Oskar włożył zestawienie bilansowe „Rekordu” z powrotem do kieszeni na piersi, po czym wstał i poprowadził Izaaka Sterna do biura. Stali tam jakiś czas wśród maszynistek i referentów, w nieco filozoficznym nastroju. Oskar poruszył temat związków chrześcijaństwa z judaizmem. Sprawa ta, być może z powodu chłopięcej przyjaźni z Kantorami w Zwittau, od dawna chodziła mu po głowie. Stern mówił miękko, obszernie, uczenie. Publikował niegdyś artykuły w pismach poświęconych religioznawstwu porównawczemu. Oskar, który niesłusznie miał się za filozofa, trafił teraz na eksperta. Stern, uczony, którego niektórzy uważali za pedanta, uznał Oskarowe rozumienie problemu za płytkie, a jego umysł za żywy z natury, ale pozbawiony większej sprawności pojęciowej. Nie żeby Stern miał narzekać. Ta dziwna przyjaźń obu mężczyzn była już mocno ugruntowana. Teraz Stern, podobnie jak kiedyś ojciec Oskara, przeprowadził analogię między Trzecią Rzeszą a poprzednimi imperiami i podał powody, dla których Adolf Hitler nie będzie mógł zatriumfować.
Opinia ta wyrwała mu się, gdy było już za późno, by ją wycofać. Pozostali Żydzi w biurze pochylili głowy i utkwili wzrok w papierach. Ale Oskar opinią Sterna w ogóle się nie przejął.
Pod koniec rozmowy powiedział jednak coś nieszablonowego. W takich czasach, zauważył, trudno jest chyba kościołom głosić wiernym, że Bóg troszczy się o życie każdego robaka. I dodał, że za nic nie chciałby być kapłanem w takiej epoce jak ta, gdy życie nie jest warte nawet paczki papierosów. Stern zgodził się z tym, ale dodał, zresztą w duchu tej rozmowy, że biblijną wzmiankę, jaką zrobił Herr Schindler, można podsumować jednym zdaniem z Talmudu, mówiącym, iż ten, kto ratuje życie jednego człowieka, ratuje cały świat.
– Oczywiście, oczywiście – zgodził się Oskar.
Słusznie czy nie, Izaak był potem niezbicie przekonany, że właśnie wtedy padło właściwe ziarno na właściwy grunt.
III
Inny krakowski Żyd opowiada o tym, jak jesienią 1939 roku poznał Schindlera i jak niewiele brakowało, by go zabił. Człowiek ten nazywa się Leopold Pfefferberg. Pfefferberg był porucznikiem, dowódcą kompanii wojska polskiego w niedawnej tragicznej kampanii. Raniony w nogę podczas bitwy nad Sanem, znalazł się w polskim szpitalu w Przemyślu, gdzie, kulejąc, pomagał przy rannych. Nie był lekarzem, tylko gimnazjalnym nauczycielem wychowania fizycznego, absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego – stąd pewna znajomość anatomii. Był niezłomny, ufał we własne siły, miał dwadzieścia siedem lat i atletyczną sylwetkę.
Razem z innymi wziętymi do niewoli w Przemyślu oficerami jechał do Niemiec. Pociąg, którym podróżował, zatrzymał się w rodzinnym Krakowie, a jeńców zapędzono do poczekalni pierwszej klasy, gdzie mieli czekać na dalszy transport. Dom Pfefferberga stał o parę ulic od dworca. Praktycznemu młodemu człowiekowi wydawało się absurdalne, że nie może wyjść na Pawią i Jedynką” pojechać do domu. Stojący przy drzwiach strażnik wydał mu się wyzwaniem.
Pfefferberg miał w kieszeni na piersi dokument podpisany przez niemieckie władze szpitalne w Przemyślu, zezwalający mu poruszać się po mieście z oddziałami sanitarnymi, które udzielały pomocy rannym obu wojsk. Dokument był niesłychanie formalistyczny, obłożony pieczęciami i podpisami. Wyjął go teraz i podchodząc do strażnika niedbale podał mu dokument.
– Umie pan czytać po niemiecku? – zapytał.
Oczywiście taki numer trzeba było należycie zagrać. Trzeba było być młodym, pewnym siebie, trzeba było zachować tę szczególną polską godność, propagowaną przez liczną arystokrację wśród polskiego korpusu oficerskiego, nawet wśród tych nielicznych jego członków, którzy byli Żydami.
Strażnik zamrugał powiekami. Oczywiście, że potrafię, odparł. Ale kiedy wziął dokument do ręki, trzymał go jak ktoś, kto w ogóle nie zna liter; trzymał go jak kromkę chleba. Pfefferberg wyjaśnił po niemiecku, że dokument uprawnia go do wyjścia na ulice i opieki nad rannymi. Strażnik widział tylko obfitość urzędowych pieczęci. W jego oczach wyglądało to na dokument niemałej wagi. Ruchem ręki wskazał na drzwi.
Pfefferberg był jedynym tego ranka pasażerem Jedynki”. Dochodziła szósta rano. Konduktor bez zdziwienia przyjął zapłatę, ponieważ w mieście było wielu polskich żołnierzy, których Wehrmacht nigdzie nie przydzielił. Oficerowie mieli się zarejestrować, to wszystko.
Tramwaj skręcił koło Barbakanu, wjechał w bramę w starych murach, pojechał Floriańską koło kościoła Mariackiego, przez Rynek Główny i w pięć minut znalazł się na Grodzkiej. W pobliżu mieszkania rodziców pod numerem 48 Leopold powtórzył sztuczkę z dzieciństwa: wyskoczył z tramwaju, zanim zadziałały pneumatyczne hamulce, pozwalając, by rozpęd skoku połączony z rozpędem tramwaju poniósł go i rzucił lekkim uderzeniem o drzwi domu, w którym mieszkali rodzice.
Po ucieczce mieszkał u przyjaciół w nie najgorszych warunkach. Tylko od czasu do czasu zachodził do domu. Żydowskie szkoły na krótko otwarto – zostały na powrót zamknięte w ciągu sześciu tygodni – i wrócił nawet do swojej pracy nauczycielskiej. Był pewien, że zanim gestapo zacznie go szukać, trochę czasu upłynie. Zgłosił się także po kartki żywnościowe. Poza tym zaczął sprzedawać biżuterię – własną i jako pośrednik – na czarnym rynku, który działał pod arkadami Sukiennic i w cieniu wież kościoła Mariackiego. Handel był ożywiony, nawet wśród samych Polaków, ale jeszcze bardziej wśród polskich Żydów. Ich kartki przydziałowe, pełne przekreślonych odcinków, upoważniały jedynie do dwóch trzecich przydziału mięsa i połowy masła przysługującego obywatelom aryjskim, a kupony na kakao i ryż były w całości unieważnione. I tak czarny rynek, który działał przez stulecia zaborów i dwa dziesiątki lat niepodległości, stał się źródłem pieniędzy i żywności oraz najprostszym ruchem oporu szacownych mieszczan, szczególnie zaś tych, którzy byli sprytni.