Na pustym terenie wokół pawilonu musiał Oskar zainstalować ogrodzenie pod wysokim napięciem, postawić latryny, strażnicę dla stu esesmanów, biura dla SS, izbę chorych i kuchnie. A tu jeszcze z Gross-Rosen przybył na inspekcję Sturmbannführer Hassebroeck i odjechał z partią koniaku i porcelany oraz, jak to określił Oskar, „herbatą na kilogramy”. Hassebroeck pobrał również opłaty inspekcyjne i obowiązkową składkę na wymyślony przez Sekcję D Fundusz Zimowy. Pokwitowania oczywiście nie dał. „W jego samochodzie było dość miejsca na te rzeczy” – powie później Oskar. Już w październiku 1944 nie miał wątpliwości, że Hassebroeck fałszuje księgi Brinnlitz.
Inspektorów przysłanych bezpośrednio przez Oranienburg też trzeba było zadowolić. A co do sprzętu i wyposażenia DEF-u, którego większość znajdowała się jeszcze w drodze, to na przewiezienie wszystkiego potrzeba było dwustu pięćdziesięciu wagonów towarowych. Ciekawe, mówił Oskar, że w upadającym państwie funkcjonariusze kolei, odpowiednio zachęceni, potrafili znaleźć taką liczbę wagonów.
Szczególnym aspektem sprawy, aspektem osobowości samego Oskara w tyrolskim kapeluszu żwawo wychodzącego na zaśnieżony dziedziniec, jest to, że w przeciwieństwie do Kruppa, IG Farben i innych przedsiębiorstw zatrudniających żydowskich niewolników Oskar nie miał żadnych poważnych przemysłowych zamiarów. Nie miał nadziei na produkcję; w głowie nie tkwiły mu żadne wykresy. Cztery lata temu, kiedy przyjechał do Krakowa, by się wzbogacić, miał jeszcze jakieś przemysłowe ambicje. Teraz nie miał już żadnych.
Sytuacja w fabryce była nie ustabilizowana. Wiele pras, wiertarek i tokarek jeszcze nie przybyło, a pod ich ciężar należało wylać nowe betonowe posadzki. Halę nadal wypełniały stare maszyny Hoffmanów. Mimo to Oskar płacił: za każdego wykwalifikowanego pracownika zbrojeniowego – siedem i pół marki dziennie, za robotnika niewykwalifikowanego – sześć marek. W sumie wynosiło to prawie czternaście tysięcy dolarów amerykańskich tygodniowo – za samych mężczyzn; kiedy przyjadą kobiety, rachunek wzrośnie do osiemnastu tysięcy dolarów. Oskar popełnił zatem finansowe szaleństwo, ale święcił je w tyrolskim kapeluszu.
Sytuacja osobista Oskara także się zmieniła. Z Zwittau przyjechała Emilia i zamieszkała razem z Oskarem w mieszkaniu na parterze. Brinnlitz, w przeciwieństwie do Krakowa, znajdowało się zbyt blisko, by stanowić usprawiedliwienie dla separacji. Dla takiej jak ona katoliczki była to teraz kwestia albo sformalizowania rozpadu ich małżeństwa, albo ponownego zamieszkania razem. Między małżonkami musiała istnieć tolerancja, głęboki wzajemny szacunek. Na pierwszy rzut oka Emilia mogła wyglądać jak małżeńskie zero, skrzywdzona żona, która nie umie się uwolnić od męża. Niektórzy zastanawiali się na początku, co ona sobie pomyśli, kiedy się dowie, jaką to fabrykę ma Oskar i jaki obóz. Wtedy nie wiedzieli jeszcze, że Emilia będzie tutaj posiadała własny, dyskretny wkład i że będzie on wynikał nie z małżeńskiego posłuszeństwa, ale z własnych przekonań.
Ingrid przyjechała z Oskarem do Brinnlitz do pracy w nowej fabryce, ale zamieszkała poza terenem obozu i przebywała w nim tylko w godzinach pracy. W ich stosunkach nastąpiło zdecydowane ochłodzenie. Ingrid nigdy już nie zamieszka razem z Oskarem. Lecz nie okazywała mu niechęci, a on często odwiedzał ją w jej mieszkaniu. Klonowska zaś, szykowna polska patriotka, została w Krakowie, ale i w tym przypadku zachowano przyjazne stosunki. Oskar będzie się z nią spotykał podczas wizyt w Krakowie, a ona znów mu pomoże, gdy SS zacznie robić trudności. Choć jego stosunki z Klonowską i Ingrid dobiegły pomyślnego finału bez jakichś wzajemnych żalów, błędem byłoby sądzić, że Oskar wrócił na łono życia rodzinnego.
Powiedział mężczyznom w dzień ich przyjazdu, że mogą bez obaw oczekiwać przybycia kobiet. Sądził, że przyjadą z niewiele większym opóźnieniem niż mężczyźni. Jednak droga kobiet przebiegała inaczej. Po krótkiej podróży pociąg wywiózł je wraz z kilkuset innymi kobietami z Płaszowa przez łuk bramy w Oświęcimiu-Brzezince. Otwarto drzwi wagonów i oto więźniarki znalazły się na szerokiej drodze, która dzieliła obóz na dwie połowy, a wprawni esesmani i esesmanki spokojnie zaczęli przeprowadzać selekcję. Czynność tę wykonywano z przerażającą obojętnością. Gdy jakaś kobieta ruszała się zbyt wolno, dostawała pałką, ale cios nie miał żadnego zabarwienia osobistego. Chodziło tylko o uzyskanie właściwych liczb. Dla oddziałów SS na bocznicy Brzezinki był to nudny obowiązek. Słyszeli już każde błaganie, każdą historyjkę. Znali wszystkie wybiegi, jakie można było w takiej sytuacji zastosować.
W świetle reflektorów otępiałe kobiety pytały się nawzajem, co to wszystko ma znaczyć. Ale chociaż były tak bardzo oszołomione, chociaż buty wypełniały się błotem, tym żywiołem Brzezinki, to jednak widziały, jak esesmanki wskazują na nie i mówią do umundurowanych lekarzy, którzy się nimi zainteresowali: „Schindlergruppe!” I schludni, młodzi lekarze odwracali się i zostawiali je w spokoju. Grzęznące w błocie zaprowadzono do odwszalni, gdzie młode, bezwzględne esesmanki z pałkami w rękach kazały im się rozbierać. Mila Pfefferberg była pod wrażeniem pogłosek, jakie doszły już do wszystkich więźniów Rzeszy – że niektóre prysznice wydzielają zabójczy gaz. Z tego, ku jej uldze, popłynęła tylko lodowata woda.
Po myciu niektóre kobiety spodziewały się tatuowania. Tyle już wiedziały o Oświęcimiu. SS robiło tatuaże na przedramionach, jeśli chciało kogoś zatrzymać dłużej. Ale nie zadawało sobie trudu, gdy kogoś przeznaczyło do gazu. W pociągu, który przywiózł Schindlerfrauen, było również dwa tysiące kobiet, które przeszły normalną selekcję. Rebeka Bau, wyłączona z listy Schindlera, otrzymała numer, także matka Józefa Bau wygrała tatuaż na obłąkańczej loterii Birkenau. Inna płaszowianka, piętnastolatka, przyglądała się swojemu tatuażowi i była uszczęśliwiona, że numer zawiera dwie piątki, trójkę i dwie siódemki – cyfry uświęcone w Taszlagu, żydowskim kalendarzu. Z tatuażem można było opuścić Brzezinkę i pójść do jednego z oświęcimskich obozów pracy; to już była jakaś szansa.