Выбрать главу

– Zobacz, co tu piszą! – podekscytowana Bianka wcisnęła jej w ręce gazetę. Był to brytyjski dziennik, który Hope zaprenumerowała, ale od urodzin dziecka nie miała czasu na lekturę. – Chodzi o ciebie! – postukała palcem w rubrykę z ogłoszeniami.

Rzeczywiście, Hope Stanford była proszona o pilny kontakt z kancelarią prawną w Londynie.

– Może Aleksiej kazał im cię odnaleźć? Może się myliłaś, może on cię kocha?

– Nie – Hope ucięła zdecydowanie. Serce jej łomotało. Tak rozpaczliwie za nim tęskniła, wystarczyło zamknąć oczy, żeby pod powiekami pojawiła się jego twarz. W cią'ż pamiętała jego pieszczoty, jego pocałunki…

– Trzeba do nich zadzwonić. Natychmiast – zdecydowała Bianka.

Hope nawet nie drgnęła. Przyjaciółka ze współczuciem popatrzyła na jej pobladłą twarz.

– Nadal tak bardzo go kochasz?

– Nawet bardziej – szepnęła, żałując, że Bianka zauważyła ogłoszenie. Teraz już było za późno, nic nie mogło odwieść przyjaciółki od działania, właśnie wybierała numer.

– Jest sygnał. Masz – wcisnęła jej w rękę słuchawkę·

Nie było odwrotu. Gdy odezwał się głos sekretarki, Hope przedstawiła się i powiedz!ała, w jakiej sprawie dzwoni. Po chwili usłyszała męski głos, opanowany, chłodny, bardzo angielski.

– Moje nazwisko Swindon, miło mi panią słyszeć, panno Stanford. Szukaliśmy pani, ponieważ działamy w imieniu pani zmarłego ojczyma, sir Henry' ego Stanforda.

Dopiero w tym momencie Hope zrozumiała, jak bardzo liczyła na to, że za tą sprawą kryje się Aleksiej, że to on jej szuka. Poczucie zawodu było obezwładniające. Przełykając łzy, w milczeniu wysłuchała pana Swindona, który poinformował o przyczynie śmierci sir Henry' ego i konieczności uregulowania spraw spadkowych.

– Broadvale jest koszmarnie zadłużone i musi zostać sprzedane, ale zostanie pani jeszcze część schedy, przeznaczona przez dziadka bezpośrednio dla pani. Na razie jest ona zainwestowana i przynosi niewielki, lecz stały dochód. Wolałbym jednak omówić z panią tę kwestię osobiście. Czy mogłaby pani przyjechać do Londynu? Oczywiście nasza kancelaria pokryje koszty podróży.

Hope odparła, że musi się zastanowić, i obiecała, że niedługo zadzwoni ponownie i da odpowiedź. W rzeczywistości musiała na chwilę uwolnić się od pana Swindona, który mówił jej o pieniądzach, zamiast o ukochanym mężczyźnie.

– Oczywiście, powinnaś jechać – zawyrokowała Bianka, gdy Hope zreferowała sprawę. – Jesteś odpowiedzialna za przyszłość małego, musisz mieć go za co wychować, posłać do szkół. Niechby to nawet była niewielka suma, zawsze się przyda.

Dobro dziecka przesądziło sprawę i pod koniec tygodnia Hope poleciała z synkiem do Londynu. Zarezerwowano im apartament w eleganckim hotelu, wynajęto też wykwalifikowaną opiekunkę do niemowlęcia. Hope zostawiła jej swój numer telefonu i pojechała na umówione spotkanie z adwokatem. Wygląd kancelarii był staroświecki, typowo brytyjski, a pan Swindon okazał się szczupłym, szpakowatym człowiekiem o nieprzebranych pokładach c.:ierpliwości. O tym Hope dowiedziała się godzinę później, gdy już przeanalizował testament jej ojczyma i wuja zarazem, punkt po punkcie.

Sir Henry roztrwonił wszystko, co mógł, z wyjqtkiem sumy przeznaczonej dla Hope przez jego ojca, a jej dziadka. Wuj mógł rozporządzać jedynie odsetkami i to z nich została opłacona edukacja w szkole klasztornej, tak więc Hope nie nńała wobec niego żadnego długu. Prawnik wyjaśnił dokładnie, jakie są opcje dalszego zarządzania spadkiem, a Hope podziękowała za pomoc i wszelkie sugestie oraz zapewniła, że skontaktuje się z nim niedługo i powiadonń, jaką decyzję podjęła.

– Jest jeszcze jedna sprawa – powiedział na koniec. – Zgłosił się do naszej kancelarii hrabia de Serivace, i to osobiście. On też widział nasze ogłoszenie i poprosił, żebyśmy dali mu znać, kiedy tylko nawiążemy z panią kontakt.

Hope, która już zdążyła się podnieść, opadła z powrotem na fotel.

– Kiedy ja… Co mu pan odpowiedział?

– Powiedziałem zgodnie z prawdą, że nic mi o pani nie wiadomo, ponieważ jak dotąd nie nńeliśmy żadnego odzewu z pani strony. Bardzo mu zależało na odnalezieniu pani.

– A czy… Czy- zdradził, dlaczego?

Na twarzy pana Swindona pojawił się wyraz niepewności.

– O ile dobrze zrozunńałem, czuje się za panią w pewnym stopniu odpowiedzialny. Zdaje się, że swego czasu był przyjacielem pani wuja.

Hope z trudem powstrzymała się od wybuchnięcia gorzkim śnńechem. Odpowiedzialny! Tak, Aleksiej na pewno czuł się za nią odpowiedzialny, w taki sam sposób, w jaki poczuwał się do obowiązku pomszczenia Tani. Jednak Hope nie tego od niego chciała, nie oczekiwała litości ani opieki, pragnęła spotkać się z nim jak równy z równym i zdobyć jego nńłoŚć. To jednak było tylko niemożliwym do zrealizowania marzeniem.

– Skoro więc zgłosiła się pani do nas…

– Nie życzę sobie, by informowano hrabiego o czymkolwiek – przerwała prawnikowi zdecydowanym tonem. – Ani o tym, że się do państwa odezwałam, ani o tym, gdzie można mnie znaleźć. Owszem, był w pewien sposób związany z rodziną, ale to już przeszłość. Uważam, że hrabia nie ma wobec mnie żadnych zobowiązań.

– Oczywiście spełnimy pani życzenie – przyrzekł pan Swindon.

Jeszcze parę dni temu gorzko żałowała, że to nie Aleksiej pragnie ją odnaleźć, a teraz, gdy poznała prawdę, ogarnął ją strach. Nie chciała, by Aleksiej ją odszukał. Nie wątpiła, że prawnik nie zawiedzie zaufania klientki, ale wiedziała też, jak trudno odwieść Aleksieja od zrobienia czegoś, co sobie postanowił.

Gdyby ją odnalazł, odkryłby istnienie Nika, a wtedy natychmiast skojarzyłby fakty. Jego poczucie honoru i odpowiedzialności niewątpliwie kazałbyy mu ożenić się z Hope. W ten sposób zapewniłby synowi wychowanie w pełnej rodzinie oraz tytuł i prawa majątkowe. Ni~ mogła się zgodzić na małżeństwo bez miłości. Zadne z nich nie znalazłoby szczęścia i spokoju w takim związku, a Hope z całego serca życzyła Aleksiejowi wszystkiego najlepszego. Jego serce należało do Elise, a kto wie, czy wytrwałe uczucie nie doprowadzi go szczęśliwie do celu? Ślub z Hope ostatecznie· przekreśliłby jego szanse na małżeńskie szczęście. Nie chciała tego robić ani jemu, ani sobie, ani dziecku.

Wróciła do hotelu, ułożyła Nika w składanym wózeczku, który kupiła specjalnie na podróż, i zabrała na spacer. Nieopodal był park, więc chodziła dość długo, ponieważ ruch działał na nią uspokajająco. Wiedziała, że nie ma nic gorszego od bezczynnego siedzenia w pokoju hotelowym.

Znalazła się w powrotem pod hotelem, gdy już zapadł zmierzch. Pod wejście zajeżdżały luksusowe samochody, wysiadali z nich ludzie w strojach wieczorowych, w przeważającej mierze mężczyźni Nagle serce boleśnie podskoczyło jej w piersi, z ust wydobyło się ciche:

– Ach!

Czy z tej tęsknoty za Aleksiejem zaczęła już mieć omamy? Alei nie, to naprawdę on! Nie widział jej, ponieważ przystanęła w cieniu kolumnady, wydawało się zresztą, że nie widział nikogo i niczego, skoncentrowany na własnych myślach. Zeszczuplał, jego twarz stała się poważniejsza, może nawet posępna. Prawie wbiegł po stopniach i dopiero przed drzwiami zatrzymał się, żeby poczekać na podążającego za nim mężczyznę.

– Aleksiej, ciebie ostatnio dosłownie aż roznosi! – mruknął jego towarzysz. – Dokąd się tak wiecznie spieszysz, co cię tak goni?.

– Diabeł, który we mnie, siedzi – padła sarkastyczna odpowiedź.