkręci grubsze „lody” w kręcalni strategicznych surowców.
– I to jest według ciebie główne zagrożenie dla Polski?
– Trzy główne polityczne zagrożenia dla Polski łatwo zdefiniować. Pierwszym są Rosjanie z Niemcami. Drugim – Rosja z Bundesrepubliką. Trzecim – Moskwa z Berlinem.
– A gdybyś musiał wybierać, Rosjanie czy Niemcy?
– Tu właściwie nie ma wyboru, bo to są naczynia połączone, Clint. Już generał Anders, rozmawiając w 1943 z generałem Pattonem, tym wirtuozem czołgów, oznajmił mu, że gdy korpus polski dostanie się między armię niemiecką i armię rosyjską, będzie miał ten kłopot, że nie będzie wiedział z którą bardziej chciałby walczyć. To jest megaproblem. A konkretne problemy najbliższych lat i dekad to chętka Berlina, by pod przykrywką Unii Europejskiej ukraść nam Ziemie Odzyskane, czyli nasze zachodnie terytoria, tymczasem chętka Kremla jest taka, żeby uczynić Gazprom, Rosnieft i Łukoil „kryszą” Lechistanu. Rozumiesz, Clint?
– Rozumiem, co nie znaczy, że wszystkie polskie problemy rozumiem. Nie rozumiem, choćby, dlaczego Kaczyńscy tak mocno umoczyli, tak bardzo dali dupy, kładąc wybory.
– Dlatego, że mieli przeciwko sobie prawie wszystkie media, zaś prawie wszystkie spośród tych mediów to agentura cudzoziemska, wroga Bliźniakom.
– I mimo to, mimo tylu swoich „agentów wpływu”, Kreml potrzebuje własnej partii?
– Decyzja Putina, nie moja. Ja się nie dziwię niczemu. Życie jest komedią.
– A nie tragedią?
– Czasami tragedią, czasami komedią. U was, w Stanach, ostatnią tragedią był 11 września, a później, jeśli nie liczyć klęski dolara, królował już tylko kabaret. Wasze wybory prezydenckie będą zwieńczeniem tej komedii, gdyż bez względu na to czy Demokraci wystawią panią Clinton, czy ibn Obamę, Republikanin chyba przegra. Gdyby nawet cały czas prowadził, to też raczej przegra, bo Al-Kaida może zastosować wariant madrycki i głosujący odwrócą się od Republikanów.
– Sam wymyśliłeś ten „wariant madrycki” dla Ameryki, czy gdzieś wyczytałeś lub usłyszałeś, wróżbito?
– Sam wymyśliłem. Kilkanaście jankeskich trupów w przeddzień wyborów, duża bagdadzka lub kabulska eksplozja, i McCain padnie niczym Aznar gdy eksplodował madrycki pociąg. Bardzo możliwe, Clint, że waszym nowym prezydentem zostanie wychowanek szkoły koranicznej, który ma jako drugie imię Husein, i który nosił niegdyś turban muzułmański. Zostanie władcą kraju stanowiącego zasadniczy cel wszechświatowej ofensywy muzułmańskiej! Jeśli to nie jest komedia, to co jest komedią, przyjacielu?
– Rosyjskie wybory prezydenckie są również komedią, tylko inną – skrzywił się Amerykanin.
– Mniejszą niż ta burleska, która się u was szykuje – zaoponował gość. – Gdy chodzi o Rosję, to komiczna jest głębsza sprawa. Komiczne jest, że tylu zachodnich chrześcijan i tradycjonalistów, zniesmaczonych upadkiem kultury i obyczajowości powszechnej, widzi Rosję jako duchowego wybawcę, jako kontrę dla zachodniego materializmu, braku wartości, bankructwa etyki, triumfu pornografii, czy słabnięcia chrześcijaństwa. Ex oriente lux! Rosja ma przywrócić absolut światu drążonemu gangreną permisywistyczno-modernistyczną. Ci ludzie nie pojmują, że tam wyżej ceni się wódkę „Absolut” niż absolut. I że Wschód oraz Zachód, czyli „reżim kozacki” oraz „reżim masoński”, są siebie warte. Jeden i drugi toną w gnojowym bagnie, tylko każdy w bagnie własnego chowu. Tragedia? Według mnie bardziej tragikomedia, z przewagą komedii. Świat jest komedią, życie jest komedią, wszystko jest komedią!