Выбрать главу

Zwró­co­no go jej. Ale po tym, jak się na­pa­trzył na szu­bie­ni­ce Pła­szo­wa i Oświę­ci­mia, nie mo­gła go już ni­g­dy wziąć do dzie­cię­ce­go ogród­ka, by nie wpa­dał w hi­ste­rię na wi­dok huś­ta­wek.

W Lin­zu gru­pa Oska­ra zgło­si­ła się do władz ame­ry­kań­skich. Uwol­nio­no ich od za­wod­ne­go am­bu­lan­su i za­bra­no na pół­noc, do No­rym­ber­gi, wiel­kie­go ośrod­ka zbor­ne­go bez­dom­nych więź­niów obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Za­czy­na­li ro­zu­mieć, że wy­zwo­le­nie nie jest spra­wą pro­stą.

Ry­szard Re­chen miał ciot­kę w Kon­stan­cji, przy gra­ni­cy szwaj­car­skiej nad je­zio­rem. Kie­dy Ame­ry­ka­nie za­py­ta­li ich, czy mają gdzie pójść, po­wie­dzie­li o ciot­ce. Ce­lem ośmiu mło­dych więź­niów z Brin­n­litz było prze­trans­por­to­wa­nie Schin­dle­rów przez szwaj­car­ską gra­ni­cę. Trze­ba się było li­czyć z na­stro­ja­mi ze­msty, w związ­ku z czym na­wet w stre­fie ame­ry­kań­skiej Schin­dle­ro­wie mo­gli po­nieść nie­za­słu­żo­ną karę. Co wię­cej, wszy­scy ośmio­ro byli po­ten­cjal­ny­mi emi­gran­ta­mi i mie­li pew­ność, że tę spra­wę ła­twiej bę­dzie za­ła­twić w Szwaj­ca­rii.

Reu­biń­ski wspo­mi­na, że ame­ry­kań­ski ko­men­dant w No­rym­ber­dze był bar­dzo ser­decz­ny, ale nie mógł ofia­ro­wać im żad­ne­go środ­ka trans­por­tu, któ­rym mo­gli­by do­je­chać do Kon­stan­cji. Sa­mo­dziel­nie prze­do­sta­li się przez Schwarz­wald, tro­chę na pie­cho­tę, tro­chę po­cią­giem. Kie­dy do­szli do Ra­vens­bur­ga, uda­li się do miej­sco­we­go obo­zu, by po­roz­ma­wiać z ame­ry­kań­skim ko­men­dan­tem. I tam tak­że za­trzy­ma­li się przez ja­kiś czas jako go­ście, od­po­czy­wa­jąc i de­lek­tu­jąc się woj­sko­wy­mi przy­dzia­ła­mi. W re­wan­żu prze­sia­dy­wa­li po no­cach z ko­men­dan­tem, Ży­dem z po­cho­dze­nia, i opo­wia­da­li mu o Amo­nie, Pła­szo­wie, Gross-Ro­sen, Oświę­ci­miu i Brin­n­litz. Mie­li na­dzie­ję, iż za­pew­ni im trans­port do Kon­stan­cji – może na­wet cię­ża­rów­kę? Nie mógł dać cię­ża­rów­ki, ale za to do­star­czył au­to­bus, i do tego pro­wiant na dro­gę. Oskar miał jesz­cze przy so­bie dia­men­ty za po­nad ty­siąc ma­rek, a tak­że go­tów­kę; ale au­to­bus do­stał za dar­mo. Po kom­bi­na­cjach z nie­miec­ki­mi urzęd­ni­ka­mi Oskar z tru­dem przy­sto­so­wy­wał się do tego ro­dza­ju trans­ak­cji.

Na za­chód od Kon­stan­cji, na gra­ni­cy szwaj­car­skiej, już we fran­cu­skiej stre­fie oku­pa­cyj­nej, za­trzy­ma­li au­to­bus we wsi o na­zwie Kreu­zun­gen. Re­chen po­szedł do miej­sco­we­go skle­pu że­la­zne­go i ku­pił no­ży­ce do cię­cia dru­tu. Zda­je się, że w tym mo­men­cie wszy­scy jesz­cze no­si­li pa­sia­ki. Być może sprze­daw­ca kie­ro­wał się jed­ną z dwu moż­li­wo­ści: a) ku­pu­ją­cy to wię­zień, któ­ry – je­śli mu się wej­dzie w dro­gę – we­zwie swych fran­cu­skich pro­tek­to­rów; b) ku­pu­ją­cy to ucie­ka­ją­cy w prze­bra­niu nie­miec­ki ofi­cer, któ­re­mu trze­ba chy­ba po­móc.

Za­sie­ki gra­nicz­ne bie­gły przez śro­dek Kreu­zlin­gen i po nie­miec­kiej stro­nie strze­gli ich fran­cu­scy straż­ni­cy z Sûre­té Mi­li­ta­ire. Na­sza grup­ka zbli­ży­ła się do ogro­dze­nia na skra­ju wsi. Po prze­cię­ciu dru­tów od­cze­ka­li, aż war­tow­nik od­da­li się na dru­gi ko­niec swo­je­go od­cin­ka, po czym prze­śli­znę­li się na stro­nę szwaj­car­ską. Na nie­szczę­ście zo­sta­li za­uwa­że­ni przez wiej­ską babę, któ­ra przy­glą­da­ła im się z za­krę­tu dro­gi, a po­tem po­pę­dzi­ła za­alar­mo­wać Fran­cu­zów i Szwaj­ca­rów. Na ci­chym pla­cy­ku szwaj­car­skiej wio­ski, zwier­cia­dla­ne­go od­bi­cia wio­sek po stro­nie nie­miec­kiej, oto­czy­ła ich szwaj­car­ska po­li­cja. Ry­szard i Anka Re­chen wy­rwa­li się, za­czę­li ucie­kać. Do­go­nił ich do­pie­ro i za­trzy­mał sa­mo­chód pa­tro­lo­wy. W cią­gu pół go­dzi­ny od­sta­wio­no ich do Fran­cu­zów, któ­rzy od razu prze­szu­ka­li ich ba­ga­że, za­bra­li ka­mie­nie i go­tów­kę, od­wieź­li do by­łe­go nie­miec­kie­go wię­zie­nia i za­mknę­li w osob­nych ce­lach.

Dla Reu­biń­skie­go było ja­sne, że Fran­cu­zi po­dej­rze­wa­ją ich o to, iż byli straż­ni­ka­mi w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Na ich nie­ko­rzyść prze­ma­wia­ła tu­sza, jaką zy­ska­li w go­ści­nie u Ame­ry­ka­nów, nie wy­glą­da­li już bo­wiem tak mi­zer­nie, jak wte­dy, gdy opusz­cza­li Brin­n­litz. Prze­słu­chi­wa­no ich po­je­dyn­czo na te­mat po­dró­ży i kosz­tow­no­ści, któ­re wieź­li. Każ­dy z nich mógł opo­wie­dzieć za­do­wa­la­ją­cą hi­sto­rię, ale nie wie­dział, czy inni mó­wią to samo. Wy­da­wa­li się prze­stra­sze­ni tym, że je­że­li Fran­cu­zi – w pew­nym sen­sie nie do­ty­czy­ło to Ame­ry­ka­nów – od­kry­ją toż­sa­mość Oska­ra i jego funk­cję w Brin­n­litz, to naj­nor­mal­niej w świe­cie po­sta­wią go w stan oskar­że­nia.

Udzie­la­jąc wy­mi­ja­ją­cych – ze wzglę­du na Oska­ra i Emi­lię – od­po­wie­dzi spę­dzi­li w wię­zie­niu cały ty­dzień. Sami Schin­dle­ro­wie wie­dzie­li już na tyle dużo o ju­da­izmie, by zdać pro­ste te­sty kul­tu­ro­we, ale spo­sób za­cho­wa­nia się Oska­ra i jego fi­zycz­na kon­dy­cja nie za bar­dzo pa­so­wa­ły do nie­daw­ne­go więź­nia obo­zu. Na nie­szczę­ście jego he­braj­ski list znaj­do­wał się już w ame­ry­kań­skim ar­chi­wum w Lin­zu.

Edka Reu­biń­skie­go, jako przy­wód­cę ósem­ki, prze­słu­chi­wa­no naj­bar­dziej re­gu­lar­nie. Siód­me­go dnia wpro­wa­dzo­no go do po­ko­ju prze­słu­chań, gdzie już sie­dzia­ła dru­ga oso­ba, czło­wiek w cy­wil­nym ubra­niu zna­ją­cy pol­ski, któ­ry miał spraw­dzić Reu­biń­skie­go, czy rze­czy­wi­ście po­cho­dzi on z Kra­ko­wa. Z ja­kie­goś po­wo­du – może dla­te­go, że Po­lak w trak­cie prze­słu­cha­nia od­no­sił się do nie­go z sym­pa­tią, lub może ze wzglę­du na dźwięk swoj­skiej mowy – Reu­biń­ski za­ła­mał się, roz­pła­kał i płyn­ną pol­sz­czy­zną opo­wie­dział całą hi­sto­rię. We­zwa­no po­zo­sta­łych, jed­ne­go po dru­gim, po­ka­za­no im Reu­biń­skie­go, po­wie­dzia­no, że się przy­znał i ka­za­no po­wtó­rzyć ich wer­sje praw­dy po pol­sku. Kie­dy koło po­łu­dnia wszyst­kie wer­sje oka­za­ły się iden­tycz­ne, całą gru­pę, łącz­nie z Schin­dle­ra­mi, ze­bra­no w po­ko­ju prze­słu­chań, a pro­wa­dzą­cy śledz­two każ­de­go po ko­lei uści­skał. Fran­cuz, wspo­mi­na Reu­biń­ski, pła­kał. Byli za­chwy­ce­ni tym fe­no­me­nem – za­pła­ka­nym śled­czym. Kie­dy wresz­cie się opa­no­wał, po­pro­sił o obiad dla sie­bie, swo­je­go ko­le­gi, Schin­dle­rów, ca­łej ósem­ki.

Po po­łu­dniu za­ła­twił im prze­nie­sie­nie do ho­te­lu na brze­gu je­zio­ra w Kon­stan­cji. Miesz­ka­li tam przez kil­ka dni na koszt fran­cu­skie­go rzą­du woj­sko­we­go.

Gdy Oskar wraz z Emi­lią, Reu­biń­skim, Re­che­na­mi i in­ny­mi za­siadł tego wie­czo­ra do ho­te­lo­we­go sto­łu, jego nie­ru­cho­mo­ści znaj­do­wa­ły się już w rę­kach Ro­sjan; kil­ka ostat­nich ka­mie­ni i reszt­ki go­tów­ki po­chło­nę­ła wy­zwo­leń­cza biu­ro­kra­cja. Choć był prak­tycz­nie bez gro­sza, jadł naj­le­piej, jak to było moż­li­we, w do­brym ho­te­lu, z człon­ka­mi swej „ro­dzi­ny”. Wszyst­ko to bę­dzie sta­no­wi­ło styl jego przy­szłe­go ży­cia.