– Siła przyzwyczajenia! – fuknął Sołżenicyn. – Pamiętam te listopadowe spędy na Placu Czerwonym, byłem kapitanem artylerii, maszerowałem razem z kolegami wzdłuż trybuny kremlowskiej, depcząc listopadowy śnieg i skandując. Często był siarczysty mróz. Czy wiesz, że po każdej paradzie listopadowej masowo umierały na zapalenie płuc dzieci, bo kazano głodnym, wychudzonym, kiepsko odzianym uczniakom godzinami czekać aż rozpocznie się defilada przed gronem tłustych, opatulonych futrami generałów, genseków i kacyków?… Tak to było… Co ci obiecano, Lonia?
– Nic, mistrzu, nie jestem emisariuszem, przyszedłem sam, z własnej inicjatywy. Ale nie ukrywam, że liczę… że jeśli zaniosę na Kreml waszą zgodę, to może trafi mi się tam jakieś ciepłe krzesełko…
Sołżenicyn podrapał swą znaną kudłatą brodę wielkości syberyjskiego mamuciego krzaka, i spytał filuternie:
– Bylibyśmy kwita, kwerendarzu?
– Tak, mistrzu.
– No to powiedz im, że wezmę ten medal.
Dwutygodniowe wakacje na cudownej Jamajce upłynęły jak z bata strzelił i trzeba było wracać do Londynu. Denis Dut leciał razem z „bochenkami” (tak pieszczotliwie przezywał ferajnę Bochenka). W samolocie siedział obok Mariusza, więc mieli dużo czasu, by toczyć swobodną pogawędkę. „Zecera” gnębiły dwie sprawy: nieprzewidywalność krajowych wydarzeń tudzież nieolimpijskość jego „teamu” emigracyjnego. Go do obu kwestii Denis był wszakże optymistą – klarował „Zecerowi”, iż nerwy tylko przeszkadzają trawieniu:
– Mój drogi, kanclerz Otton Bismarck zwał politykę „sztuką możliwości”, a ja sądzę, że jest ona również sztuką cierpliwości. Trzeba, chopie, wytrwać i spokojnie czekać. Myślę, że już niezbyt długo.
– Tak, słyszałem, że trzeba czekać na brzegu rzeki aż spłyną trupy wrogów – powiedział markotnie „Zecer”. - Tylko że ja muszę uważać moich dawnych przyjaciół za wrogów, więc to czekanie trochę mnie wkurwia.
– Nie żadnych przyjaciół! Wyłącznie klientów twojej drukarni, wszystkich tych korowców, michnikowców i innych różowych pedałów, chopie, a że byli wśród nich też naiwniacy łykający każdą pseudohumanistyczną oraz patriotyczną demagogię, to już nie twoja wina.
– Byli, byli, uczciwe ciołki, i to właśnie mnie wkurza, rozumiesz?
– Rozumiem, że dzielisz włos na czworo, chopie – burknął Dut. – Zmądrzej wreszcie, stary! Nie ma dobra ani zła, bo to są wartości względne, więc co dobre dla jednego, to złe dla drugiego, i na odwrót. Dekalogów też nie ma. Jest tylko ciągła gra władzy, polityka, kto kogo wyrucha, jak w rodzinie lub w biznesie, zapytaj rozwodników lub Żydów. I to jest właśnie pasjonujące, cymes, bingo, prima, lepsze od hazardu w Las Vegas. Znasz „Ojca Goriot”?
– Coś słyszałem, chyba kiedy łaziłem do „budy”… - zastanowił się Mariusz. – To napisał ten… no ten…
– Pan Balzac, Francuz. Bohaterem jest młody playboy, Rastignac, a jego mentorem stary kryminalista, Vautrin. Ów Vautrin to chodząca mądrość, bazująca na doświadczeniu, na znajomości reguł i trików, na wiedzy o sekretach duszy ludzkiej. Tłumaczy Rastignakowi, że zasady i poglądy nie są żadną hostią, żadną świętością, tylko towarem, którym się handluje, a kto tego nie robi, jest głupcem praktykującym bezmyślnie „linię prostą”, czyli mniemaną cnotę. Cały ów wykład Vautrina stanowi lekcję pragmatyzmu dezawuującą naiwny idealizm. Jedno zdanie wbiło mi się w pamięć jak gwóźdź: „- Nie fetyszyzuj swoich przekonań i obietnic. Gdy znajdziesz na nie popyt – sprzedaj je, Eugeniuszu, dobrze sprzedaj!”. A ty się ciągle szarpiesz, chopie… Wyluzuj!
– Nie o to chodzi… – mamrotał „Zecer”, gryząc krakersa.
– A o co? Kościół nazywa to wyrzutami sumienia, lecz może czas już przestać być nieletnią dziewczynką?
– Dawno przestałem być małą dziewczynką, Denis. Wtedy, kiedy mnie dopadnięto i wyruchano. I nie tyle dręczą mnie teraz wyrzuty sumienia, co poczucie własnej śmieszności, kapewu?
– O co ci biega? – zdziwił się biznesmen. – Nie sądź, że nie pasujesz do roli, jaką chce ci dać historia, bo pasujesz.
– Wątpię – skrzywił się Mariusz. – Kiedy filuję na całą naszą grupę, na „Zygę”, „Guldena”, „Znajdę”, Jolkę i na siebie samego, to pusty śmiech mnie ogarnia. My mielibyśmy rządzić Polską?! Cyrk!
Dut roześmiał się i klepnął kolano Mariusza, uradowany, że pamięć podsuwa mu brylantowy argument:
– Coś ci opowiem, chopie… Kilka lat przed pierwszą wojną światową Stefan Żeromski odwiedził zimą w Zakopanem pewnego rewolucjonistę, znaną postać, bojowca i drukarza konspiracyjnego.
– To nie był mój dziadek! – zakpił Mariusz. – Nie dziedziczę tych genów, konspiracyjnej poligrafii uczyłem się sam.
– To rzeczywiście nie był twój dziadek, to był ktoś zupełnie inny. Mieszkał kątem w biednej chałupinie na Kasprusiach. Kiedy Żeromski go zobaczył, przeraził się…
– Kto? Ten drukarz konspiracyjny się przeraził, bo zobaczył sławnego pisarza?
– Przeraził się pan Żeromski, bo zobaczył co zobaczył. Zobaczył chorego, brudnego, trzęsącego się łajzę, niemającego spodni, tylko śmierdzące kalesony. Jedyne spodnie oddane zostały do cerowania jakiejś babie i nie zdążyły wrócić, więc ten obdartus nie mógł wyjść na zewnątrz. Siedział głodny przy stole i kładł sobie pasjansa, twierdząc, że musi kartami wywróżyć przyszłość własną i przyszłość kraju. Znaczy przyszłość Polski. Razem, chopie: „obraz nędzy i rozpaczy” plus groteska. Żeromski nazwał to „proletariacką mizerią” i później napisał, że cały ten widok, ta rudera, ta nędza, ten komiczny brak gaci i ten pasjans bez sensu, wstrząsnęły nim. Zgadnij kim został kilka lat później ów komiczny łachmaniarz.
– Nie mówisz chyba o…
– Właśnie mówię o! O „Komendancie”, stary. O marszałku Piłsudskim. O wodzu, guru, idolu, bożyszczu całego narodu prócz endecji, o żywym pomniku, tytanicznym rodaku, pupilu Historii przez duże H. Bo widzisz, ta pani Historia to rozumna bestia. Kurwa i święta. Ma zdrowy rozsądek, oraz poczucie humoru, oraz głupie kaprysy, oraz jadowitą złośliwość, oraz tajemną perspektywę, dzięki czemu nie każdy kapitan z Köpenick musi być kukiełką szybko zdemaskowaną. Wielu Dyzmów przechodzi do Historii w glorii lokatorów panteonu…
– Mówisz o marszałku?! – rozeźlił się Bochenek.
– Nie! – uspokoił go Denis. – Marszałek to był prawdziwy heros.
– Największy Polak! – zadecydował „Zecer”.
– Ostatnio przegrywa w rankingach z Janem Pawłem II…
– Dla mnie pierwszy będzie zawsze „Komendant”]
– Wiem, że od dawna wyznajesz jego kult…
– Skąd wiesz?!
– Stąd, że wiem, iż w podziemiu drukowałeś niejedną hagiografię „Dziadka” jako antykomunisty. I to będziemy robić również nad Tamizą, chopie.
– Pisać o marszałku?
– O wszystkim co przypiecze skórę różowej hałastrze i komuchom. Na pohybel grabarzom wolności!
– Idź do cholery! -jęknął cichutko Bochenek, którego wskutek racjonowania pokładowych drinków ogarniała już kołysząca senność. – Co ten samolot tak się buja?… Turbulencja?…
Ludzkość nie narodziła się w biblijnym Raju, ani wtedy, gdy jakaś małpa zeszła z drzewa czy jakiś pitekantrop przyjął wyprostowaną postawę, lecz wówczas, gdy zaspokajanie potrzeb fizjologicznych przestało być jedynym sensem egzystencjalnym homonidów, to znaczy: kiedy praczłowiek zaczął pytać sam siebie i szukać odpowiedzi tyczących własnej istoty i drogi, własnych celów i tęsknot. Kim jestem? Kim chcę być? Kim chcę być dla kogoś? Kim nie chcę być? Kolebka ludzkości to moment, kiedy debiutuje dyskrecja, lub paraffilozoficzna refleksja, lub któraś inna niezwierzęca wrażliwość – jako najmłodsza siostra żądzy, siły, okrucieństwa i głodu.
A kolebka kultury? Kolebką sztuki był rysunek palcem lub patykiem na gładkiej powierzchni piasku, lecz, niestety, nie zachował się, więc musimy za pierwsze dzieło sztuki uważać rysunek glinką na ścianie groty prehistorycznej. Tymczasem kolebką cywilizacji były – rzecz prosta – wynalazki, aczkolwiek nie umiemy rozstrzygnąć co wynaleziono najpierw: płomień czy alkohol. Inna sprawa, że oba te groźne dobra wynalazła wcześniej sama natura, bo płomienie bez trudu tworzy piorun, a każda fermentacja roślinnej brei tworzy alkohol. Nie poświęcałbym tym zjawiskom czasu, pisząc „Lidera”, gdyby nie fakt, że panna Mirosz w przeddzień publicznej prezentacji swego dyplomu zadebiutowała dubeltowo: przypaliła sobie płomykiem pierwszego papierosa (i wypaliła kilka kolejnych papierosów do trzeciej rano, kiedy zmorzył ją sen) oraz wypiła pierwszy kieliszek czystej, wysokoprocentowej skandynawskiej wódki bez zakąski (i kilka kolejnych kieliszków, które podziałały jako usypiacz). Tak ją zdenerwował i rozstroił paszkwil, który „faszyści” wymierzyli przeciwko niej i przeciwko pani du Châtelet. To był ciężki szok.
Mimo krótkiego snu plus silnej migreny, czyli niedyspozycji fizyczno-psychicznej, Klara bohatersko przetrwała prezentację „opus magnum”, które dało jej pierwszy naukowy „gradus”, Jednak kolejnego wieczoru znowu piła, i to sama. Wcześniej sądziła, że będzie oblewać triumf cieczą szampańską, razem z Danem, lecz im bliżej było ukończenia przez nią studiów, tym bardziej Danowi nie tylko serduszko stygło. Co prawda dotrzymał obietnicy i zaproponował Klarze asystenturę, od kolejnego (powakacyjnego) semestru, lecz czuła, że przestała być dla niego bóstwem erotycznym. Nawet nie wiedziała czy winna się tym martwić, gdyż jej uczucia wobec Dana również wy chłodły z biegiem czasu, a każdy głupi pojmuje, że rutyna łóżkowa to niekoniecznie miłość. Bólu więc nie sprawiał dyplomantce jawny uwiąd romansu, tylko ośmieszenie dyplomu przez jakąś antysemicką hołotę. Paszkwil był hańbiący, wedle modnego w czasach Emilii du Châtelet aforyzmu: „Śmieszność hańbi bardziej niż hańba”. Pamiętała, że stworzył tę maksymę La Rochefoucauld. Zastanawiała się więc: czy jest sens pracować na terenie college'u, w którym zdarzają się takie rzeczy? I gdzie indziej mogłaby pracować? I czy musi czekać aż Dan zerwie ich związek, czy winna zerwać sama, możliwie szybko? Stanęła jakby u rozstaju dróg, i zaczęła się wahać. Kim jestem? Kim chcę być? Kim chcę być dla kogoś? Kim nie chcę być?…