Выбрать главу

Ko­bie­tom od Schin­dle­ra, któ­rych nie ta­tu­owa­no, ka­za­no się ubrać i za­bra­no je do ba­ra­ku bez okien w obo­zie ko­bie­cym. Na środ­ku stał bla­sza­ny, obu­do­wa­ny ce­głą piec. To była je­dy­na wy­go­da. Nie wsta­wio­no prycz; więź­niar­ki mia­ły spać po dwie lub trzy na cien­kich sło­mia­nych ma­te­ra­cach. Na gli­nia­nej pod­ło­dze sta­ła woda, któ­ra mo­czy­ła ma­te­ra­ce i po­szar­pa­ne koce. Był to dom śmier­ci w ser­cu Bir­ke­nau. Le­ża­ły tam drze­miąc, mar­z­nąc, peł­ne nie­po­ko­ju, a do­oko­ła roz­cią­ga­ły się hek­ta­ry bło­ta.

To miej­sce za­wio­dło ich na­dzie­je na za­cisz­ną wio­skę na Mo­ra­wach. To miej­sce było wiel­kim, efe­me­rycz­nym mia­stem. Każ­de­go dnia po­nad ćwierć mi­lio­na Po­la­ków, Cy­ga­nów i Ży­dów wio­dło tu swój krót­ki ży­wot. Ty­sią­ce znaj­do­wa­ły się jesz­cze w Au­schwitz I, w pierw­szym, nie­co mniej­szym obo­zie, gdzie re­zy­do­wał ko­men­dant Ru­dolf Hoss. A w wiel­kim okrę­gu prze­my­sło­wym Au­schwitz III dzie­siąt­ki ty­się­cy pra­co­wa­ły, do­pó­ki mo­gły. Ko­biet Schin­dle­ra nie za­zna­ja­mia­no ze sta­ty­sty­ka­mi Brze­zin­ki czy ca­łe­go oświę­cim­skie­go pań­stew­ka. One jed­nak wi­dzia­ły, jak nad brzo­za­mi na za­chod­nim krań­cu wiel­kie­go osie­dla uno­si się dym – dym z czte­rech kre­ma­to­riów i licz­nych sto­sów. Wy­da­wa­ło im się te­raz, że dry­fu­ją z prą­dem i że ten prąd w koń­cu je tam za­nie­sie. Ale przy ca­łej cha­rak­te­ry­zu­ją­cej ży­cie obo­zo­we zdol­no­ści do roz­sie­wa­nia po­gło­sek i da­wa­nia im wia­ry ni­g­dy nie zga­dły, ilu lu­dzi moż­na tam było dzien­nie za­ga­zo­wać, gdy sys­tem do­brze funk­cjo­no­wał. Licz­ba ta, we­dług Hos­sa, wy­no­si­ła dzie­więć ty­się­cy.

Więź­niar­ki nie zda­wa­ły so­bie rów­nież spra­wy, że przy­je­cha­ły do Oświę­ci­mia w mo­men­cie, gdy prze­bieg woj­ny i pew­ne taj­ne ne­go­cja­cje mię­dzy Him­m­le­rem i szwedz­kim księ­ciem Fol­ke Ber­na­dot­te zmie­ni­ły jego pro­fil. Ta­jem­ni­cy ośrod­ków eks­ter­mi­na­cyj­nych nie uda­ło się do­trzy­mać, bo­wiem Ro­sja­nie od­ko­pa­li obóz lu­bel­ski i zna­leź­li pie­ce za­wie­ra­ją­ce ludz­kie ko­ści, a tak­że po­nad pięć­set be­czek cy­klo­nu B. Wia­do­mość tę roz­gło­szo­no po świe­cie i Him­m­ler, któ­ry chciał ucho­dzić za po­waż­ne­go po­wo­jen­ne­go na­stęp­cę füh­re­ra, był skłon­ny obie­cać alian­tom, że ga­zo­wa­nie Ży­dów zo­sta­nie za­nie­cha­ne. Jed­nak roz­kaz w tej spra­wie wy­dał do­pie­ro w paź­dzier­ni­ku – do­kład­na data nie jest pew­na. Je­den eg­zem­plarz po­szedł do ge­ne­ra­ła Po­hla w Ora­nien­bur­gu, dru­gi do Kal­ten­brun­ne­ra, sze­fa bez­pie­czeń­stwa Rze­szy. Obaj zresz­tą zi­gno­ro­wa­li dy­rek­ty­wę, po­dob­nie uczy­nił Adolf Eich­mann. Ży­dów z Pła­szo­wa, Te­re­zi­na i Włoch ga­zo­wa­no na­dal aż do po­ło­wy li­sto­pa­da. Uwa­ża się jed­nak, że ostat­nia se­lek­cja do gazu od­by­ła się 30 paź­dzier­ni­ka.

Przez pierw­sze osiem dni po­by­tu w Oświę­ci­miu ko­bie­ty Schin­dle­ra bar­dzo się bały śmier­ci w ko­mo­rze ga­zo­wej. Ale i po­tem, kie­dy ostat­nie ofia­ry ko­mór przez cały li­sto­pad de­fi­lo­wa­ły na za­chod­ni kra­niec Brze­zin­ki, a pie­ce i sto­sy zma­ga­ły się z za­le­gło­ścia­mi w pa­le­niu tru­pów, nie od­czu­ły żad­nej po­waż­niej­szej zmia­ny w cha­rak­te­rze obo­zu. Ich oba­wy były tym bar­dziej uza­sad­nio­ne, że więk­szość po­zo­sta­łych przy ży­ciu więź­niów po za­prze­sta­niu ga­zo­wa­nia mia­ła być roz­strze­la­na – jak w przy­pad­ku osób za­trud­nio­nych w kre­ma­to­riach – lub wy­da­na na śmierć z po­wo­du cho­rób.

Ko­bie­ty Schin­dle­ra prze­cho­dzi­ły przez czę­ste zbio­ro­we kon­tro­le zdro­wia w paź­dzier­ni­ku i li­sto­pa­dzie. Nie­któ­re z nich od­dzie­lo­no w pierw­szych dniach i wy­sła­no do ba­ra­ków za­re­zer­wo­wa­nych dla śmier­tel­nie cho­rych. Le­ka­rze oświę­cim­scy – Jo­sef Men­ge­le, Fritz Kle­in, Ko­nig i Thi­lo – nie tyl­ko pra­co­wa­li przy bocz­ni­cy w Brze­zin­ce, ale bu­szo­wa­li po obo­zie, po­ja­wia­li się na ape­lach, za­cho­dzi­li do łaź­ni i py­ta­li z uśmie­chem: „Ile masz lat, ma­muś­ka?” Kla­ra Stern­berg zo­sta­ła ode­sła­na do ba­ra­ku dla sta­rych ko­biet. Sześć­dzie­się­cio­let­nią Lolę Krum­holz rów­nież odłą­czo­no od Schin­dler­grup­pe i przy­dzie­lo­no do ba­ra­ku dla sta­ru­szek; mia­ła tam umrzeć nie na­ra­ża­jąc ad­mi­ni­stra­cji na wy­dat­ki. Ho­ro­wit­zo­wa, oba­wia­jąc się, że jej wą­tła je­de­na­sto­let­nia cór­ka, Niu­sia, nie przej­dzie kon­tro­li w łaź­ni, we­pchnę­ła ją do pu­ste­go boj­le­ra. Jed­na z es­es­ma­nek przy­dzie­lo­nych do pil­no­wa­nia ko­biet Schin­dle­ra – ład­na blon­dyn­ka – wi­dzia­ła to, ale nie wy­da­ła jej. Była sko­ra do bi­cia, ła­two wpa­da­ła w gniew; póź­niej po­pro­si Ho­ro­wit­zo­wą o ła­pów­kę i do­sta­nie brosz­kę, któ­rą Re­gi­na ja­kimś spo­so­bem prze­cho­wa­ła i te­raz fi­lo­zo­ficz­nie wrę­czy­ła es­es­man­ce. Była jesz­cze jed­na straż­nicz­ka, tęż­sza i ła­god­niej­sza, któ­ra upra­wia­ła les­bij­skie za­lo­ty i mo­gła­by za­żą­dać bar­dziej oso­bi­stej za­pła­ty.

Cza­sem pod­czas ape­lu po­ja­wiał się przed ba­ra­ka­mi je­den lub kil­ku le­ka­rzy. Na wi­dok przed­sta­wi­cie­li me­dy­cy­ny ko­bie­ty na­cie­ra­ły so­bie po­licz­ki gli­ną, aby nadać im tro­chę ko­lo­ru. Pod­czas jed­nej z ta­kich kon­tro­li Re­gi­na po­szu­ka­ła dla Niu­si ka­mie­ni, aby na nich sta­nę­ła. Srebr­no­wło­sy, mło­dy Men­ge­le pod­szedł do niej, mięk­kim gło­sem za­py­tał o wiek cór­ki, a po­tem ude­rzył ją pię­ścią za kłam­stwo. Po­wa­lo­ne ta­kim spo­so­bem ko­bie­ty straż­ni­cy zwy­kle pod­no­si­li, za­nim te się otrzą­snę­ły, wle­kli je na skraj obo­zu żeń­skie­go i rzu­ca­li na dru­ty pod. na­pię­ciem. Re­gi­na była już w po­ło­wie dro­gi, gdy się ock­nę­ła i za­czę­ła ich bła­gać, żeby jej nie sma­ży­li na żywo, żeby po­zwo­li­li jej wró­cić do sze­re­gu. Wy­pu­ści­li ją, a kie­dy do­wlo­kła się na swo­je miej­sce, jej onie­mia­ła, drob­no­ko­ści­sta cór­ka w dal­szym cią­gu sta­ła nie­ru­cho­mo, tak jak­by przy­mar­z­ła do kup­ki ka­mie­ni.

Tego ro­dza­ju in­spek­cje mo­gły się zda­rzyć o każ­dej po­rze dnia. Więź­niar­ki od Schin­dle­ra wy­wo­ła­no pew­ne­go wie­czo­ra z ba­ra­ku i ka­za­no im stać w bło­cie po to, żeby prze­szu­kać ich ba­rak. Dre­sne­ro­wa, któ­rą kie­dyś oca­lił nie­ży­ją­cy już chło­pak z OD, wy­szła ze swą wy­so­ką, kil­ku­na­sto­let­nią cór­ką, Dan­ką. Sta­ły w tej dzi­wacz­nej brei Oświę­ci­mia, któ­ra po­dob­nie jak osła­wio­ne bło­to Flan­drii ni­g­dy nie za­ma­rza­ła, na­wet kie­dy za­mar­z­ło już wszyst­ko inne – dro­gi, da­chy, lu­dzie.