Выбрать главу

Tak, została złożona w ofierze, jej serce wypaliło się. Ale żyje, więc powstanie jak feniks z popioł?w, odporna na ogień. Nigdy więcej żadnej miłości. Zycie i miłość nie idą w parze. Kto to powiedział? Czy nie błyskotliwy i cyniczny Byron po romansie z. Lady Caroline Lamb? Biedna Caroline postawiła wszystko na jedną kartę i wszystko straciła, a Byron, który niczego nie zaryzykował, nie stracił nic. Dobra nauczka dla kobiet.

Wyszła z domu, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza, ale nie poszła na plażę Aleksieja, ponieważ nie miała ochoty go spotkać. Ruszyła w przeciwną stronę i po godzinie zobaczyła zatokę, a nad nią niedużą wioskę z drewnianymi chatami i rozchybotanym pomostem, na którym kilkoro biednie ubranych dzieci łowiło ryby. Na zboczu wybudowano kilka murowanych domów, podobnych do willi Aleksieja, ~ poniżej znajdowała się przystań, gdzie łagodnie kołysały się jachty. Ze wzgórza, na którym stała, wyglądały jak białe ptaki, odpoczywające na falach.

– Cześć, skąd się tu wzięłaś? – rozległo się za jej plecami.

Odwróciła się i zobaczyła mocno opalonego chłopaka mniej więcej w jej wieku. Był wysoki, wysportowany i miał imponującą grzywę blond włosów, na których zascWy kryształki soli z morskiej wody. Pożerał Hope wzrokiem.

– Nigdy cię tu nie widziałem. Zapamiętałbym! Zbyła go niemal opryskliwie, lecz on nie dał za wygraną. Zaczął z nią flirtować, opowiadając, że jego ojciec jest kapitanem tutejszej przystani, i podając się za właściciela największego z zacumowanych w zatoczce jachtów. To był jakoby prezent z okazji osiemnastych urodzin…

Hope uprzytomniła sobie, że też ma osiemnaście lat, a przecież czuje się o wiele starsza od tego roześmianego chłopaka, który w porównaniu z nią zachowywał się jak przerośnięty dzieciak. Nagle zrozumiała, że jest za młoda na gorycz i cynizm. Chyba powinna podchodzić do życia równie bezproblemowo jak ten nieco zuchwały i pełen radości cWopak. Niestety, ojczym i Aleksiej bezpowrotnie obrabowali ją z młodości.

– Naprawdę nie chcesz zejść ze mną na dół? Ojciec i moja siostra Lucy są na przystani, mógłbym cię przedstawić, zjedlibyśmy razem lunch.

– Przykro mi, ale nie mogę zostać.

– No to może jutro? Lucy i ja płyniemy na taką jedną wyspę niedaleko stąd. Gdy byliśmy mali, bawiliśmy się tam w Robinsona i Piętaszka. Nie popłynęłabyś z nami? Siostra ucieszyłaby się, bo mogłaby pogadać z jakąś dziewczyną. Podobno ja zupełnie nie nadaję się na powiernika. To co?

Właściwie dlaczego nie miałaby spędzić beztrosko przynajmniej jednego dnia? Aleksiejowi nie była już do niczego potrzebna.

– Dobrze – zdecydowała impulsywnie. – Widzimy się tu jutro o tej samej porze.

– Fantastycznie! Jestem Hal George, a ty?

– Hope… – Zawahała się, ale potem dotarło do niej, że choć dzisiaj dowiedziała się prawdy o swym pochodzeniu, to przecież nadal nosi to samo nazwisko. – Hope Stanford.

– To jesteśmy umówieni! – Ucieszył się jak dzieoko. – Koniecznie weź kostium kąpielowy, tam są świetne warunki do surfingu.

– Gdzieś ty była, do jasnej cholery? – Aleksiej, wyraźnie zmęczony i bezgranicznie wściekły, czekał na nią przed domem..

– Na spacerze, a co myślałeś? Ze rzuciłam się ze skały? – zakpiła. – O, nie, nie jestem podobna do Tani ani do mojej matki, nie targnę się na życie, bo ktoś mnie odtrącił. Jestem silniejsza od nich. A może miałam lepszego nauczyciela? Powiedziałeś mi przecież, że emocje tylko przeszkadzają i że trzeba zawsze zachowywać dystans. Możesz więc być pewien, że nie pokocham nikogo na tyle, by mógł mnie skrzywdzić – rzuciła przez ramię i weszła do domu.

Było dla niej oczywiste, że nikogo tak mocno nie pokocha… ponieważ już się to stało.

– Kiedy wyjeżdżamy? – spytała, gdy usiedli przy zastawionym stole. Z niechęcią dziobnęła widelcem jakieś warzywo. Nie miała ochoty na jedzenie. Nie miała ochoty na nic.

– Tak ci się spieszy?

– Na co jeszcze czekać? Osiągnąłeś swój cel, nic tu po nas. – Głos Hope był absolutnie wyprany z emocji i doskonale maskował jej prawdziwy stan.

Aleksiej popatrzył na nią tak, jakby jej spokój uraził go do głębi, ale Hope nie pojmowała przyczyn jego zachowania. O co mu właściwie chodziło? Przecież postępowała zgodnie z jego zasadami,. sam jej wbijał do głowy swoją filozofię życiową. Powinien się cieszyć, że ma tak pojętną uczennicę.

– Mam nadzieję, że twój nowy pokój ci się podoba i że w nim zostaniesz ~ powiedział, gdy podniosła się od stołu, odsunąwszy pełny talerz.

Wtedy poczuła ponad wszelką wątpliwość, że to już koniec. Aleksiej przestał jej pragnąć. Widocznie jego pożądanie wypaliło się wraz z zaspokojeniem pragnienia zemsty.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ku jej wielkiej uldze, gdy rano wstała, Aleksieja nie było w domu. Nie miała ochoty opowiadać mu, dokąd idzie, z kim i po co. W świetnym nastroju pobiegła na spotkanie z Halem, który czekał w umówionym miejscu i już z daleka do niej machał. Pewnie jego siostra czekała na przystani.

– Lucy nie może dzisiaj z nami płynąć, mama zabrała ją do znajomych, wiesz, jak to jest. – Zauważył nagły wyraz niepokoju na jej twarzy. – Chyba ci to nie przeszkadza, co? Zostawisz mnie teraz samego, bez żadnego towarzystwa? Nie obawiaj się, chcę, iebyśmy byli przyjaciółmi, nic więcej, naprawdę – zarzekał się tak żarliwie, że w końcu uśmiechnęła się i pozwoliła zaprowadzić na przystań.

– Jesteś bardzo tajemnicza. Nic mi wczoraj nie chciałaś o sobie powiedzieć – zagaił po drodze. Gdzie mieszkasz? Przyjechałaś do rodziny?

– Przyjechałam na wakacje – skłamała, ponieważ bała się jego reakcji na wieść, że mieszkała z mężczyzną. Jej ojczym wyraźnie powiedział, co o niej myśli. Dziwka… Nie, za nic na świecie nie chciała, żeby nowy znajomy popatrzył na nią z taką samą pogardą. Pragn~ła spędzić jeden beztroski dzień w tej atmosferze. Zadnych podejrzeń. Zadnych pytań. Zadnych problemów. Tylko woda, wiatr i przyjemne towarzystwo sympatycznego rówieśnika.

Hal nie dopytywał się o nic więcej, zamiast tego oprowadził ją po swoim jachcie, a było się czym pochwalić: pod pokładem znajdował się salonik, dwie małe sypialnie, każda z oddzielną kabiną prysznicową, i świetnie wyposażony kambuz.

– Fajna łódka, nie? – spytał w końcu, uruchamiając jacht i sprawnie wyprowadzając go na pełne morze. – Chciałbym popłynąć na Florydę, ale tata nie puści mnie samego, a jemu wciąż brakuje czasu. Obiecał, że zwerbuje mi załogę. Jednak najbardziej ze wszystkiego marzą mi się regaty dalekomorskie…

Przyglądała mu się z uśmiechem. Okazał się miłym kompanem, przez całą drogę na wysepkę, która najpierw była tylko punkcikiem na horyzoncie, zabawiał ją opowieściami o piratach i różnego autoramentu awanturnikach, którzy w przeszłości nawiedzali Karaiby.

Wpłynęli do prawie idealnie okrągłej laguny, otoczonej atolem w kształcie przerywanego pierścienia. Tafla wody była niemal idealnie gładka, unosiła się tylko bardzo nieznacznie, jakby pod nią ktoś powoli oddychał, a jednak Hope zrobiło się od tego łagodnego kołysania trochę niedobrze. Dopóki szybko cięli fale, wszystko było w porządku, ale teraz…

– Hej, co z tobą? Jakoś tak pozieleniałaś. – Hal zablokował ster i pochylił się nad nią z niepokojem. – Nie dostałaś chyba choroby morskiej, to niemożliwe, powierzchnia morza jest jak lustro.

– Musiało mi coś zaszkodzić – wyjaśniła, ponieważ przypomniało jej się, że rano też jej było niedobrze.

– Pewnie tak. Ostatni raz widziałem kogoś równie zielonego chyba z rok temu, ale tamta kobieta była w ciąży – zaśmiał się, a Hope oblała się szkarłatn ym rumieńcem