Выбрать главу

We­dług Emi­lii Schin­dler – wy­słan­nicz­ką była dziew­czy­na dwu­dzie­sto­dwu- lub -trzy­let­nia. Miesz­ka­ła w Zwit­tau, a jej oj­ciec był sta­rym przy­ja­cie­lem ro­dzi­ny Schin­dle­rów. Nie­daw­no wró­ci­ła z oku­po­wa­nej Ro­sji, gdzie pra­co­wa­ła jako se­kre­tar­ka w nie­miec­kiej ad­mi­ni­stra­cji. Była do­brą zna­jo­mą Emi­lii i pod­ję­ła się za­da­nia do­bro­wol­nie. Jest mało praw­do­po­dob­ne, by Oskar za­żą­dał sek­su­al­ne­go po­świę­ce­nia od przy­ja­ciół­ki domu. Choć w tych spra­wach był pi­ra­tem, ta stro­na opo­wie­ści jest z pew­no­ścią mi­tem. Nie zna­my za­kre­su jej trans­ak­cji z ofi­ce­ra­mi Oświę­ci­mia. Wie­my tyl­ko, że uda­ła się do kró­le­stwa zła i spi­sa­ła się tam dziel­nie.

Oskar po­wie póź­niej, że w jego wła­snych ne­go­cja­cjach z oświę­cim­ską ne­kro­po­lią pod­su­wa­no zna­ną mu już pro­po­zy­cję: ko­bie­ty są w obo­zie już od paru ty­go­dni i nie sta­no­wią więk­szej war­to­ści jako siła ro­bo­cza. Niech pan so­bie da spo­kój z tam­ty­mi trzy­sto­ma. Wy­dzie­li­my na­stęp­ne trzy­sta z nie koń­czą­ce­go się sta­da. W 1942 roku pod­ofi­cer SS na sta­cji Pro­ko­cim pod­su­wał Oska­ro­wi ten sam po­mysł: Niech się pan tak nie trzy­ma aku­rat tych na­zwisk, Herr Di­rek­tor.

Jak w Pro­ko­ci­miu, tak i te­raz Oskar sko­rzy­stał ze swe­go sta­re­go chwy­tu: To są wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne pra­cow­ni­ce zbro­je­nio­we, nie do za­stą­pie­nia. Sam je la­ta­mi szko­li­łem. Przed­sta­wia­ją kwa­li­fi­ka­cje, któ­rych nie moż­na ła­two za­stą­pić. A za­tem: kogo znam, tego znam.

– Chwi­lecz­kę – rzekł na to ku­si­ciel. – Wi­dzę tu na li­ście dzie­wię­cio­let­nią cór­kę ja­kiejś Fili Rath. I je­de­na­sto­let­nią cór­kę Re­gi­ny Ho­ro­witz. Czy chce mi pan wmó­wić, że dzie­wię­cio- i je­de­na­sto­lat­ki są wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny­mi pra­cow­ni­ca­mi zbro­je­nio­wy­mi?

– Po­le­ru­ją czter­dzie­sto­pię­cio­mi­li­me­tro­we łu­ski – od­parł Oskar. – Wy­bra­no je dla ich dłu­gich pal­ców, któ­ry­mi mogą się­gnąć do wnę­trza łu­ski tak, jak nie po­tra­fi więk­szość do­ro­słych.

Taka roz­mo­wa, ma­ją­ca cha­rak­ter wspar­cia dla dzia­łań przy­ja­ciół­ki ro­dzi­ny, rze­czy­wi­ście się od­by­ła; Oskar prze­pro­wa­dził ją albo oso­bi­ście, albo te­le­fo­nicz­nie. Wia­do­mo­ści o po­stę­pie ne­go­cja­cji Oskar prze­ka­zy­wał ogra­ni­czo­ne­mu krę­go­wi męż­czyzn, przez któ­rych do­cie­ra­ły one do resz­ty więź­niów. Twier­dze­nie Oska­ra, że po­trze­bu­je dzie­ci do po­le­ro­wa­nia po­ci­sków prze­ciw­czoł­go­wych od we­wnątrz, było oczy­wi­stym non­sen­sem. Ale sto­so­wał ten chwyt już nie pierw­szy raz. Pew­ne­go wie­czo­ru w 1943 we­zwa­no na plac ape­lo­wy Pła­szo­wa sie­ro­tę o na­zwi­sku Ani­ta Lam­pel. Kie­dy przy­szła, zo­ba­czy­ła Oska­ra spie­ra­ją­ce­go się o coś z ko­bie­tą w śred­nim wie­ku, Äl­te­ste obo­zu ko­bie­ce­go. Star­sza mó­wi­ła mniej wię­cej to samo, co póź­niej po­wie w Oświę­ci­miu Hoss czy Hös­sler. „Nie wmó­wi mi pan, że po­trze­bu­je czter­na­sto­let­niej dziew­czy­ny do „Ema­lii”. Nie wmó­wi mi pan, że ko­men­dant Göth zgo­dził się wcią­gnąć na li­stę do „Ema­lii” czter­na­sto­lat­kę”. Äl­te­ste oba­wia­ła się oczy­wi­ście, że je­śli ta li­sta więź­niów prze­zna­czo­nych do „Ema­lii” jest fał­szy­wa, to ona za to bę­dzie mu­sia­ła za­pła­cić. Tej nocy Ani­ta Lam­pel słu­cha­ła zdu­mio­na, jak Oskar, któ­ry ni­g­dy na­wet nie wi­dział jej rąk, twier­dził, że wy­brał ją z po­wo­du prze­my­sło­wej war­to­ści jej dłu­gich pal­ców i że Herr Kom­man­dant wy­ra­ził zgo­dę.

Ani­ta Lam­pel też była te­raz w Oświę­ci­miu, ale już uro­sła i nie po­trze­bo­wa­ła ba­jek o dłu­gich pal­cach. Sta­ły się więc uży­tecz­ne dla pa­nie­nek Ho­ro­witz i Rath.

In­for­ma­tor Schin­dle­ra miał ra­cję, kie­dy mó­wił, że pra­cow­ni­ce stra­ci­ły pra­wie całą war­tość prze­my­sło­wą. Na in­spek­cjach mło­de ko­bie­ty, ta­kie jak Mila Pfef­fer­berg, He­le­na Hirsch czy jej sio­stra, nie mo­gły opa­no­wać bie­gun­ko­wych skur­czów brzu­cha, któ­re je zgi­na­ły i po­sta­rza­ły. Dre­sne­ro­wa cał­kiem stra­ci­ła ape­tyt, na­wet na er­satz zupy. Dan­ce nie uda­wa­ło się wlać w gar­dło mat­ki tej mar­nej, ale cie­płej stra­wy. Zna­czy­ło to, że wkrót­ce zo­sta­nie „mu­zuł­man­ką”. Sło­wo to, bę­dą­ce efek­tem sko­ja­rze­nia z kro­ni­ka­mi fil­mo­wy­mi o gło­dzie w kra­jach mu­zuł­mań­skich, ozna­cza­ło w obo­zo­wym żar­go­nie więź­nia, któ­ry prze­kro­czył gra­ni­cę dzie­lą­cą głod­nych, lecz spraw­nych, od wy­cień­czo­nych i pół­ży­wych.

Kla­ra Stern­berg, ko­bie­ta po­wy­żej czter­dziest­ki, zo­sta­ła od gru­py Schin­dle­ra od­izo­lo­wa­na; przy­dzie­lo­no ją do ba­ra­ku „mu­zuł­ma­nek”. Co rano usta­wia­no le­d­wie żywe ko­bie­ty przed ba­ra­kiem i do­ko­ny­wa­no se­lek­cji. Cza­sem ro­bił to sam Men­ge­le. Spo­śród pię­ciu­set ko­biet w ba­ra­ku Kla­ry za­bie­ra­no sto, kie­dy in­dziej pięć­dzie­siąt. Na­cie­ra­ły się oświę­cim­ską glin­ką, sta­ra­ły się trzy­mać pro­sto, du­si­ły w so­bie ka­szel.

Po jed­nej z ta­kich in­spek­cji Kla­ra Stern­berg od­kry­ła, że nie ma już sił dłu­żej cze­kać, dłu­żej ry­zy­ko­wać. W Brin­n­litz mia­ła męża i kil­ku­na­sto­let­nie­go syna, któ­rzy jed­nak te­raz wy­da­wa­li się jej od­le­glej­si niż ka­na­ły na Mar­sie. Nie umia­ła so­bie wy­obra­zić Brin­n­litz, ani ich tam. Po­szła nie­pew­nym kro­kiem przez obóz ko­bie­cy, roz­glą­da­jąc się za elek­trycz­ny­mi dru­ta­mi. Kie­dy tu przy­je­cha­ła, było ich peł­no; te­raz, kie­dy były po­trzeb­ne, nie mo­gła ich zna­leźć. Każ­dy ko­lej­ny za­kręt kie­ro­wał ją w na­stęp­ną błot­ni­stą ulicz­kę i na­pa­wał jesz­cze więk­szym przy­gnę­bie­niem na wi­dok jed­na­ko­wo nędz­nych ba­ra­ków. Gdy zo­ba­czy­ła zna­jo­mą z Pła­szo­wa, też kra­ko­wian­kę, za­trzy­ma­ła się przed nią.

– Gdzie są dru­ty elek­trycz­ne?

W swym obłę­dzie uzna­ła, że ta­kie py­ta­nie jest nor­mal­ne, nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że zna­jo­ma, je­śli ma odro­bi­nę współ­czu­cia, wska­że jej dro­gę. Od­po­wiedź, któ­rą otrzy­ma­ła, była rów­nie sza­lo­na, ale jed­no­cze­śnie taka, któ­ra od­zwier­cie­dla­ła okre­ślo­ny punkt wi­dze­nia, rów­no­wa­gę, pa­ra­dok­sal­nie zdro­wy rdzeń.

– Nie za­bi­jaj się na dru­tach, Kla­ro – po­ra­dzi­ła jej zna­jo­ma. – Je­śli to zro­bisz, ni­g­dy nie bę­dziesz wie­dzia­ła, co się z tobą sta­ło.

Była to naj­sku­tecz­niej­sza rada dla po­ten­cjal­ne­go sa­mo­bój­cy. Je­śli się za­bi­jesz, ni­g­dy się nie do­wiesz, jak się koń­czy wą­tek. Kla­rę ten wą­tek spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wał. A jed­nak od­po­wiedź wy­war­ła na­le­ży­ty sku­tek. Za­wró­ci­ła. Po po­wro­cie do ba­ra­ku była bar­dziej przy­bi­ta niż przed wyj­ściem w po­szu­ki­wa­niu dru­tów. Ale kra­kow­ska zna­jo­ma wy­per­swa­do­wa­ła jej ta­kie wyj­ście.

Tym­cza­sem w Brin­n­litz sta­ło się coś strasz­ne­go. Oskar, mo­raw­ski wę­dro­wiec, wy­je­chał. Han­dlo­wał na­czy­nia­mi ku­chen­ny­mi i dia­men­ta­mi, al­ko­ho­lem i cy­ga­ra­mi po ca­łej oko­li­cy. Nie­któ­re z tych trans­ak­cji do­ty­czy­ły naj­nie­zbęd­niej­szych rze­czy. Bi­ber­ste­in mó­wił o le­kar­stwach i in­stru­men­tach me­dycz­nych, któ­re zna­la­zły się w obo­zie w Brin­n­litz. Nie była to ma­sów­ka. Oskar za­pew­ne na­był le­kar­stwa w ma­ga­zy­nach We­hr­mach­tu, a może w ap­te­ce któ­re­goś du­że­go szpi­ta­la w Brnie.