Danka i jej matka opuściły Płaszów w letnich sukienkach, bo tylko takie im zostały. Danka miała na sobie bluzkę, lekki żakiet i śliwkową spódnicę. Ponieważ tego dnia zaczął padać śnieg, Dresnerowa zaproponowała Dance, żeby oderwała kawałek koca i włożyła go pod spódnicę. Teraz, podczas inspekcji, esesmani znaleźli podarty koc.
Stojący przed kobietami oficer wywołał Älteste baraku, Holenderkę, której do wczoraj żadna nie znała, i powiedział, że będzie rozstrzelana razem z tą, na której zostanie znaleziony brakujący kawałek koca.
Dresnerowa szepnęła do Danki:
– Zdejmij go, a ja go wrzucę do baraku.
Barak stał bezpośrednio na ziemi, nie było więc do niego żadnych schodów. Kobieta z tylnego szeregu mogła prześliznąć się tyłem do drzwi. Tak jak wtedy w Krakowie Danka posłuchała matki w sprawie schowka w ścianie, tak posłuchała i teraz, wysuwając spod spódnicy pasek najnędzniejszego w całej Europie koca. Gdy Dresnerowa była w baraku, oficer SS przeszedł od niechcenia wzdłuż szeregu i wyciągnął jakąś kobietę w wieku Dresnerowej – prawdopodobnie była to Sternbergowa – i kazał ją odprowadzić do jakiejś gorszej części obozu, tam gdzie nie było już mowy o żadnych morawskich złudzeniach.
Być może pozostałe w szeregach więźniarki nie chciały zrozumieć, co ten prosty akt selekcji znaczy. Był on stwierdzeniem, że żadna wyznaczona grupa tak zwanych „więźniów przemysłowych” nie jest w Oświęcimiu bezpieczna. Hasło „Schindlerfrauen” nie na długo zapewni im nietykalność. Były i inne grupy „więźniów przemysłowych”, które zniknęły w Auschwitz. W ubiegłym roku Sekcja W urzędu generała Pohla wysłała kilka transportów wykwalifikowanych żydowskich robotników z Berlina. IG Farben potrzebowały siły roboczej, a Sekcja W powiedziała im, żeby wybrały sobie pracowników z tych właśnie transportów. Sekcja W wręcz zasugerowała komendantowi Hössowi, żeby transporty rozładować w zakładach IG Farben, a nie w pobliżu krematoriów Auschwitz-Birkenau. Z 1750 więźniów, którzy przyjechali pierwszym pociągiem (byli to sami mężczyźni), 1000 natychmiast zagazowano. Z 4000 w następnych transportach 2500 również od razu trafiło do „łaźni”. Jeśli więc administracja Oświęcimia nie powstrzymała swych zapędów dla IG Farben i Sekcji W, to tym bardziej nie będzie zbyt drobiazgowa w stosunku do robotnic jakiegoś nieznanego niemieckiego garnkoroba.
W baraku, w którym więźniarki Schindlera przebywały, mieszkało się niemal jak pod gołym niebem. Okna były pozbawione szyb i służyły tylko do wpuszczania podmuchów zimnego powietrza z Rosji. Większość więźniarek miała biegunkę. Ściskane skurczami, kuśtykały w chodakach do ustawionych w błocie blaszanych beczek na odchody. Kobieta, która pełniła przy nich dyżur, robiła to za dodatkową miskę zupy. Pewnego wieczoru, zataczając się, wyszła z baraku Mila Pfefferberg. Miała atak biegunki. Tymczasem dyżurna – niezła kobieta, Mila znała ją w młodości – nie pozwoliła jej skorzystać z beczki, dopóki nie przyjdzie następna chętna i razem nie opróżnią pojemnika. Mila nalegała, ale nie udało jej się przekonać dyżurnej. Pod tym gołym niebem opieka nad beczką stała się niemal zawodem, panowały pewne reguły. Używając beczki jako pretekstu, więźniarka ta zaczęła wierzyć, że możliwy jest porządek, higiena, zdrowy rozum.
Pojawiła się następna kandydatka do beczki, z trudem łapiąca powietrze, zgięta i zdesperowana. I ona była młoda i w przedwojennych czasach w Łodzi znała tę dyżurną przy beczce jako szacowną, zamężną kobietę. Obie dziewczyny usłuchały więc i poniosły naczynie trzysta metrów przez błoto.
– A gdzie jest teraz Schindler? – zapytała towarzyszka Mili.
Nie wszystkie w baraku zadawały to pytanie. To znaczy – nie wszystkie w tak zacięty, ironiczny sposób. Lusia z „Emalii”, dwudziestodwuletnia wdowa, powtarzała: „Zobaczycie, wszystko się ułoży. Wylądujemy gdzieś w ciepłym kącie z Schindlerową zupą w brzuchu”.
Nie wiedziała, dlaczego ciągle to powtarza. Kiedy była w „Emalii”, nie wyglądała na wizjonerkę. Odpracowywała swoją zmianę, jadła miskę zupy i spała. Nigdy nie przepowiadała wielkich wydarzeń. Zadowalała się tym, że żyje, że trwa. Teraz była chora, więc tym bardziej nie miała powodów, by prorokować. Wyniszczał ją chłód, tak jak innych prześladowała obsesja głodu. Sama się dziwiła, że powtarza obietnice Oskara.
Po jakimś czasie kobiety Schindlera przeniesiono do baraków bliżej krematoriów. Ich niepewność, czy pójdą pod prysznic, czy do komór, wzmogła się. Mimo to Lusia nie przestawała głosić pociechy. I chociaż obozowa fala wyrzuciła je na ten koniec świata, na ten biegun, na dno, to jednak rozpacz nie zawładnęła nimi całkowicie. Można je było jeszcze zobaczyć, jak rozmawiają o przepisach kulinarnych i o przedwojennej kuchni.
W Brinnlitz, w chwili kiedy przybyli tam mężczyźni, istniał tylko kadłub obozu. Nie było też prycz – w kwaterze sypialnej na piętrze rozsypano słomę. Ale para z bojlerów zapewniała ciepło. Pierwszego dnia nie było kucharzy. W przyszłej kuchni leżały worki z rzepą i więźniowie jedli ją na surowo. Potem ugotowano zupę i upieczono chleb, a inżynier Finder zaczął przydzielać pracę.
Od samego początku, jeśli esesmani nie patrzyli, wszystko szło powoli. Swoją drogą to ciekawe, w jaki sposób wyczuli, że Herr Direktor nie bierze już udziału w wysiłku wojennym. Tempo pracy stało się w Brinnlitz żółwie. Jeśli więc Oskar nie interesował się produkcją, powolna praca stała się zemstą więźniów, ich deklaracją.
Uchylanie się od pracy działało jak wino. Gdzie indziej w całej Europie niewolnicy harowali do granic swych sześciuset kalorii dziennie, w nadziei, że zadowolą swego brygadzistę i opóźnią chwilę odjazdu do obozu śmierci. Tu, w Brinnlitz, panowała upojna swoboda, można było ruszać łopatą dwa razy wolniej, a mimo to przetrwać.
Przez pierwsze dni więźniowie nie zdawali sobie jeszcze z tego sprawy. Zbyt wielu niepokoiło się o swoje żony. Dolek Horowitz miał w Oświęcimiu żonę i córkę, Rosnerowie swoje żony. Pfefferberg wiedział, jaki szok musiała przeżyć Mila, kiedy znalazła się w czymś tak ogromnym i okropnym jak Oświęcim. Jakub Sternberg i jego kilkunastoletni syn martwili się o Klarę Sternbergową. W hali fabrycznej mężczyźni otaczali Schindlera i po raz kolejny pytali go, gdzie są kobiety.