W pierwszych dwóch pudełkach znajdowała się olśniewająca jedwabna bielizna, ozdobiona misterną, delikatną jak pajęczyna koronką.
– To taki drobny upominek… – wymruczała Bianka, nagle jakby spłoszona.
– Drobny upominek? Raczej wyprawa ślubna! Ilope przeciągle popatrzyła na przyjaciółkę, a ta zarumieniła się pod tym spojrzeniem. – Nowożeńcom to tylko jedno w głowie… Już rozumiem, co knujecie
powiedziała z głęboką dezaprobatą. – Macie nadzieję, że wpadnie mi w oko jakiś przystojny Francuz, więc lepiej, żebym była odpowiednio wyekwipowana. Chcecie, bym się wdała w romans!
– Co w tym złego? Powinnaś zaznać trochę rozI ywki, a my życzymy ci jak najlepiej. Poza tym mality wobec ciebie dług wdzięczności. To dzięki twojej pomocy jesteśmy tak bezgranicznie szczęśliwi _ przekonywała z żarem. – No, otwórz następne.
W kolejnych pudłach znajdował się luksusowy przezroczysty peniuar i nocna koszula. Widząc to, Hope ponownie z ubolewaniem pokiwała głową, ale gdy na końcu wyjęła kąszmirową suknię w ulubionym przez siebie odcieniu gołębiej szarości, jej opór zaczął słabnąć. Sukienka była naprawdę piękna.
– Jesień za pasem, musisz mieć coś cieplejszego – powiedziała Bianka.
– Nie przesadzaj, jest dopiero połowa sierpnia!
– Druga połowa. Różnie może być – upierała się. – Poczekaj, mam jeszcze coś. – Pobiegła do samochodu i wróciła z ogromną torbą. – Kupiłam to zupełnie bez sensu, bo mi do niczego nie pasuje. Na pokazie wyglądało cudownie, ale na mnie, niestety, o wiele gorzej. Za to ty jesteś do tego wprost stworzona! – paplała jak najęta, a Hope miała coraz większe oczy ze zdziwienia. – Jeśli nie chcesz tego w prezencie, to umówmy się, że ci pożyczam. Zrobiłaś się sławna, nie możesz się pokazać w Europie w byle czym. – Wyciągnęła z torby długi do kostek płaszcz ze srebrnych lisów, który był hitem najnowszej kolekcji jesienno-zimowej jednego z największych projektantów mody. – No, sama zobacz, jak ci w tym pięknie. – Narzuciła go na ramiona oniemiałej ze zdumienia Hope. – Naprawdę, zrobisz mi przysługę, jeśli go weźmiesz, bo będę miała więcej miejsca w szafie i może kupię sobie coś bardziej w moim stylu.
Oszołomiona potok1em słów oraz iściekrólewskim darem Hope posłusznie przejrzała się w lustrze. Bianka nie kłamała, płaszcz idealnie pasował do jej karnacji i koloru włosów.
– Nie mogę tego przyjąć.
– To chociaż pożycz, mówię ci, że i tak nie będę go nosić, wreszcie zalęgną się w nim mole! A tak przynajmniej będę wiedziała, że nie wydałam pieniędzy na darmo.
Hope w końcu dała się namówić, ponieważ ten nagły wyjazd nieco wytrącił ją z równowagi. Nie wiedziała, na jak długo jedzie ani gdzie się zatrzyma, toteż nie miała pojęcia, co spakować. W rezultacie musiała zabrać rzeczy na różne okazje, poczynając od dżinsów, a na małej czarnej kończąc. Nie. znała żadnych szczegółów, a Helen nie odbierała telefonu. W sumie to wszystko było dość irytujące.
Rano w dniu wyjazdu pojawił się Dale, żeby odwieźć Hope i Nika na lotnisko.
– Bianka przeprasza, że nie przyjechała, ale podobno nienawidzi pożegnań i płakałaby jak bóbr wytłumaczył nieobecnQść żony. – Kazała ci przekaI,ać, że jesteś zawsze w jej myślach.
Gdy już wszystko było zapakowane, a Dale przekręcił kluczyk w stacyjce, Hope spojrzała na swój wypieszczony domek z dziwnie ciężkim sercem. Przeszedł ją lekki dreszcz, chociaż miała na sobie płaszcz Bianki i było jej ciepło.
Po drodze Dale wyjaśnił, że Hope ma zarezerwowany pokój w hotelu i że na lotnisku w Paryżu będzie na nią czekał ktoś z ekipy filmowej. Nikt znajomy, bo Helen wynajęła ekipę francuską, ale ten człowiek ją rozpozna z całą pewnością, bo Dale prZesłał mu szczegółowy opis.
Kiedy się żegnali, uściskał serdecznie ich oboje, zmierzwił włosy chrześniaka, wycałował Hope i powiedział na odchodnym:
– Wszystko się jakoś ułoży. Nie zapomnij, jak bardzo cię kochamy. Dla twojego dobra jesteśmy gotowi zrobić wszystko.
Lot przebiegł spokojnie. Niko spał jak aniołek, więc Hope miała czas dla siebie, mogła przeglądać magazyny, które Dale kupił jej na podróż, ale nie umiała się na niczym skupić. Z każdą chwilą była bliżej Francji, bliżej Aleksieja… Jej zdenerwowanie rosło. Cały ten wyjazd był jakiś dziwaczny, szalony i… podejrzany. Praktycznie żadnych informacji co do miejsca i okresu pobytu. Brak odzewu od Helen. Roy, który nawet nie próbował się z nią skontaktować, tylko załatwił sprawę przez Dale'a. I wreszcie zachowanie przyjaciół, którzy cały ciężar organizacyjny wzięli na siebie i praktycznie na siłę wsadzili ją do samolotu. Czyżby chcieli się jej pozbyć na jakiś czas, ponieważ jej nieszczęście zakłócało ich sielankę? Poczuła się nagle zupełnie opuszczona.
Na lotnisku w Paryżu wszyscy oglądali się za nią i dzieckiem, a Hope była oczywiście przekonana, że to wyłącznie Niko wzbudza takie zainteresowanie. Był naprawdę uderzająco ślicznym chłopcem. Miał ciemne włosy i zielone oczy Aleksieja oraz delikatną karnację Hope. Był dzieckiem radosnym i pogodnym, z jego twarzyczki emanowała energia i niepohamowana ciekawość świata. Prawie wszyscy uśmiechali się na jego widok, a Hope rozpierało poczucie matczynej dumy, chociaż jak zwykle starała się niczego po sobie nie okazywać.
Nie miała pojęcia, że i ona wzbudza sensację swoim wyglądem. Uległa naleganiom Bianki i pod srebrzysty płaszcz włożyła nową kaszmirową sukienkę w gołębim odcieniu. Zadnych ozdób, jedynie maleńkie kolczyki w uszach. Platynowe włosy elegancko spięte na karku. Do tego świeżość młodości, a w oczach – mądrość doświadczonej kobiety.
_ Mademoiselle Stanford? – rozległ się za nią przyjemny męski głos.
Odwróciła się i ujrzała dwudziestoparoletniego człowieka, bardzo szarmanckiego i eleganckiego w typowy dla Francuzów sposób.
– Jestem Philippe Devereaux, czekam na panią z polecenia pana Lawrence'a. – powiedział po angielsku. – A to pewnie Nikołaj? – uśmiechnął się do chłopczyka.
Hope rozjaśniła się ~ nagle poczucie opuszczenia znikło.
– Tak. Dobrze, że pan jest, nawet nie wiem, w którym hotelu mam rezerwację – odparła nienaganną francuszczyzną, co wywołało pełen podziwu uśmiech na przystojnej twarzy Philippe'a.
– Niestety, nie mogę pani służyć żadnymi informacjami, mam tylko zaprowadzić panią do samochodu i przenieść pani bagaże. Proszę tędy.
Zaprowadził ją do lśniącego czarnego daimlera i zamienił parę słów z szoferem.
– Proszę się nie niepokoić, kierowca wie, dokąd panią zawieźć.
Otworzył drzwi samochodu, pomógł Hope wsiąść i zapiąć Nika w foteliku, umieścił walizki w bagażniku i ponownie zajrzał.do I1asażerów.
– Wygodnie pani? – upewnił się jeszcze i ukłonił się na pożegname.
Limuzyna ruszyła. Hope widziała jedynie niewyraźny zarys głowy szofera, ponieważ oddzielała ją od niego przyciemniona szyba. Z tyłu komfortowego samochodu było dużo miejsca, siedzenia były miękkie i przepastne, zapadła się w nie prawie jak w poduchy. Niko bawił się plastikową zabawką· Dale zadbał nawet o fotelik. Jaki on kochany, pomyślała sennie, odchylając głowę na oparcie.
We wnętrzu było ciepło i dość cicho, potężny silnik mruczał jak wielki kot. Ogarniała ją coraz większa senność, marzyła o kąpieli i wygodnym łóżku. Uległa pokusie i przymknęła oczy. Wiedziała, że nawet jeśli na chwilę się zdrzemnie, szofer obudzi ją, kiedy dojadą do hotelu.