Cokolwiek jednak było przyczyną jego wyjazdu, zabrakło go, kiedy zjawił się inspektor z Gross-Rosen i przeszedł przez warsztaty z untersturmführerem Josefem Liepoldem, nowym komendantem, który zawsze z radością wdzierał się do fabryki. Inspektor miał rozkaz z Oranienburga, aby przeczesać podobozy Gross-Rosen w poszukiwaniu dzieci, które są potrzebne do eksperymentów medycznych doktora Josefa Mengele w Oświęcimiu. Olka Rosnera i jego małego kuzyna Rysia Horowitza, którzy sądzili, że tu nie potrzebują się kryć, dostrzeżono, jak biegali dokoła hali, gonili po schodach, bawili się wśród opuszczonych maszyn przędzalniczych. Był z nimi syn doktora Leona Grossa – tego, który leczył Amona z niedawno nabytej cukrzycy, który pomagał Blanckemu przy Akcji Zdrowia i który był winien innych jeszcze zbrodni. Inspektor skierował do Liepolda uwagę, że to chyba nie są niezbędni pracownicy zbrojeniowi. Liepold – niski, ciemnowłosy, nie tak szalony jak Amon – nadal był zdeklarowanym esesmanem i nie zadał sobie trudu, aby bronić maluchów.
Następnie odkryto dziewięcioletniego syna Romana Gintera. Ginter znał Oskara od czasu założenia getta; zaopatrywał zakłady metalowe Płaszowa w złom z DEF-u. Lecz Liepold i inspektor nie uznawali żadnych specjalnych więzów. Małego Gintera posłano pod strażą do bramy razem z tamtymi dziećmi. Liczący dziesięć i pół roku syn Franciszki Spiry wpisany jako czternastoletni ze względu na swój wzrost, pracował tego dnia na wysokiej drabinie, myjąc ogromne okna. On przetrwał nalot.
Rozkazy mówiły także o tym, aby zabrać rodziców dzieci, być może po to, by zapobiec ryzyku rozpaczliwego buntu w podobozie. Aresztowano zatem Horowitza, Romana Gintera i skrzypka Rosnera. Ze szpitala obozowego przybiegł doktor Leon Gross, żeby negocjować z SS. Był purpurowy na twarzy. Próbował wykazać inspektorowi z Gross-Rosen, że ma do czynienia z prawdziwie odpowiedzialnym więźniem, przyjacielem systemu. Nie udało mu się jednak. Uzbrojony w automat Unterscharführer SS otrzymał zadanie odwiezienia ich do Oświęcimia.
Grupka ojców i synów pojechała z Zwittau aż do Katowic zwykłym pociągiem osobowym. Henryk Rosner spodziewał się, że pozostali pasażerowie będą się zachowywać wrogo. Tymczasem jakaś kobieta podeszła do nich i dała Olkowi i reszcie piętkę chleba i jabłko, cały czas wyzywająco patrząc sierżantowi w twarz. Ten jednak uprzejmie i zezwalająco skinął głową. Potem, gdy pociąg zatrzymał się w Usti, zostawił zatrzymanych pod strażą swego pomocnika, a sam poszedł do baru dworcowego, skąd przyniósł kupione za własne pieniądze ciastka i kawę. Między nim a Rosnerem i Horowitzem nawiązała się rozmowa. Im więcej Unterscharführer mówił, tym mniej zdawał się przynależeć do tej samej policji, co Amon, Hujar, John i wszyscy inni.
– Wiozę was do Oświęcimia – powiedział im. – A potem mam odebrać stamtąd grupę kobiet i przywieźć je do Brinnlitz.
Tak więc, jak na ironię, pierwszymi z Brinnlitz, którzy dowiedzieli się o wypuszczeniu kobiet z Oświęcimia, byli Rosner i Horowitz, sami tam właśnie zmierzający.
Rosner i Horowitz wprost rozentuzjazmowali się.
– Ten pan przywiezie mamusię do Brinnlitz – mówili do synów. Rosner spytał sierżanta, czy przekaże list Manci; Horowitz poprosił o podobną przysługę. Oba listy napisano na kawałkach papieru, które dał im podoficer; na takim samym papierze i on pisał do żony. W liście Rosner umawiał się z Manci, że jeśli przeżyją, to spotkają się pod pewnym adresem w Podgórzu.
Gdy skończyli pisać, esesman włożył listy do kieszeni kurtki. Gdzie byłeś przez ostatnie lata? – zastanawiał się Rosner. Zacząłeś jako fanatyk? Wznosiłeś okrzyki, kiedy bogowie na trybunie wrzeszczeli: „Żydzi są naszym nieszczęściem”?
W pewnej chwili Olek wtulił głowę w ramię Henryka i zaczął cicho płakać. Najpierw nie chciał powiedzieć, co mu się stało. Wreszcie wyznał, że smutno mu, że ciągnie ojca do Oświęcimia.
– Tylko po to, żebyś zginął przeze mnie.
Henryk mógł próbować uspokoić go kłamstwami, ale to nie przyniosłoby rezultatu. Wszystkie dzieci wiedziały o gazie. Robiły się drażliwe, kiedy próbowało się je oszukać.
Sierżant pochylił się. Nie mógł słyszeć, ale w oczach miał łzy. Olka jego Izy zdziwiły tak, jak jakieś inne dziecko zdziwiłoby zwierzę na rowerze w cyrku. Przyglądał mu się. Dziwne było to, że wyglądały na łzy ojcowskie, łzy towarzysza niedoli.
– Wiem, co będzie – powiedział sierżant. – Przegraliśmy wojnę. Dostaniesz tatuaż. Przeżyjesz.
Henryk miał wrażenie, że konwojent robi obietnice nie dziecku, ale sobie, że zbroi się w zapewnienia, które na przykład za pięć lat, kiedy przypomni sobie tę podróż, być może uspokoją jego sumienie.
Wieczorem, po próbie znalezienia drutów, Klara Sternberg usłyszała dochodzące od baraków grupy Schindlera wywoływanie nazwisk i kobiecy śmiech. Wywlokła się z własnego podmokłego baraku i zobaczyła, że jej grupa, ustawiona w kolumnę, stoi za wewnętrznym ogrodzeniem obozu żeńskiego. Niektóre kobiety miały na sobie tylko bluzki i długie majtki. Wyglądały jak szkielety, bez szans. Ale ćwierkały niby panienki. Nawet blond esesmanka była zachwycona, bo jeśli one stąd wyjeżdżają, to ona też.
– Schindlergruppe – krzyknęła – idźcie do łaźni, a potem do pociągu.
Ona, zdaje się, także miała poczucie wyjątkowości wydarzenia.
Skazane na zagładę więźniarki z innych baraków patrzyły tępo na radosny nastrój wyjeżdżających. Te z listy przykuwały uwagę, ponieważ nagle znalazły się w dysharmonii z resztą miasta. Co oczywiście nic nie znaczyło. To był odizolowany przypadek; nie miał wpływu na życie większości; nie odwrócił procesu, nie zmienił zadymionej atmosfery.